Dobra, taka wasza mać, oto historia z gatunku grubych... bardzo grubych. Dosłownie i w przenośni.
Ok, każdy był/jest/będzie zakochany. Normalna sprawa. Dostanie po dupie od tej jedynej - normalna sprawa. Wyje, sra pod siebie, kupuje kwiaty normalna sprawa. Ale to... to się w pale nie mieści, po prostu nie mieści. Ale są i tacy, biedacy.
W swoich poprzednich postach, nieco płaczliwych a jakże, opisałem swoją historię z panną z pewnej instytucji państwowej. Pragnę nadmienić, że wraz z nami robiła też pewna pani - gruba, spasiona świnka chrum, chrum, co przyjechała do G. w celu znalezienia miłości swojego życia, czyli kolesia z mieszkaniem, samochodem czy po prostu kurwa perspektywami, a nie jak jakiś leszczu z jej miasta K., co papieru dużo produkuje ale słabo płaci. Kto z geografii dobry to i wie co i jak. Do rzeczy. Nazywała się M.