Wiem, że z reguły do klubów nie chodzi się samemu. Przyznam, że nawet nie pytałem się kolegów z uczelni (innych brak), czy któryś z nich miałby czas i ochotę. Głównie dlatego, że niewiele by to zmieniło, jako że w ich towarzystwie (jak również zresztą 99% ludzi, na jakich się natykam) nie czuję się swobodnie, nie mogę mówić tego co myślę (a jak tak robię, drogo za to płacę) - jednym słowem: nie jestem jednym z nich. Jestem glinx11 - człowiek znany przez praktycznie wszystkich, ale w żadnym wypadku nie w zakresie, w jakim mógłby sobie tego życzyć. Kontakt z jedyną osobą, którą mógłbym nazwać przyjacielem (choć staram się nie nadużywać tego terminu) urwał się osiem lat temu, już nie pamiętam z czyjej winy. Ale wtedy byłem trochę innym człowiekiem - nie dominowałem w klasie, ale też nie byłem wytykany palcami z pogardą. Wszystko się zmieniło dopiero z nastaniem gimnazjum.