Portal Uwodzicieli
Witryna poświęcona relacjom damsko męskim oraz budowaniu międzyludzkich więzi emocjonalnych.
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit END.

Rujnowana motywacja - toksyczni bliscy, patrzę na świat szarymi okularami

2 posts / 0 new
Ostatni
Wagner
Nieobecny
Wiek: 20
Miejscowość: Piotrków Tryb.

Dołączył: 2015-05-07
Punkty pomocy: 0
Rujnowana motywacja - toksyczni bliscy, patrzę na świat szarymi okularami

Zwę się Wagner i w sierpniu kończę 20 wiosen. Nie jestem podrywaczem, raczej pracuje nad sobą i interesuje się samorozwojem. Wiedzę z blogów pochłaniałem już pięć lat temu, bo byłem bardzo zakompleksionym szczeniakiem. Dostawałem łomot psychiczny, byłem sierotą, bo nikt nie powiedział mi, żebym nosił pancerz + 50 do pewności siebie, nikt nie ostrzegł mnie, że ludzie potrafią być zajebiście okrutni i nikt nie wspomniał, gdy byłem jeszcze mały, że grzeczni ludzie mają pod górkę. Nie obwiniam nikogo, taki po prostu byłem. Potem źle zinterpretowałem treści o samorozwoju i pua, przyodziałem maskę pawia i chama, a w środku byłem bardzo słaby. Wiele dziewczyn miało złamane serca, choć nawet nie kiwnąłem palcem, wiele osób tak szybko mnie polubiło co znienawidziło, choć nie robiłem nic w obu tych kierunkach. Kobiety na mnie leciały, ale je olewałem, a jak się angażowałem to dostawałem kosza. Do tego wszystkiego zawsze żyłem z daleka od znajomych, bo z osiedla blisko szkoły przeprowadziłem się na przedmieścia, 20 km do wszystkich, a jeszcze wtedy miejskie tam nie kursowały. Rozleniwiłem się, marnowałem czas przed komputerem, od czasu do czasu chodziłem na boks z przyjacielem, ale tam raczej też się nie wysilałem. Rodzice mieli firmę, więc żyło się dostatnio. Zawsze byli emocjonalnymi dyktatorami, potrafili mnie wspierać i się o mnie martwić, jednocześnie zamykając mnie w domu i ograniczając moje wolne słowo. Nie walczyłem, bo wiedziałem, że skoro mnie utrzymują to mają do tego prawo. Czekałem z upragnieniem na 18'tkę, ale pełnoletność nie ułatwia życia. Mogłem już robić co mi się chciało, znikać z domu itd ale musiałem fundować to sobie sam, norma. W moją osiemnastkę poznałem moją obecną dziewczynę, byłem w związku i potrzebowałem pieniędzy. Jakoś dawałem radę choć mieszkaliśmy od siebie jakieś 20 km. Byłem już przyzwyczajony do wygodnego życia, choć żeby tak egzystować musiałem grać na regułach dyktowanych przez rodziców. Ciągle słuchałem narzekań, że nie wracam na noce, że jestem wyrodny, że mógłbym się lepiej uczyć, że mógłbym mniej dyskutować (nie mogłem z nimi rozmawiać, bo słyszałem "nie dyskutuj ze mną), no ciągle się do czegoś przyczepiali, ciągle poniżali jak robiłem coś źle. No ale przecież dawali mi wszystko co potrzebowałem. Myślałem, że będę mógł być bardziej niezależny i za to nie zapłacę. Dostałem na osiemnastkę pieniądze na prawo jazdy i miałem nadzieję, że coś ruszy do przodu, będę mógł uwolnić się z klatki. Nic się nie zmieniło, byłem coraz bardziej zależny od nich jak chciałem pożyczyć auto. Musiałem się uśmiechać, z pokorą słuchać jak upokarzająco dyktują mi gdzie mam prawo pojechać a gdzie nie. No ale przecież to ich samochód. Zacząłem odkładać pieniądze na paliwo, ale nie miałem ich dużo toteż liczyłem na dotacje rodzinną. Na nią mogłem liczyć tylko jak woziłem ich, bo sam "nie byłem gotowym do jazdy kierowcą" - taki pretekst, żeby trzymać mnie w domu. Nie mogłem pracować w weekendy, bo odległość robiła swoje, a ja wciąż się uczyłem. W tym momencie pewnie wyobrażacie mnie sobie jako grube, rozpieszczone dziecko które miało nadopiekuńczych starych i jest niesamodzielne. Otóż nie ! Jestem chudy.
Jestem samodzielny. Po prostu przyzwyczaiłem się, że każde moje działanie jest przez coś ograniczone. Mam dosyć tych więzów. Tak wyglądała moja młodość. W międzyczasie aż do tej chwili budowałem lepszego siebie, starałem się przymykać oko na to, że jeszcze nie mogę być samodzielny i cieszyłem się chwilami z moją miłością. Po 20 miesiacach z nią chciałbym w końcu rozwinąć skrzydła i iść na swoje, ale mam do skończenia szkołę, a poza tym 0 oszczędności i własnego auta też nie mam. Do tego rodzice coraz bardziej odsuwają się ode mnie, bo myślą że mam ich w dupie. Są coraz bardziej oschli w stosunku do mnie i wytykają mi jak wiele mi brakuje do tego, żebym mógł żyć tak jak chce. Chciałbym chociaż raz usłyszeć "przepraszam" albo "masz kluczyki, jedź", "bądź szczęśliwy", albo żeby ktoś się zapytał co o tym lub o tamtym sądzę. Matka zawsze ze mną rozmawiała, ale od jakiegoś czasu tylko się kłócimy, bo ojciec ma na nią tyrański wpływ. On z kolei sądzi, że ja i moja dziewczyna jesteśmy rozpieszczeni i myślimy tylko o sobie. Z drugiej strony gdy wyjeżdżam daleko, co chwilę do mnie dzwonią. Uzależnili mnie od siebie, a teraz pokazują mi jak każde moje działanie jest zależne od kasy, której nie mam, kontrolują mnie w ten sposób i wpędzają w kompleksy. Zamiast brać się za siebie ja nie mam siły i motywacji, bo czuje się bezsilny. Do tego zapomniałem jak to jest nie martwić się o nic, uśmiechać się i wierzyć w siebie. Ja kompletnie w siebie nie wierzę, a do tego zamykam się przed światem. Nie mam znajomych, bo pourywałem kontakty. Z dziewczyną bardzo się kochamy, ale zapomniałem już jak to jest być dobrym i pozytywnym partnerem. Nie mogę uwolnić się z tego wewnętrznego więzienia i coraz bardziej czuje się odizolowany, nawet od siebie. Panowie, nie mam z kim o tym pogadać poza tym jestem introwertykiem i łatwiej mi się o tym pisze. Wiadomo, że w tekście brzmi to dramatyczniej, ale chciałbym znać wasze zdanie jak powinienem ogarnąć całą tą kuwetę zwaną życiem.