Melancholia mnie łapie... Czas chyba nareszcie przelać wzburzone morze myśli na białą taflę lodu, kontakt z nią powinien mnie ostudzić.
Najlepsze jest to, że to co otwarcie pokazuje, że chce - tego nie dostaje. Związek z Nią, to po prostu gra w szachy.
Czy umiem kochać? Nie umiem już pisać. Może nie umiem także żyć w tym popieprzonym świecie. Wszystko jest takie skomplikowane i ciężkie do osiągnięcia jakbym płynął małą łódką przez wzburzony ocean egzystencji. Czemu to kurwa wszystko nie może być proste i oczywiste? Zbyt szybko oczekuje miłości. Zbyt wiele oczekuje od życia, zamiast samemu wziąć sprawy w swoje ręce czekam, aż los rzuci mi wszystko na tacy. Na moje łóżko, z którego ciężko mi się ruszyć. Wrocław miasto spotkań, miasto które sądziłem, że motywuje do życia, miejsce w którym będę dorosły. Bycie dojrzałym to ciężkie wyzwanie, tak pięknie było być dzieckiem. Czemu nie doceniamy tego co mamy. Bogaty jest biedny, biedny jest bogaty – kwestia interpretacji. Pragnę przyjemności, już, teraz, natychmiast, kurrrwa! Gdzie się odnajdę, jak będzie wyglądać moje życie?! Ta presja, ten strach czy dam sobie rade, przerasta mnie. Nim ją poznam, nim otrzeźwieje i nim znów zapomnę o nie zadanych ranach, chciałbym by wszystko się zmieniło, bym szedł z uniesioną wysoko ponad horyzont głową. Nienawidzę siebie, nienawidzę życia za , to że musi być ono niespodzianką. Jestem zaskoczeniem sam dla siebie, każdego dnia, każdej chwili nie wiem co zrobię, za pięć minut. Czy to ważne? Czy znajdę odpowiedź na pytanie którego sam nie znam. Czy się tak w ogóle da?! Odkryć siebie, piszą, radzą, mówią buddyjscy mnisi. Zniknąć, znaleźć się w Tybecie i ominąć tą pogoń. Wjechać do doku i stwierdzić – pierdole nie jadę – chce delektować się powietrzem, zimnem bo nie znam ciepła, uderzającego mnie prosto w skostniałe serce. Na co mi to wszystko. Alaska czeka, ja o niej marze, chce się wyrwać z tej klatki, presji którą na mnie kładą wszyscy dookoła. Żyć dla siebie, życie dla mnie. Czym jestem jeśli nie egoistycznym podmiotem walczącym o godny byt na swojej drodze w ciemności, w dłoni mając jedynie sapiący płomień. Nie rozumiem wiele, innym razem pojmuje zbyt dużo. Trapi mnie niefortunny zbieg przypadków, bo nie mam wpływu na wszystko co mnie spotka, mam jedynie wpływ na to jak to odbiorę. A nie mam siły wszystkiego oceniać i konwertować na siłę by interpretować jako coś pozytywnego.
Ciągnąć to dalej, czy kończyć. Nie znam prostej odpowiedzi, szkoda mi zostawić, szkoda mi ryzykować jej bólu. Przejęła nade mną kontrole, grając na mojej litości i przywiązaniu, uwiodła mnie. Co ja z tego mam. Więcej niż poprzednio. Miłość idzie w parze wraz z problemami, których trzeci nie dostrzegają. Których ja sam trzeźwy nie widzę, ogłupiony, zaślepiony, przez jej urok uzależniam się od używki zwanej oksytocyną. A na co mi to wszystko?! Żyjąc samotnie szybciej biegnę przed siebie. Lecz z kimś ta droga jest wznioślejsza.
Spotkać samego siebie na drodze w ciemności. Sam na sam ze sobą, zapytać dokąd zmierzasz. Odpowiem sobie „po szczęście”, zapytam „a gdzie, to jest? Też tam chce.” Za plecami usłyszę jęki i krzyki moich braci. Zdanie zapełniające pustkę po pytaniu brzmi „ nie wiem, zbyt wiele, dróg zbyt wiele met, by wskazać kto z nas wszystkich dotrze do końca, a kto umrze po drodze.”
Płomień niknie, a ja stoję w miejscu.
Zale Baby, chyba strony pomyliles.
Maik
Kurwa rozgryzł mnie. Musze zminić nazwisko z Grodzkiej...
Trafiłeś w dobre fragmenty, lucky you. Tak ten sam.
Po prostu gaśnie,wolniej i ciszej.
Wiem, tu sie po prostu wplotło poczucie indywidualnej oryginalności.
głębia tego tekstu jest porażająca... te płomienie... tafle lodu... oceany egzystencji... cóż za oryginalny motyw!
moje słowa nie są w stanie wystarczająco dobrze podsumować całość...
Posłużę sie więc klasyką:
https://www.youtube.com/watch?v=...
________________________________________________________________
"Szczęście to łza, którą się otarło i uśmiech, który się wywołało."
Maxence van der Meersch
"ŻYCIE NALEŻY PRZEŻYĆ TAK, ŻEBY WSTYD BYŁO OPOWIADAĆ, ALE MIŁO WSPOMINAĆ"
Parafrazując wypowiedź... stawiam wniosek przesunięcia kolegi pisarza do sekcji gimnastycznej... po pierwsze, nie będzie samotny, będzie w kolektywie, po drugie nabierze więcej optymizmu życiowego (jeszcze więcej) i po trzecie, co jest równie ważne, przestanie pisać.
Klasyk.
Guest, się nie znasz
To jest tzw.FLOW pisany ścianą.
Jak osiągnąć taki efekt?
Nie wiem.
Mi się nie udało, nawet po trzech setach i zakąsce.
"Zniknąć, znaleźć się w Tybecie i ominąć tą pogoń. Wjechać do doku i stwierdzić – pierdole nie jadę – chce delektować się powietrzem."
To jest mistrzowskie, od razu mi się przypomniał manifest feministek: "pierdolę, nie rodzę".
"sapiący płomień"
A to bardzo ciekawe
Podoba mi się.