Cześć.
Od jakiegoś czasu bawię się w podryw.
Czasem po robocie zdarzy się wybić na miasto i coś podziałać.
Ostatnio dokonałem ciekawej obserwacji.
99% moich znajomych w ogóle nie podrywa. Albo tkwią w jakiś wieloletnich i wypalonych związkach albo są całkowicie zamknięci i aspołeczni i zawsze muszę działać sam.
Jak tylko zarzucę temat, że idziemy w miacho powyrywać jakieś laski, to zazwyczaj spotyka się to z marudzeniem. Aż przez to wszystko zaczynam się czuć jak jakiś dziwak, bo podchodzę to przypadkowych lasek na ulicy i próbuję coś gadać.
Zastanawiam się, czy też macie takich znajomych i czuliście się czasem tak, że odstajecie?
Ogólnie to mega mnie to demotywuje. Lubie swoich kumpli i są moimi kumplami dlatego, że mamy wiele wspólnych tematów, możemy się razem napić, etc. Ale za ch*ja nie mogę nikogo z nich nakłonić nawet do wingowania, a co dopiero do podrywania ze mną.
Ogólnie to znam może jedną osobę, która stosuje taktyki, które są na forum, czy w "The game" itd. Reszta w ogóle nie ma o tym pojęcia. Ciekawe, czy u was jest podobnie.
Pzdr,
DF
U mnie trochę też tak jest. Zresztą znajomych można podzielić na tych, których znam od gimnazjum, z byłej pracy, z uczelni, z imprez itd. Co inna osoba, to inne podejście do życia. Też tkwią w wypalonych związkach, znam sytuacje, że jak dziewczyna zdradza chłopaka, to ten wydzwania do niej płacząc przez telefon, teraz są po ślubie i mają dziecko. Inni znajomi są ze sobą od liceum i widać, jakby byli ciągle zakochani. Znam prawie 30-letnich prawiczków, znam też takich, co zmieniają dziewczyny co krótkie okresy czasu. Czy są szczęśliwi? Nie wiem, wychodzę z założenia, że każdy jest tak szczęśliwy jak sam chce być. Jak mi się coś nie podobało w życiu i czułem przez to dyskomfort, to nad tym pracowałem. A generalnie świata nie zbawię.
Nie każdy musi robić to co ja, tak samo jak nie każdy musi mieć skończone studia. Zawsze patrzę na siebie, a na upartego można byłoby takich znajomych znaleźć, pochodzić na szkolenia, popytać na tym forum, ale... jakoś nie czuje specjalnie potrzeby i wątpię, że odczułbym wyraźną różnicę.
Fajnie byłoby mieć kumpla do wingowania, ale przyznam się szczerze, że nigdy nie miałem i żyje
Stary ty nie odstajesz odstają oni.Nie chcą wyjść ze swojej strefy komfortu to ich problem.Miaĺem podobnie i wiesz co zaczałem swego czasu działać sam..Ppjawiały sie zaraz tematy na spotkaniach z kolegami bym załatwił koleżanki.Załatwiałem i nic nie potrafili zrobić..Rób swoje, działaj sam,nie przejmuj sie co inni mysla.☺
Tak było, jest i będzie.
Na siłowni zaledwie parę procent osób. Jakiekolwiek oszczędności ma mniej niż połowa Polaków. Większość nie przeczyta w tym roku żadnej książki, ani nie pojedzie za granicę. Większość tkwi w związkach z przypadku. Jak to się ładnie mówi, "chodzą do pracy, której nienawidzą, żeby zarobić na rzeczy, których nie potrzebują i chwalić się nimi ludziom, których nie lubią". Czy jakoś tak.
Stety/niestety, każdy kto naprawdę chce ogarnąć swoje życie będzie w mniejszości. Większość ludzi jest zbyt leniwa i zbyt zestrachana.
No bo oszczędności, wyjazd za granicę albo czytanie książek jest rzeczywiście wyznacznikiem "lenistwa i zestrachania"...
Oszczędności mam niewielkie bo wszystko ładuje w siebie, książek prócz podręczników mi potrzebnych nie czytam bo wolę film, za granicą jeszcze w tym roku nie byłem i nie wiem czy pojadę, ach ta strefa komfortu, wygląda na to, zę tkwie w niej po uszy ;]
Przede wszystkim jednak typowy członek społeczeństwa zamiast komentować ideę stojącą za jakąś wypowiedzią, bierze tę wypowiedź dosłownie i czepia się nieistotnych dla sensu szczegółów.
Jeszcze raz, prościej: nie warto być "jak wszyscy", bo "wszyscy" nie są wyznacznikiem ani szczęścia, ani tym bardziej sukcesu. Teraz dotarło czy dalej chcesz czepiać się słówek?