Cześć! Coraz więcej na forum pojawia się takich tematów, więc pomyślałem, że też się podzielę swoją historią - a nóż kogoś zainspiruję do wprowadzenia zmian w swoim życiu, albo poprostu zaciekawię kogoś
. A więc aktualnie mam 18 lat. Wszystko zaczęło się od moich rodziców. Rodzina niby kochająca od najmłodszych lat, ale jednak to im zawdzięczam 80% iluzji które pojawiły się w moim życiu. Matka nauczycielka, będę szczery - strasznie pusta osoba, kocham ją, ale nie ma co ukrywać prawdy. Od najmłodszych lat liczyły sie dla niej tylko oceny - bo od tego zależała jej opinia w szkole. Przez to, że mnie uczyła miałem nagiętą opinię przez całą podstawówkę i gimnazjum - totalny brak przyjaciół. Nie mogłem z nią rozmawiać o normalnych tematach bo wszystko sprowadzało się do tematu mojego zachowania ( ludzie mi zawsze powtarzali że jestem dobrym chłopcem, ale nie wierzyłem, bo mama twierdziła inaczej) i ocen. Wychowywała mnie ona na typowego pieska, frajerzyka. Priorytetem była ona i musiałem wszystko pod nią robić, później dopiero dochodziło ewentualnie życie prywatne. Ojciec wcale nie pomagał, ma strasznie poszarpane nerwy, denerwuje się dosłownie o wszystko np. o to że mu coś ze stołu spadnie - jest w stanie kur*ować przez 10 minut
. Kiedyś się go strasznie obawiałem ale teraz się z tego śmieje. Aczkolwiek to były tylko emocje - tak naprawde nie był on w stanie muchy skrzywdzić, nigdy na nikogo ręki nie podniósł, poprostu w jego rodzinie też tak miał i mu to zostało ( moj Dziadek też taki jest). Matce zawsze przytakiwał na wszystko nawet jeśli nie miała racji, a przez to że nie miałem rodzeństwa, nie miałem w nikim oparcia. W wieku 10 lat rodzice kupili mi komputer, co jak już dobrze wiecie było ich największym błędem. Momentalnie popadłem w uzależnienie które prześladowało mnie przez 5 lat. Nie miałem życia, wszystko sprowadzało się do gier, przed którymi byłem w stanie spędzać nawet 10h dziennie ( W wakacje rzecz jasna
). W szkole brak znajomych. Miałem w klasie wielu cwaniaków, którzy z mojego punktu widzenia mieli wielu przyjaciół - wziąłem z nich wzorzec, co było złym pomysłem - stałem się takim frajerzykiem cwaniakiem. Z początku niby popoznawałem paru ludzi, ale oni szybko się do mnie zniechęcali. Do tego matka która cały czas zarządzała mym życiem i zaniżała moją wartość. W 2 gim "zakochałem" się w pewnej dziewczynie, z którą miałem dość dobre układy. Niestety nie wychodziło mi w ogóle z dziewczynami, ale robiłem co w mojej mocy by ją sobą zainteresować. Niestety bardzo szybko stałem się dla niej pieskiem, przyjaciółką z fiutem jak to Gracjan bardzo fajnie nazwał
Po roku "ubiegania" bo byłem tak lękliwy zrobić następny krok - w końcu była jedną z nielicznych osób które mnie rozumiała ( nie chciałem jej stracic) dostałem od niej kosza. Niestety nic mi to nie uświadomiło, popadłem w chwilową depresję i z desperacji próbowałem dalej z najróżniejszymi dziewczynami - wszystkie akcje zakończyły się FAIL-em. Przyszła III klasa, udało mi się wyprosić mamę by posłała mnie na kolonie i to był strzał w dziesiątke. Postanowiłem że przyjmnę tam totalnie inną postawę niż miałem dotychczas, żadnego cwaniactwa i tylko spokój i dobra zabawa. Ludzie mnie nie znali, więc miałem pole do popisu. Już na początku poznałem naprawde fajnych ludzi, którzy mnie dużo nauczyli i jednego z nich potraktowałem jak wzorzec do naśladowania. Miał on totalnie wyje*ane na wszystko i był cwaniakiem sam w sobie. Samemu znowu popadłem w iluzje że bycie cwaniakiem jest dobre - w końcu ile on miał przyjaciół. Zacząłem tam dbać tylko o siebie, miałem w dupie innych, co jakoś automatycznie przyciągało innych ludzi do mnie. Poznałem pare niezłych dziewczyn, dwie z nich były zauroczone mną. Z jedną wyląowałem nawet sam na sam w pokoju leżąc na łóżku, ale wtedy znowu objawił się mój brak pewności siebie - nie byłem w stanie nic zrobić, żadnego pocałunku, macania itp. Tylko żeśmy się połaskotali i na tym się skończył ten "romans". Mimo wszystko wracałem do domu z myślą że stałem się pewniejszy siebie i że teraz wszystko się odmieni. Nastały czasy LO - sami nowi ludzie, okazja do pokazania się z lepszej strony. Z początku faktycznie w oczach ludzi byłem wartościowy, ale przez cwaniactwo jakie wykazywałem w stosunku do innych, bez różnicy czy dziewczyn, czy kumpli, bardzo szybko znów straciłem na zainteresowaniu. Wtedy jadąc raz do szkoły zaczepiła mnie koleżanka - ta która dała mi koszu w II gimnazjum. Nie chciałem mieć z nią nic wspólnego po tym jak mnie, biednego frajerzyka skrzywdziła za czasów gimbazy. Ciekawe jest to, że to dawało efekt odwrotnie proporcjonalny do zamierzonego. Coraz częściej do mnie przylatywała na przerwach, macała, przytulała - a ja byłem tym zimnym skur*ielem jak z amerykańskich filmów. Wtedy stwierdziłem że dam temu jeszcze jedną szansę. Pierwszy miesiąc wyglądał ok, ale mimo wielu okazji jak zwykle nie zrobiłem następnego kroku. Ale myślałem: "Co tam, przecież jej zależy, to prędzej czy później i tak zrobię ten krok". I tak ten okres nazwany okresem "prędzej czy później" zleciał - było to dokładnie 0,5 roku. Czar coraz bardziej pryskał. My spędzaliśmy mnóstwo godzin pisząć na GG i Fb, ja pieskowałem do niej w szkole, latałem co przerwę szukając jej. Przy okazji budowałem na tym swoje wartości. "Będę miał DZIEWCZYNĘ, teraz patrzcie i zazdrośćcie lamusy" - tak sobie wmawiałem wtedy. Zaprosiła mnie wtedy raz do siebie, ale ja nie wiedziałem że już od miesiąca bylem na spalonej pozycji. Na spotkaniu siedzieliśmy u niej na kocu na polu - fajnie, romantycznie było
, aczkolwiek ja jak zwykle żadnego kroku nie zrobiłem. Wkońcu stwierdziłem że dłużej zwlekać nie mogę. Zaprosiłem ją na wyjazd na rower, w ciche, romantyczne miejsce nad rzeczką zaraz za granicą z Czechami (ach ta miłość...), gdzie miałem wreszcie zrobić krok. Dojeżdżając na miejsce, mając już zrobić to na co od pół roku czekałem, nagle ona mnie uprzedza z tekstem, że ona z tego chce tylko przyjaźni bo znalazła sobie kogoś 4 lata starszego. Wróciły zle wspomnienia z przeszłości, znowu stałem na tej samej pozycji co 2 lata wcześniej. Nie miałem prawie żadnych kumpli, a jedyna osoba która mnie rozumiała, znowu mnie porzuciła. Do tego złożyło się pare innych czynników które mnei dodatkowo dołowały - przed zdarzeniem miałem wypadek na moim ukochanym jednośladzie - Simsonie, oraz zmarł mój wujek. Wtedy moje emocje sięgnęły zenitu. Postanowiłem jej powiedzieć co o niej sądzę, dzięki temu doprowadziłem ją do płaczu, co na początku bolało, ale jednocześnie dało mi poczucie większej pewności siebie. Teraz wiem że to był błąd, bo temu że tak wyszło byłem winny tylko ja. Wtedy te czasy były dla mnie najgorszym, ale jak się później okazało i najlepszym okresem mojego krótkiego życia. Dzięki tej sytuacji trafiłem tutaj, na podrywaj.org, uświadomiłem sobie jak wielkim zerem i frajerem wtedy byłem. Zacząłem radykalne zmiany w sobie. Zmieniłem swoje życie o 180 stopni. Do wszyskitego podchodziłem z luzem, stałem się optymistą, bardziej pewnym siebie wartościowszym facetem. Przyszły drugie kolonie, na których wylądowałem aż z 4 dziewczynami w nocy w ich pokoju robiąc sobie nawzajem masaże, poznałem mnóstwo ludzi i wreszcie poczułem radość z życia. Wracając do szkoły po wakacjach z nowym nastawieniem, miałem ogromny lęk że wszystko wróci do starego trybu, że znowu będę nienawidzony w klasie, aczkolwiek powiedziałem sobie że nie poddam się, będę walczył o swoje dobro i nawet jak wiatr będzie wiał w twarz pójdę i się nie zachwieję. Dzięki temu mam teraz mnóstwo przyjaciół
. Uświadomiłem sobie że ja jestem najważniejszy w moim życiu, i tylko siebie mam kochać, a jeśli jakaś kobieta będzie dla mnie dość wartościowa to może i dostanie ten kawałek mnie i będzię się mogła nim ze mną cieszyć. No właśnie. Uświadomiłem też sobie że muszę wymagać od kobiet, bo wcześniej leciałem na co mi oczy przyniosły. Dzięki temu potrafię już na luzie rozmawiać z kobietami, a one lubią ze mną czas. Niestety do ideału mi jeszcze dużo brakuje. Wciąż mam w sobie mnóstwo iluzji, które staram się zwalczać na każdym kroku. Buduję od nowa swoje JA, na nowych fundamentach, bo stare były nietrwałe i się posypały. Ufam sobie i tylko sobie. Wciąż została we mnie część frajera, którą mam zamiar zwalczać na każdym kroku. Oczywiście bywają bitwy przegrane, ale z każdej bitwy wynoszę coś, co ma mi pomóc w wygrać następną. "Po trupach do celu..." Jak to gdzieś kiedyś usłyszałem w jakimś kawałku Hip Hopu. Rodzice już mną nie zarządzają. Złamałem pare ich zasad. Pierw wynikły z tego ogromne konflikty, ale ja dalej brnąłem w swoim i dzięki temu teraz, mam duuuuuużo większą swobodę niż miałem dawniej. Mam również postanowienia na ten rok:
- Przełamać się w stosunkach z kobietami - chodzi tu głównie o całowanie, w życiu jeszcze nie pocałowałem dobrowolnie kobiety
- zbudować jeszcze silniejszą fortecę własnego JA
- Zacząć regularnie spotykać się z kobietami
- Ostatnio przeczytałem w klasykach wpis Gracjana o tym czego on tak właściwie oczekiwał od PUA. Stwierdzam że też taki chciałbym być. Chciałbym czerpać 100% radości z wyzwalania pozytywnych emocji u kobiet.
- Ktoś kiedyś mi napisał, że jestem strasznie niespójny w swoich decyzjach, faktycznie, też to zauważam, od paru tygodni staram się to zwalczać
- CZERPAĆ Z ŻYCIA 100% RADOŚCI - to chyba jest najważniejsze 
Na koniec chciałbym podziękować Gracjanowi i wszystkim Mędrcom tej strony, którzy pomogli mi odnaleźć drogę życia i dzięki którym cały czas buduję nowe, lepsze własne JA. Bóg mi was zesłał
Amen.
PS. Jeśli chodzi o błędy ort. to wybaczcie. Piszę to na szybko mając chwilkę czasu wolnego przed szkołą 
Zacznij od szacunku dla swoich rodzicow, bo od tego zaczyna sie wszystko.
Z Twoich slow bije jeszcze taka naiwnosc, ze brak slow. Nie traktuj posiadania panny jako leku na cale zlo ktore Cie w zyciu spotkalo, bo to tylko jeden z aspektow zycia. Inne sa nie mniej wazne i jak nie bedziesz nad nimi pracowac to nic z tego nie bedzie.
Żeby zdobyć Kobietę, musisz być gotowy Ją stracić.
PUA:
http://m.youtube.com/watch?v=BRw...
aaaaaa... i pamiętaj, że nawet jak dostaniesz tu zjebkę lub ostre słowa to bedzie to tylko w Twoim dobrze pojętym interesie
no i wreszcie ktoś, kto umie obsługiwać kompas
________________________________________________________________
"Szczęście to łza, którą się otarło i uśmiech, który się wywołało."
Maxence van der Meersch
"ŻYCIE NALEŻY PRZEŻYĆ TAK, ŻEBY WSTYD BYŁO OPOWIADAĆ, ALE MIŁO WSPOMINAĆ"
Widać że się zmieniasz ale zmiana to przede wszystkim też szacunek dla starszych(rodzice)
Myślę że to ważne. Osoba wartościowa to osoba szanująca poglądy i prawa innych.
Twoje relacje z dziewczyną o której piszesz to oczywiście wynik twoich złych wyborów w (krótkim)życiu.
Kwalifikuj dziewczyny a uzyskasz wynik dodatni.
Na przestrzeni lat zmienisz swoje podejście i poglądy jeszcze wiele razy więc... Powodzenia.
"chodzi tu głównie o całowanie, w życiu
jeszcze nie pocałowałem dobrowolnie
kobiety"- mnie też zmyszają zawsze, wręcz rzucają się na mnie ;d
Dobrze że masz plany, w naszym wieku trzeba zająć się tylko i wyłącznie sobą bo pracujemy teraz na swoją przyszłość. Szacunek dla rodziców jest bardzo ważny bo wszystko masz dzięki nim, mimo że czasem wkurzają. Bo kochają jak nikt inny!
Zmieniaj się dla siebie dalej, bo swoja opinia na własny temat jest najważniejsza
Pozdro!
Nigdy nie narzekaj na swoją rodzinę! - powinieneś kochać i akceptować rodziców mimo ich wad. Tym bardziej, że nic złego ci nie zrobili, a na pewno bardzo cię kochają. Pomyśl jakbyś się czuł po takich słowach gdyby ich zabrakło? Jak można powiedzieć o matce, że jest pusta :/. I ty mówisz, że już nie jesteś taki jak wcześniej? Nadal przemawia przez ciebie obrażone dziecko, a nie facet - człowiek po zmianie o 180 stopni. Znam wielu ludzi dla których nauka jest priorytetem tak jak dla twojej matki i przez taki filtr patrzą na świat co nie znaczy, że są puści. Mają własną hierarchię wartości, inną niż twoja co nie oznacza, że jest zła. Każdy patrzy na świat subiektywnie przez pryzmat swoich doświadczeń i trzeba to zrozumieć i szanować - być tolerancyjnym.
Hmm, być może troszkę źle mnie zrozumieliście. Nie jestem obrażony, wściekły na rodziców, że moje życie wyglądało jak wyglądało. Ja ich kocham, żyjemy w zupełnej zgodzie, jak normalna rodzina, mam do nich pełen szacunek i oni dwaj są dla mnie pierwsi w życiu. Po prostu nie stosuję się już do tych zasad, które mnie ograniczały ( w złej tego słowa myśli). Z waszych wpisów zrozumiałem, że myślicie że jestem z nimi pokłucony mam ich w dupie, o nie, jest wręcz przeciwnie
. Teraz w szczególności gdy się okazało że moja mama ma raka, wspieram ją podwójnie, zbliżyliśmy się do siebie bardzo.
Aczkolwiek coś w waszych słowach może być. Może nie jestem obrażony na moich rodziców, ale gdzieś tam w głębi jest ta myśl że mimo wszystko to przez nich było jak było w moim życiu. Wydawało mi się że mama jest pusta, ale dzięki wam dostrzegłem że takie poprostu są jej wartości w życiu, źle oceniłem sytuację. Faktycznie, jakaś nienawiść z tego może wynikać. Przemyślę to sobie dzisiaj wieczorem w ciszy i wyciągnę jakieś wnioski. Dzięki !
"Nie traktuj panny jako leku na całe zło..."
Jeszcze 1,5 miesiąca temu dokładnie tak myślałem, ale właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że to JA tylko mogę siebie uszczęśliwić. Kobiety to dodatek. Przyznam szczerze, że od jakiegoś czasu bardzo cieszy mnie gdy widzę, że kobieta się dzięki mnie uśmiecha - może dzięki temu też trafiłem na artykuł Gracjana o tym jak dawanie pozytywnych emocji kobietom może człowieka uszczęśliwić. Nie traktuję tego jako życia, raczej jako jakieś nowe Hobby, zainteresowanie, ale na piedestale jestem tylko JA.
Wiem, że ten wpis był napisany bardzo chaotycznie, dlatego też mogliście powyciągać niektóre pochopne wnioski. Tak jak wcześniej wspomniałem było to przed szkołą, coś wzięło mnie na napisane tego tekstu rano, a czasu było mało i wyszło jak wyszło
"Szczęście zawsze kosztuje, ale warto oddać wszystko, by później zyskać jeszcze więcej..."