Witajcie!
Postanowiłem, że podzielę się z Wami moimi obserwacjami. Pół o roku temu zakończył się mój ostatni związek. Trwał niemal 5 lat. Między nami była spora różnica wieku. Gdy zaczynaliśmy się spotykać ona miała 19, a ja 26 lat. Od początku nie za bardzo miałem ochotę na tę relację, ale z braku laku przyjmowałem ją. Potraktowałem to jak dobrą zabawę. Nie ukrywam, że olewałem sprawę jak się tylko dało, bo czułem że zaraz może sobie znajdzie innego, wyjedzie na studia albo zwyczajnie jej się znudzi. Im bardziej olewałem, tym bardziej ją cisnęło na mnie. Z czasem zacząłem się do niej przekonywać, ale nie umiałem być zazdrosny. Nie raz chciała we mną tą zazdrość wzbudzić, ale nigdy nie dałem się sprowokować. Relacja jakoś sobie płynęła, ale kategorycznie odmawiałem legalizacji związku. Nie bardzo odpowiadała mi jej rodzina i nie byłem pewny czy ona dalej będzie chciała być w tym samym mieście, a relacje na odległość mnie nie interesują. Wielkiego uczucia z mojej strony nie było, ale chciałem jej to skompensować swoim życiowym doświadczeniem. Mimo wszystko zaproponowałem wspólne mieszkanie, tj. wprowadzenie się do mnie, bo mieszkam sam. Ale odmówiła.
Nigdy jej nie kontrolowałem, nie sprawdzałem co robi i vice versa. Nie jeździłem do niej, to raczej ona wpadała, gdyż miałem większą swobodę u siebie.
Jakieś pół roku przed końcem zacząłem ustępować. To znaczy, powiedziałem, że już nikogo nie szukam i chcę z nią być. Okazało się, że załatwiała sobie wyjazd do innego miasta, co w sumie mi nie przeszkadzało, było mi to obojętne. W międzyczasie poderwał ją jakiś gość, być może był jakiś romans, tego już nie wiem, ale przymykałem na to oko, bo wiem że zdrady się zdarzają.
Zastanawiam się jak ta sytuacja wygląda z boku. Bo ja nadal nie umiem się do tego odnieść. Czuję się trochę samotny i czasem się zastanawiam czy może powinienem był ją lepiej potraktować i coś zaproponować. Jednak z drugiej strony coś mnie od niej odpychało i trwałem przy niej, bo ona tego chciała. Wiem też, że wyobrażenie o relacji po takim czasie jest inne niż rzeczywistość. Brak planów, brak możliwości, nic pewnego. Ale generalnie była ok, dość zaradna, mało konfliktowa. W miarę spokojnie.
Proszę Was o opinię, co o tej relacji sądzicie. Czasem myślę, że jeśli facet nagle się zmienia, to kobieta traci szacunek do niego. Albo, że co by facet nie zrobił, to i tak się skończy. Bo jeśli padają propozycje na jakimś wcześniejszym etapie, to i tak się sprawa rypie, bo "było zbyt pewnie". Albo po prostu wygasa. Tak, kobiety potrzebują uczuć, emocji. Mnie trwanie na poziomie "mini" zadowalało w pełni.
Złapała króliczka i zaczęło wiać nuda. Po drodze nawinął się ktos inny, kto dał jej na chwilę obecną emocje.
Teraz napiszę Ci coś z czym możesz się nie zgodzić albo nawet rozpetam gownoburze ale...
Kobieta i mężczyzna rządzą prawa przyrody. Wyścig do przekazania jak największej ilości genow dla mężczyzny i jakość genów dla kobiety. Teraz do czego zmierzam, 5 lat to już okres długo po tz. Haju organizm przestał produkować hormony które sprawiały że ciągła ja do Ciebie. Nastąpił kolejny proces w jej głowie czyli szukanie gałęzi, nowego bolca.
Proces ten można zatrzymać w kilku przypadkach:
- dziecko, wtedy kobieta dalej produkuje hormony no bo ojciec dziecka itp.
(Tutaj często kobieta nie chce odejść ale zdradza)
- gdy kobieta ma mniejsze smv od ciebie.
- gdy ma tak małe smv że inni mają o kilka punktów mniejsze smv od Ciebie
Kasa, władza nie ma tu nic do rzeczy bo nie raz spotkałem się z sytuacją gdzie kobieta zdradzała męża dość bogatego z tz. Nad boyem.
Można to zrozumiem i pogodzić się z tym faktem a dzięki temu może tak poprowadzisz swój związek ze pokażesz kobiecie większe smv i tym samym (może) ja zatrzymasz albo można wierzyć w miłość i ciągle dostawać po dupie.
Na zakończenie chciałbym dodać że większość długich związków się nie kończy bo osoba dominującą jest zwykłym leniem i chociaż już dawno nie kocha to wizja gotowania i prania skarpetek sprawia, że tkwią w tych związkach średnio szczęśliwi.
Z tym złapaniem króliczka, to tak nie do końca, bo o ślubie nie było mowy. I może taka hybryda niepewności i pewności utrzymywała dłużej tę relację.
Niemniej jednak zgadzam się z Twoją wypowiedzią. Proces o którym piszesz jest naturalny, emocje opadają. Każdy zaczyna szukać czegoś innego. Seks po kilku latach już nie jest taki sam. Nawet jeśli jest dobry, to jest potrzeba zwyczajnie czegoś innego.
Kasa i majątki faktycznie tu nic do rzeczy nie mają. A czasem nawet wręcz popychają do zdrad, bo kasy jest nadmiar, a emocji mało, czasu dużo i co z nim robić.
Dla mnie zdrada to nic nadzwyczajnego. Wzajemna kontrola jest bez sensu, bo można wpaść w spiralę, która jest o wiele gorsza niż sama zdrada. Związki można prowadzić na wiele sposobów. Np. pewien dystans też może zatrzymywać kobietę. Ale nie wierzę w jeden skuteczny sposób. Gorsza jest nagła zmiana - z obojętnego na wielce kochającego. To może zdziwić i można sobie zadać pytanie: A może jedna się da być ok? I to burzy wszystko.
Mam mieszane uczucia co do Twojego ostatniego akapitu. Zależy kogo rozumiesz przez osobę dominującą. Jeśli osoba dominująca to ta, która kocha bardziej, to uważam że masz rację, bo to ona częściej kończy związki. Dlaczego? Bo Ona czuję amplitudę uczuć i ich spadek. Ta druga osoba zawsze przyjmowała i mniej się starała, więc nie odczuwa tego tak mocno, jak ta bardziej kochająca. A pranie skarpetek itd, to już tylko rutyna, ale potrzeba bycia z kimś jest większa niż osamotnienie.
Trafiłeś tutaj wpisując hasło: Jak wrócić do byłej/ jak odzyskać kobietę ect. Powiem tak, NIE RÓB TEGO i ugryzę temat z innej perspektywy.
Wszystko zaczyna się w głowie... Chcesz tkwić z przyzwyczajenia całe życie przy osobie do, której nic Cię nie ciągnie? Chcesz za 10 lat obudzić się przy kobiecie do której nic nie czujesz? Teraz kierują tobą wątpliwości, może to ja byłem dla niej zły? Może nie znajdę już nic lepszego? Znowu będę musiał się bawić w nowe znajomości ect. Nie idź tą drogą. Powiedz sobie znajdę świetną kobietę, swój ideał, poderwe ją i to z nią będę jadł śniadania.
Nie obniżaj swoich wymagań i nie bierz pierwszej lepszej. Nie czułeś do niej mięty, nie chciałeś się z nią wiązać na stałe, nie oszukuj siebie, że może z czasem to się zmieni. Znajdź taką panne, jaką będziesz chciał i nie obniżaj swoich wymagań bo tak jest łatwiej.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, łajdacki i triumfalny zarazem, na którego widok jej piersi napięły się jeszcze bardziej.
Nie jest tak, że trafiłem tu wyszukując taką frazę
Ale mam potrzebę rozliczenia się z przeszłością. Dlatego postanowiłem napisać. Czy czuję się winny? Jasne, mogłem się lepiej zachowywać wobec niej, a nie ją olewać. Tylko, że to wyrosło ze strachu przed samotnością, a nie z braku tej konkretnej osoby. Nuda i brak regularnego seksu. I obawy, że może trafić się coś gorszego.
Pół roku temu, zaraz po rozstaniu się ucieszyłem. Potem miałem pilny wyjazd na tydzień i postanowiłem, że po powrocie się z nią spotkam i jeszcze pogadam. Miałem się odezwać w poniedziałek, potem przełożyłem na wtorek i tak dalej, aż do końca tygodnia. Ale w końcu napisałem i się spotkaliśmy. Ona nie chciała już dalej się spotykać, ale jeszcze powiedziałem by się zastanowiła. Po kilku dniach się miałem odezwać. Jadąc do pracy tego dnia pomyślałem: "Chłopie, co ty robisz, przecież masz już spokój, zrobiła za ciebie wszystko i chcesz powrotu? No co ty. Przecież wiesz, że nic nie zmienisz." I na szczęście nie wróciła.
Napisałem to, bo pewnie wielu z was mogło mieć podobnie. Choć ten przypadek może być szczególny. Nauczyłem się też, że nagła zmiana postawy w relacji nie sprzyja jej przyszłości. Poza tym nie wierzę w to, że ludzie bez przymusu (czy to kredyt, dzieci, czy po prostu wiek i świadomość trudu w znalezieniu kogoś innego) będą żyć ze sobą całe życie. Ale rachunek sumienia jest zawsze dobry. Poza tym byłem ciekaw co myślą o tym inni.
W międzyczasie poderwał ją jakiś gość, być może był jakiś romans, tego już nie wiem, ale przymykałem na to oko, bo wiem że zdrady się zdarzają.
Gdzie Ty masz jaja?
))
Na swoim miejscu
Mnie to nie przeszkadza, laski i tak robią co chcą, upilnować się nie da nikogo. Nie potrafię być zazdrosny.
Tu nie chodzi o zazdrość tylko o szacunek do samego siebie. Ona potem tymi ustami mnie całuje.
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, łajdacki i triumfalny zarazem, na którego widok jej piersi napięły się jeszcze bardziej.
To tak samo, jak jesteś z laską, która wcześniej miała faceta. I tak samo całujesz się z nią. Tu chyba nie chodzi o same usta, tylko o własność jako taką.