Cześć wszystkim, dużo czasu mineło odkąd regularnie odwiedzałem to forum. Mimo wszystko coś jednak stąd wyciągnałem, ale nie będę owijał w bawełne, żeby naprawde ogarniać jak niektórzy tutaj to trzeba lat
ale do rzeczy. Niedługo mi stuknie 1 rok i 7 miesięcy odkąd się spotykam ze swoją kobietą. Przez ten rok zmieniłem się, można powiedzieć, że "dojrzałem" (zabawnie to brzmi gdy pisze to 21 latek) , zmienił się pogląd na pewne sprawy itd. Moja kobieta w zasadzie od początku jest taka sama , czyli zupełnie jest sobą, nie gra, nie robi tępych gierek, scen zazdrości, jest regularny seks, jesteśmy dla siebie pierwszymi partnerami. No można powiedzieć, że jest taką kochaną przylepą z maślanymi oczkami, bla bla bla. Spotykamy się 2-3, czasem 4x w tygodniu. Generalnie po takim czasie dostrzegam pewne wady, po takim czasie zauroczenie trochę opada i czasami niektóre rzeczy wkurzają. Głównie jedna rzecz- czasami i ostatnio coraz częściej mi zarzuca, że jestem "zimny". Na początku , po kilku miesiącach też mi to raz, dwa powiedziała , jednak zlałem to, robiłem swoje. Zarzuty, iż jestem mało romantyczny bywały rzadko ale jednak zostało mi to w pamięci.Był przez pewien czas spokój. Od niedawna , od 2-3 miesięcy problem zaczął wracać. Przyznam szczerze, że jestem osobą mało wylewną, czasami można odnieść wrażenie, że mam takie "lekkie" podejście do tej relacji , czasem palne jakiś głupi tekst który wg mnie jest pierdołą a dla niej czymś ważnym. Dziś akurat siedzę do późna w domu w oczekiwaniu na gale bokserską i jak to bywa, człowiek ma chwile zadumy podczas samotnego siedzenia. Przemyślałem sobie kilka spraw i odnoszę wrażenie , że jestem twardo stąpającym zimnym facetem, który po prostu NIE POTRAFI być uczuciowy, nie potrafię jej prawić banałów jaka ona jest wspaniała, kochana, że ją kocham, żę mi na niej zależy, srać tęczą i śpiewać pod oknem.Ale się staram , nie jestem zimnym skurwielem. Jak dłużej pomyśle od czego to się mogło wziąść to może mieć to związek z tym iż pochodzę z rodziny rozwodników, często kłótnie , brak tego większego ciepła, potem przez 6 lat szkoła prywatna z bogatymi gnojkami, gdzie siłą rzeczy też się schamiłem i stałem się wyrachowany, nie czuły a jednak gdzieś głęboko odczuwam wrażenie, że to moje zachowanie jest niezgodne z tym kim byłem przed tym całym syfem. Mam fajną dziewczynę a nawet nie potrafię się przed nią otworzyć, używam wymijających odpowiedzi nawet na pytania typu "zależy Ci na mnie" . Całkiem niedawno spytała się mnie, niby dla żartu a jednak wyczułem pewną nutkę powagi gdyż nigdy mi takiego pytania nie zadała- czy ją kocham. I znowu , wymijająca odpowiedź owinięta w piękne opakowanie, już nawet nie pamiętam co powiedziałem , ale stwierdziła, że taka odpowiedź też jej się podoba. Jakiś czas później , leżąc w łóżku, spytała się znowu czy mi na niej zależy, coś tam burknąłem , stwierdziła,że jestem zimny, że coraz bardziej zaczyna ją to męczyć. Potem kolejnym razem znów "niby żartem" "zakochałeś się we mnie"? Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się i ją czule pocałowałem a ona potem " ja też Cię uwielbiam" i tuli tuli dalej... Panowie, chodzi o tą presję gdy mi te pytania zadaje, między nami jest 2 lata różnicy, ona ma już 23 lata , kilka razy wspominała o wspólnym mieszkaniu, żarciki że jak będziemy razem mieszkać to z łóżka nie będziemy wychodzić, kiedyś na jakieś pytanie apropo seksu usłyszałem " po ślubie". Kilka razy zarzuciła mi , że ma wrażenie, że z nią jestem tylko dla seksu, oczywiście tak nie jest ale ja nie lubie rzucać słów na wiatr, jest z niej fajna dziewczyna, rokuję na coś poważnego ale ja PO PROSTU O TYM JESZCZE NIE MYŚLE! Nigdy bym jej nie zdradził, szanuje ją, jestem kulturalny,szarmancki. Ale przez te jej podchody czasem miewam wątpliwości czy jest sens się angażować w to jakimiś deklaracjami słownymi. Nie lubię nacisków a przez te jej pytania aż mi się odechciewa wszelakich czułości. Czasami miewałem myśli typu czas się ewakuować itd ale jednak ona mi się podoba, jest naprawdę dobrą kobietą , dbającą o mężczyznę i jej stwierdzenia, że mi tylko na seksie zależy mnie tylko obrażają. Nie mam w ogóle pomysłu jak do tej sprawy podejść, nie za bardzo wiem jak jej pokazać, że "coś jest na rzeczy" ale dla mnie się liczą czyny a nie słowa. Może to brzmieć jak bełkot ale dziękuje za przeczytanie tych wypocin. Pytania i krytyka jak najbardziej mile widziane.
Pozdrawiam!
żeby powiedziec krótkie "kocham Cię" nie trzeba srać tęczą, albo ustawiać sie w tym celu pod balkonem...
jedno proste pytanie: kochasz ją?
To jej to powiedz... i wierz mi - nie posra Ci się związek z tego powodu, nie stracisz ramy, nie staniesz się pieskiem!
________________________________________________________________
"Szczęście to łza, którą się otarło i uśmiech, który się wywołało."
Maxence van der Meersch
"ŻYCIE NALEŻY PRZEŻYĆ TAK, ŻEBY WSTYD BYŁO OPOWIADAĆ, ALE MIŁO WSPOMINAĆ"
Napisałeś, że dojrzałeś hmmm jeśli chodzi o uczucia to przez prawie 2 lata można się zdeklarować jakoś nie ?
Albo jesteś z nią bo ją kochasz albo to tylko przyzwyczajenie bo jest seks, bo jest fajnie ale nic więcej...
Gdzie w tym wszystkich plany na przyszłość? marzenia ? pasje ?
Nie widzę w tym jej...
Stary, czeka Cie kolejny wieczór przemyśleń
Powodzenia !
Snoofie, trafiłeś. Od 2-3 tygodni zaczyna być jakoś sztywniej, inaczej. Już nie słyszę tego entuzjazmu jak do niej dzwonię. Ostatnimi czasy lekko nas dopadła rutyna, nie za bardzo mi się chciało wymyślać atrakcję i często siedzieliśmy u niej w domu, przyznam szczerze,że było trochę nudno. Zaraz będzie sesja i znowu kontakt będzie utrudniony a ratować na siłę się nie da bo gówno z tego wyjdzie. Małymi kroczkami, ale jakimi? Myślałem nad zaplanowaniem kilku ciekawszych spotkań jak tylko oboje znajdziemy czas i wtedy dyskretnie zacząć okazywać to ciepło na które zasłużyła przez ten dłuugi czas. Myślałem nad napisaniem jej listu, szczerego , miłego i wychodząc od niej bym go zostawił na biurku. Kur, lepsze to niż kupowanie kwiatów i czekoladek i robienie oklepanej kolacji ze świecami...