Historia jak więksozść, lecz z pewnymi smaczkami, których nie widziałem przy innych wpisach. Słowem wstępu- tracąc jaja rozwinęła się chyba u mnie ta słynna "kobieca intuicja", której jednak nie zaufałem. Lecz od początku:
Poznałem dziewczynę, którą znałem z widzenia i od zawsze mnie intrygowała. Wyszło tak, że była w jakimś tam związku, lecz komu zaszkodzi niewinny flirt. Doszło do tego, że zaczęła mi się żalić, jaki ten chłopak nie jest zły, jak się kłócą, jak im nie wychodzi (teraz wiem, że była to jakże schematyczna gierka). Idąc dalej tym schematem, nam zaczęło wychodzić coraz bardziej. Trzymając się reguły "męska solidarność" nie chciałem do niczego doprowadzać. Lecz w końcu się ugiąłem, dziewczyna mówiła, że już nic ją z nim nie łączy, że to koniec. Wierząc temu, popchnąłem naszą znajomość na dalszy tor. Spotykaliśmy się, gdy ona jeszcze oficjalnie była z nim (dopóki ON nie zerwał). Okej, wszystko zaczęło się układać.
Jego temat ciągnął się za mną niczym smród za żulem. Dochodziło do sytuacji, że jadąc razem do kina, ona pisała z nim nie rozmawiając zbytnio ze mną. Wtedy jeszcze grałem twardo i na to zlewałem. "Wszystko w porządku", myślałem. Po jakimś czasie pokłócili się i zerwali kontakt. Myślałem, że po sprawie. Do czasu, jak pojechali na wycieczkę szkolną i się pogodzili. Nie spodobało mi się to, lecz grałem w miarę twardo. Pewnego dnia na przerwie w pracy zadzwoniłem do niej i dowiedziałem się, że wracając autobusem, ona spała obok niego, z poduszką na jego kolanach. Oczywiście wkurzyłem się o to, lecz zmanipulowały mną słowa "spokojnie, nie masz o co się martwić". Dnia następnego miałem nieciekawą historię do przegryzienia, a mianowicie: "chce być chyba sama, bo nie wiem, czy ty czy on". Świat się zawalił, lecz dałem jej luzu. Po prostu. Kontakt był, były rozmowy, lecz nie ubiegałem się tak. Po czasie jednak przyszła do mnie, że to jednak będę ja (*teraz już wiem, że byłem to ja, bo on ją odrzucił). Poczułem się wygrany.
Później żyliśmy w miarę dobrze (tak mi się wydawało). Proces tworzenia ze mnie samca "beta" z samca "alfy" przechodził jak najbardziej po jej myśli. Zacząłem odsuwać się od znajomych, moje życie zaczęło kręcić się wokół niej. Ba, zaczęło kręcić się wokół tej dziewczyny. Przestałem wychodzić dla świętego spokoju z kumplami, co dopiero z kumpelami. A jeśli już, to raz na jakiś czas w tajemnicy przed nią, żeby porozmawiać przy piwku. Zachorowałem na "syndrom tej jedynej", po prostu. Bardzo się o nią ubiegałem, traktowałem jak księżniczkę.
Na wakacjach przyszedł kulminacyjny moment. Pracowaliśmy razem. Tam działa się niemiła rzecz- widziałem, jak flirtuje z innym. Na początku myślałem, że to tylko moja iluzja (troche syndrom sztokholmski). Nie mówię, że flirt jest aż taki zły, lecz to szło w dalszym kierunku. Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Męczyłem się miesiąc, do momentu, kiedy odsunęła głowę, gdy chciałem jej dać buziaka, ponieważ ON był w pobliżu. Coś we mnie pękło, zacząłem zastanawiać się, gdzie popełniłem błąd, co źle zrobiłem i ogólnie, moja wina. Napotkałem wtedy na swojej drodze swoją "byłą niedoszłą". Napisałem do niej, spotkaliśmy sie parę razy. Doszło nawet do pocałunku. Mogło do czegoś więcej, lecz stojąc na granicy tego stwierdziłem, że nie zrobię tego i uciekłem.
I co teraz? Trzeba mieć jaja i powiedzieć, co zrobiłem.
Pracowaliśmy razem jeszcze przez 3 dni, więc stwierdziłem, że musze odczekać. Wtenczas zrozumiałem, że popełniłem wielki błąd, że kocham jednak tą dziewczynę i naprawiłem nasze relacje. Jednak co się stało to się nie odstanie, wziąłem się na odwagę i powiedziałem: "chcieliśmy, teraz nie chcemy, ale musimy zerwać". Streściłem całą sytuację, moja luba odeszła z płaczem. Napisałem do niej coś w stylu "chce się spotkać ostatni raz, pożegnać się i znikam z twojego życia". Ku mojemu zdziwieniu, wybaczyła mi i nie chciała odchodzić. Sytuacja trochę patowa. Pierwszy okres był ciężki, lecz przeżyliśmy praktycznie kolejny rok razem. Wtenczas moje uczucie się rozwinęło. Myśli o niej jak o przyszłej małżonce, te sprawy. Żyliśmy dobrze, tak mi się wydawało. Do kolejnych wakacji, do momentu, aż znów poszła do pracy do tamtego miejsca. Pod sam już koniec, poznała innego typka. I znów DejaVu- "przerwa, bo kłótnie, bo źle tamto, siamto". Ja wiedziałem, co jest na rzeczy, lecz na tym etapie związku, zależało mi bardzo. Wyglądało to tak, że ze mną utrzymywała malutki kontakt, a spotkała się z nim. Usprawiedliwiałem ją oczywiście na wszystkie sposoby, mimo, iż sam cierpiałem. Wiedziałem, że muszę coś działać (teraz wiem, że zrobiłem całkowicie na odwrót). Chciałem ją odprowadzić rano do szkoły, ponieważ miałem dzień wolny w pracy. Oczywiście tekst typu "dam sobie radę sama, sama pójdę, my mamy przerwę". Lecz jak dowiedziałem się, że zamiast iść sama, pojechała z tym kolesiem rano na kawę, to nie wytrzymałem. Przyjechałem do jej szkoły (której sam jestem absolwentem) i zacząłem krzyczeć, czemu mi to robi. Od tamtej pory nie jesteśmy razem, ponieważ ze mną ONA ZERWAŁA. Oczywiście powody typu: krzyczysz na mnie, zdradziłeś mnie, nie starałeś się, wyzywasz mnie (ponieważ w nerwach napisałem jej, że zachowała się jak szmata). Jak to przeważnie bywa po takich sytuacjach, wpadłem w bardzo głęboki dół emocjonalny. Latałem za nią dalej oczywiście, przepraszając, prosząc o wytłumaczenie. Mówiła, że "to tylko kolega, niepotrzebnie robiłeś akcje", zlewając poczucie winy na mnie. Usłyszałem tekst: "już nic do ciebie nie czuje", który oczywiście nie pomógł mi odbić się od dna (co z tego, że niecałe 2 tyg temu na wakacjach mówiła "kocham Cię, nie wyobrażam sobie siebie z kimś innym, chce być z Tobą").
Ubiegałem się o nią dalej, latałem za nią jak ten piesek. A ona? Czerpała satysfakcję z tego, że cierpię. Potrafiła śmiać mi się w oczy, wysyłać zdjęcia z nim/u niego, chwalić się, jak jej teraz nie jest dobrze, jak ma wolność. Doszło do tego, że ja byłem na samym dnie, a ona na szczycie. Starałem się utrzymywać relacje na fundamencie czysto koleżeńskim, lecz stwierdziłem, że to nie ma sensu i usunąłem z nią kontakt całkowicie. Po jakimś czasie kontaktowała się sama. Wiadomości typu: czemu wysyłasz mi wirusy na meila? i różne inne, bez większego sensu. Zlewałem na nie totalnie, zastanawiałem się co to może oznaczać, lecz wiem, że chciała mnie mieć "w razie W".
-
Smaczki opcjonalne:
-Przez cały nasz związek męczyłem się z tematem jej byłego. W końcu kazałem wyrzucić go ze swojego życia. Okłamywała mnie, że nie ma z nim kontaktu, a co jakiś czas udowadniałem, że tak nie jest, bo ciągle coś znajdywałem.
-Ze swoimi kolegami oczywiście flirtowała, a gdy coś o tym wspominałem z zazdrości, to zwalała winę na mnie, że przesadzam. Lecz nie wiem, czy to przesada, jak "żartuje się" o sprawach łóżkowych.
-Miała problemy, że za długo rozmawiam nawet z jej koleżankami
-Zaczynając ten związek miałem lat 18, ona była *ykhym* 3 lata młodsza (nie osądzajcie o przestępstwo, wszystko działo się zgodnie z prawem
). Obecnie mam 20
-Wiem, że to głupi pomysł był, myśląc o niej jak o partnerce na stałe. Zwłaszcza, że weszła w taki wiek, że trzeba się wyszaleć.
-Zmieniłem się przez ten czas, teraz próbuję powrócić do siebie, oczywiście w jeszcze lepszym wydaniu
-W aktach desperackiej zazdrości potrafiłem wejść do kina w połowie seansu, przeszukać kino i usiąść obok nich i się patrzeć (gdzie nawet nie miałem pewności, czy są obecnie w kinie, czy akurat na tym seansie)
-Oczywiście czasem miałem przebłyski męskości, lecz moje uczucie i ten strach, że ją stracę wygrywały. Była moją pierwszą miłością, pierwszą dziewczyną na dłużej, pierwszą "w tych sprawach". Dlatego ciężko było mi się choć troszkę podnieść.
-Dogadywaliśmy się cały czas, od czasu do czasu jakieś kłótnie to rzecz normalna. Żyjąc "we dwójkę" żyło mi się bardzo dobrze, lecz do życia swojego miałem zastrzeżenia. Jednak to pierwsze wygrało.
-Mało wychodziliśmy grupką, jakoś nam to nie wychodziło. Alienowaliśmy sie trochę ze społeczeństwiem
-Dodam, że ja jestem osobą raczej powszechnie lubianą, co do niej mogę mieć zastrzeżenia
Podsumowując:
Dałem sobie strasznie wejść na głowę, zmienić się, stracić jaja. A to wszystko mi się podobało, podobało mi się takie życie, byłem nieświadomy.
Obecnie minął już ponad miesiąc kiedy jestem sam. W tym czasie poznałem tą stronę, która bardzo pomogła mi się pozbierać. Wyleczyłem się już z syndromu sztokholmskiego, z syndromu tej jedynej jestem w trakcie (rozum czysty, uczucia zostały).
Moje pytanie brzmi: ile i gdzie popełniłem błędy, jakie scenariusze mogły być zamiast tego. Sam już je widzę, ale może coś ciekawszego zauważycie, panowie. Jakieś małe porady dla mnie może, co teraz najlepiej zrobić ze sobą.
I oczywiście co sądzicie o moim skoku w bok. Czy jestem takim wielkim chujem, czy jednak coś mnie usprawiedliwia, bo coraz bardziej tak zaczynam sądzić.
Myślę też, że wraz z zanikiem jaj rozwinąłem sobie kobiecą intuicję, ponieważ czułem te wszystkie sytuacje, lecz temu nie ufałem.
I zastanawiam się, czy odnowienie kontaktu z moją przygodą wakacyjną jest możliwy, bo mówiąc kolokwialnie, mam z nią wielką kosę oraz czy jest to dobry pomysł?
Młody jesteś i poprostu potrzebne ci takie akcje by NA PRZYSZŁOŚĆ ich nie robić . W wieku 18 lat byłem nieogarniety do takiego stopnia ,że umawiałem sie z modliszką po czym ona konczyła i szła na nastepną randkę . Wyciągnij wnioski z całej sytuacji i nie pozwól by sie powtórzyły . Idz na silownie lub coś co sprawi ci przyjemnosć a kobiety same sie zjawią. Na privie wyślę ci ciekawy filmik. Peeeace Yo
Wiem, wiem. Na ten moment wiele wniosków wyciągnąłem. Po tym wszystkim dopiero zauważyłem, z kim sie spotykałem. I mimo, że dziewczyna w miarę ogarnięta i w niektorych sprawach dojrzała, to stało sie co sie stało. Wolałbym, żeby tego jednak nie było, za głęboka woda jak na poczatek przygód z relacjami.
I później to moje poczucie winy naszło, że jak mogłem. Ale No niestety, coś mnie do tego tchnęło, gdyby nie ona, to bym tego nie zrobił.
Jestem na etapie "szkoda mi nas", a jednocześnie "może to i dobrze". Zobaczymy za jakis czas co będzie, póki co już zauważam zmiany
doświadczenie to nazwa jaką nadajemy swoim błędom
Pamietaj że kobieta jest tylko dodatkiem a nie całym życiem . Pozatym każdy z nas bedzie doswiadczał przez całe życie porażek jak i wygranych . Zaakceptuj to i idz do przodu . Bądz swiadom
Napisałeś: "Dnia następnego miałem nieciekawą historię do przegryzienia, a mianowicie: "chce być chyba sama, bo nie wiem, czy ty czy on".
Nigdy nie pozwól kobiecie, żeby stawiała Cię przed takim wyborem, bo to coś na zasadzie jak mi z jednym nie wyjdzie, to jest jeszcze drugi. Wtedy najłatwiej jest odpowiedzieć Narrra, mnie już możesz nie brać pod uwagę. Po takim tekście od razu będzie chciała być z Tobą. Jej flirtowanie z innymi mężczyznami wcale mnie nie zdziwiło, bo w końcu tak samo flirtowała, z Tobą będąc z kimś. Na przyszłość nie pakuj się w związki z zajętymi kobietami, bo to zawsze kończy się tak samo. Jak masz wielką kosę z jakąś przygodą wakacyjną i rozkminy w stylu, czy coś da się z tym jeszcze zrobić ? To nie lepiej zainwestować swój czas i energię w nową kobietę. Bogatszy o doświadczenia i wiedzę z tej strony ?
O czym myśliciel myśli, empiryk udowadnia
To jest tak, że wiem, że przekraczała granice a ja na to pozwalałem. Wiem, że przyszła do mnie, bo były ją odrzucił (tak jak napisałeś, taki "plan B"). Ale ten związek mnie jakoś cieszył.

Nie potrafię się jeszcze odkochać, chociaż idzie mi coraz lepiej
Myślę, że jestem na dobrej drodze jednak. Nie tego oczekuję od kobiety, nie takiej "miłości".
Najgorzej mi idzie poradzenie sobie ze swoim poczuciem winy- że jednak mogłem postąpić inaczej, by ją zatrzymać; że mogłem zrobić to i tamto; że mogłem nie robić tego i tamtego.
-
Ale nie ma co się rozczulać, mleko się już wylało. "Czym się strułeś tym się lecz"