Cześć wszystkim,
Domyślacie się pewnie z jakiego powodu trafiłem tutaj, tzn. trafiłem tu za późno
ale nie za późno, aby nie wykorzystać zdobytej tu wiedzy w moich przyszłych związkach, wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów i stawać się lepszym. Mam nadzieję, że ten wpis, jak i komentarze userów pomogą uniknąć lub na bieżąco przeciwdziałać takiej sytuacji, w jakiej znalazłem się ja. Ale do rzeczy, żeby przybliżyć Wam całą tę historię, muszę przybliżyć kilka faktów, co pozwoli Wam złapać szerszy kontekst.
Dziewczyna, która mnie rzuciła (dokładnie przed 10 tygodniami a właściwie 12oma, ale o tym dalej) paliła na mnie już od pierwszego roku studiów (byliśmy razem w grupie). Jednak ja na studia poszedłem z zupełnie innym nastawieniem
dobrze się bawiłem, nie szczędząc sobie imprez i dziewczyn. Ją olewałem i to długo. Im bardziej to robiłem, tym częściej musiałem jej unikać, bo tym więcej „pułapek” na mnie zastawiała (wyczekiwanie pod uczelnią, ciągłe zapraszanie na kawę, wydzwanianie w „sprawach uczelni” itp.). Pod koniec pierwszego roku skończył się jej pięcioletni związek, generalnie gość odszedł do innej zdradzając ją w trakcie jeszcze bycia z nią. Ona biegała za nim jeszcze długo, w międzyczasie biegając też za mną. Na imprezach grupowych czasami pozwoliłem sobie na kontakt, szepnięcie czegoś do ucha, odprowadzenie jej na przystanek, ale zawsze na zasadzie „2 kroki do przodu, jeden do tyłu i chłodnik”, zero spiny, przecież ja się tylko dobrze bawię
Nastał listopad, trzymałem się dosyć mocno z jedną koleżanką z grupy, super dziewczyna, ale do niczego więcej nie dążyłem, z różnych względów, nieistotnych dla sytuacji. Chodziliśmy razem do kina, na piwo itp, wymienialiśmy się poglądami. Nagle zaczęła z nami chodzić ta, która podbijała do mnie od pierwszego roku. No więc doszło do tego, że ona zrobiła imprezę u siebie w domu. Wstałem popołudniu, ona cała w skowronkach przygotowywała śniadanie, kazała mi poczekać do obiadu, zgotowała coś ekstra. Punkt dla niej
zaprosiła mnie na następny dzień. Odmówiłem, ale ona zaproponowała alternatywę. Zgodziłem się. Romansowaliśmy tak przez ponad miesiąc. Świetnie się bawiliśmy razem, okazało się, że to naprawdę wartościowa dziewczyna, więc stwierdziłem, że czemu nie, może czas na coś poważnego, chyba gdzieś z tyłu głowy zapaliła się lampka pt. zakochanie? Generalnie nasza relacja mocno się zaogniła.
Przez następne miesiące dostawałem to, co chciałem, gdzie chciałem i w sposób jaki chciałem. Nic nie stało na przeszkodzie. W końcu usłyszałem od niej „kocham cię”, na które nie odpowiedziałem, bo nie byłoby to szczere. Powiedziałem jej to 2 miesiące później, kiedy już byłem tego też pewien. Ustaliłem wtedy zasady i prowadziłem ten związek. Jednak po czasie, kiedy te "pierwsze" emocje osłabły, zaczął coraz mocniej wyłazić jej ciężki charakter: dominujący i ekspansywny (w stosunku do mnie, bo w stosunku do koleżanek jest słaba i daje się im manipulować, facetom natomiast próbuje wejść na łeb). Zaczęły się fochy, manipulacje i testy, w takiej ilości, że często sam nie wiedziałem czy coś jest testem czy nie. Generalnie większości nie oblewałem, ale w jej mniemaniu mogłem oblać wystarczającą ich ilość, żeby ona sobie pomyślała, że może mi wejść już na głowę. Przywołałem ją do porządku 2 razy, powiedziałem, że nie nie będę z kimś, kto nie szanuje naszej relacji. Znów wszystko było pod moją kontrolą.
Jednak później znów przestałem dostawać tyle i sam dawałem i stwierdziłem, że zrobię jej terapię szokową.
Chciałem bardzo z nią być, ale stwierdziłem wóz albo przewóz. Powiedziałem, że to koniec. Ona się zmieniła. Wszystko płynęło, ja sterowałem, ona nie manipulowała, spędzaliśmy razem świetnie czas, zaskakując się na nowo. Być może na tym etapie zaczął pojawiać się mój pierwszy błąd – osłabiło to moją percepcję, rozleniwiło i dało za dużo pewności, że „ona nigdy nie odejdzie”. Co jakiś czas ona tylko robiła ten test: „Bo ja myślę i boję się, że ty mnie jednak zostawisz znowu”. Na co odpowiadałem tylko: „Jeśli będziesz trzymać się zasad i szanować to, co udało nam się zbudować, to wszystko będzie dobrze”.
Rok po „terapii szokowej” wyjechałem do pracy, Wyjechałem, szczęśliwym trafem nadążyła się po miesiącu okazja, żeby ściągnąć i ją. Więc zamieszkaliśmy wreszcie razem (wcześniej tylko pomieszkiwaliśmy czasem tydzień, czasem miesiąc, czasem 2 dni). Było bardzo dobrze w dalszym ciągu, wspólne mieszkanie nic nie osłabiło. Straciłem jednak pracę. Dostałem propozycję z miasta Y i wspólnie uzgodniliśmy, że do niego wrócę, zbiorę doświadczenie i za max pół roku wrócę, a w międzyczasie i tak będę szukał pracy w mieście X.
Do miasta Y wróciłem w październiku 2012, widywaliśmy się na weekendy, co tydzień-dwa. O ile przez pierwszy miesiąc był zajebisty seks jak przyjeżdżaliśmy do siebie, była tęsknota z jej strony, o tyle później znowu zaczęły się testy, jak przyjeżdżałem. Chciała pewnie sprawdzić czy wciąż jestem jej do czegoś przydatny jako mężczyzna i czy warto inwestować w taką relację. Dla mnie to była zupełnie nowa sytuacja i nie odnalazłem się najlepiej, przyznaję. Dawałem się jej w tym wszystkim manipulować, oddałem inicjatywę. Podczas mojego ostatniego pobytu u niej usłyszałem od niej niby w żartach „Jak tu wrócisz, to nie wiem jak będziemy znowu razem mieszkać, tyle się teraz pozmieniało”. Odpowiedziałem tylko, że nic się nie zmieniło, bo przecież nasza rozłąka jest chwilowa i nie powinna nic zmieniać. A pozwalałem na to głównie z powodu: seksu i małej ilości czasu, którą dzieliśmy się. Stwierdziłem, że nie będę się znowu ścierał i walczył z nią, skoro widzimy się tak rzadko, lepiej spędzić go miło. Zacząłem wymyślać wymówki na jej zachowanie i ją usprawiedliwiać, kumacie? Kiedy chciałem o tym pogadać słyszałem tylko coś w stylu „im bardziej na coś naciskasz, tym mniej mam na to ochotę”. Zacząłem się godzić na to, że było coraz mniej mnie w jej życiu, a coraz więcej innych ludzi i emocji niezwiązanych ze mną. Pogubiony w tej nowej zupełnie dla mnie sytuacji, dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że wyglądałem, jak desperat. Im więcej jej nie było, tym bardziej ja chciałem być. Kumulacja o kształcie równi pochyłej.
Spytałem czy to koniec – usłyszałem tylko, że ona chce to przemyśleć i może chwila ciszy da jej do myślenia.
Nie odzywałem się, zadzwoniła następnego dnia, że za 2 tygodnie będzie w mieście i żebyśmy się spotkali. W międzyczasie cisza. Spotkanie było oczywiście tylko formalnością. Pierwsza moja myśl, to powiedzieć, że rozumiem i kazać jej wyjść. Ale nie, oczywiście moja racjonalna strona domagała się odpowiedzi na miliony pytań. Generalnie jednak nie starałem się jej do niczego przekonywać, nie naciskałem na nią, powiedziałem, że nie potrzebuję niczego z łaski i że żadnej przyjaźni nie będzie (tekst o przyjaźni oczywiście padł w nieco przewrotnej formie: „Chciałabym mieć z tobą kontakt, bo jesteś moim najlepszym przyjacielem, jednak wiem, że dla ciebie będzie teraz lepiej, jeśli nie będziesz się do mnie odzywał” – mistrzostwo
– moja odpowiedź „Sorry: albo wszystko albo nic”).
Od czasu spotkania nie odzywam się do niej. Zawiesiłem też wszelką aktywność na fejsie. Zniknąłem z jej życia. Czasem mijam się z jej koleżanką na ulicy (pracujemy niedaleko) i rozmawiam na dużym luzie.
Ale wracając do meritum:
a) Jak kontrolować sytuację w związku będąc podczas tymczasowej, przymusowej rozłąki?
b) Jak skutecznie i mocno odbijać gierki i testy w takim związku na „chwilową” odległość?
c) Jak kontrolować siebie i swój obraz/wizerunek, żeby nie wyjść na needy/tęskniące ciepłe kluchy?
d) Czy jedynym sposobem tak naprawdę w momencie, w którym widać, że zaczyna się sypać, jest powrót do drugiego miasta?
Pamiętajcie Panowie – one zawsze kierują się emocjami. Możecie z nimi ustalać i planować, ale jak im jakaś emocja w danym momencie nie zagra i znajdą racjonalne potwierdzenie (choćby np. w słowach koleżanki, która będzie ją utwierdzać w słuszności decyzji), to ustalenia i plany przestają istnieć
i nie ważne czy jest to związek 2-letni, 5-letni czy 10-letni. Dla mnie to było oczywiste, że rozłąka jest chwilowa i jest po prostu kolejnym etapem na długiej drodze, który trzeba przez chwilę przetrwać, dla niej to po dość szybkim czasie przestało być oczywiste.
Pozdrawiam!
Przeczytałem i tak się zastanawiam czy odpowiedzieć na pytania czy nie, bo nigdzie nie wspominałeś, że oczekujesz odpowiedzi.
Hehe brawo pułasi. Integruje się z wami i też sobie dałem minusa skoro to Was jara i minusujecie za proste zadanie pytania.
Dzięki gnom za odpowiedz. Odpiszę wieczorem, bo teraz nie mam za bardzo czasu.
Dzięki. Generalnie chodzi mi o to jak można reagować na te wszystkie sygnały, które pojawiały się po drodze (oprócz wymienionych wyżej, były też inne - coraz bardziej zdawkowe rozmowy lub ich brak, mimo że nie byłem zazdrosny to na wszelki wypadek tłumaczyła mi się z pretensją z tego, że gdzieś wychodzi; robiła wyrzuty, że miała zaproszenie do kogoś, ale musiała zrezygnować, bo przyjechałem itd.; raz zadzwoniła i powiedziała, żebym nie robił planów na majówkę, bo ona wyjeżdża z koleżankami z pracy, ale że wcześniej przyjedzie do mnie na 2 dni i jeszcze będę miał jej dość) - ja je ignorowałem, bo uważałem, że to jest jej zwykłe marudzenie i wiadomo ciężko jej, bo została sama, ale przecież "to tylko na chwilę" hehe. Czy można wtedy jakoś temu na bieżąco zaradzać czy jedynym wyjściem jest powrót tam na miejsce i wprowadzenie znowu równowagi.
Wiem, że to wszystko wygląda na zdradę lub poznanie kogoś innego przez nią, ale mam 100% pewności, że nikogo nie ma i nie było (nie chcę mówić skąd wiem, ale musicie mi uwierzyć
)
Life is mine
A do 4 pytań na końcu doszedłeś?
oczekuję odpowiedzi na nie, jak i generalnie na to, co robić w tak nietypowej i nie ma co ukrywać trudnej sytuacji 
Life is mine
Cóż, z tego co opisałeś to mogę wyciągnąć następujące wnioski:
- przestałeś być wyzwaniem na wyjeździe. Wystarczyło że się z tobą przespała i gites. Trzeba było dać jej wyzwania - np "rozpal mnie tak bym chciał do ciebie wracać każdego dnia", albo "ja się nauczyłem wielu nowych rzeczy w ten tydzień, pokażę ci jak przyjadę. Mam nadzieję że ty też coś nowego potrafisz".
- jak się zaczęło sypać to zaciskałeś zęby zamiast postawić ją do pionu ponownie stawiając jej dupę wyżej od siebie.
- pewność siebie na spotkaniach z nią. Ona winna czuć że ma poważny problem gdyż jej samiec przez pięć dni w tygodniu niestrzeżony przemierza obce miasto pełne kobiet wygłodniałych prawdziwego mężczyzny!
- pod żadnym pozorem nie wracaj dla niej do drugiego miasta. To ona się do ciebie ma przeprowadzać jeżeli masz dobrą pracę a nie vice-versa. Kobieta ma iść 3 kroki za mężczyzną. W odwrotnym przypadku nie ma mężczyzny jest tylko ona i pantofel.
Nie wyjdzie? Trudno! Chcesz kobietę która będzie się słuchać koleżanek, które nie będą na nią łożyły, pracowały, dzieliły z nią życie po grobową dechę, czy też takiej która doceni swego mężczyznę. Nie ma co walczyć o pierwszy typ. To ona niech powalczy by cię przekonać że potrafi być tym drugim.
"Tato, czy kobieta kiedyś zrobiła ci coś tak strasznego, tak odrażającego, że zrujnowało ci to całe życie?"
"Tak synu, ty tę kobietę nazywasz matką"
Al Bundy - król;)
Dzięki, mam podobne odczucia, jak ty. Zrobiłem coś, czego nigdy nie robię, ale *uj tam, jak się zaczęło sypać, pomyślałem 'nie ma zasad'. Jak byłem u niej ostatni raz (tydzień przed telefonem od niej) wbiłem na jej fejsa, jak wyszła do sklepu i sprawdzam tą jej nową koleżankę, o której ciągle opowiadała, a tam rozmowa:
Koleżanka: "Nie mogę wyjść z podziwu jak waliłaś te shoty w barze ostatnio"
(gdzie nigdy nie piła wódki i oczywiście kłamała mi, że pije piwo-dwa, jak wychodzą; widocznie chciała zaimponować swoim nowym koleżaneczkom)
i druga:
Koleżanka: "Hej i jak tam, znowu się kłóciliście?..."
Ona: "Nie... było nawet miło"
K: "A gdzieś cię zabrał?"
O: "No byliśmy na mieście, poszliśmy na gofry..."
K: "Na gofry? hehehehe"
O: "No wiem..."
(gdzie nie kłóciliśmy się z dobre pół roku, więc już szukała sobie powodów do wykręcenia się ze związku i chciała, żeby ktoś ją w tym utwierdzał mówiąc: "po co ci facet, który robi jazdy, odejdź!"
)
Hehe wracając - ona zawsze uwielbiała chodzić na gofry i cieszyła się jak mała dziewczynka. Podkreślę, że ta jej koleżanka nie widziała mnie nawet na oczy, więc wypowiadanie się o mnie, naszej relacji, obniżanie mojej wartości i w ogóle wchodzenie w sferę prywatności i zasięganie rad u kogoś, kto mnie nawet nie widział było mega słabe ze strony mojej ex. Zwłaszcza, że laski lubią projektować swoje problemy, słabości i nieudane związki na inne laski, tak o, dla kurażu. A do tego każda taka rozmowa pewnie utwierdzała ją tylko w tym, jak słabo jest jej ze mną - więc traktuję to po prostu jak mechanizm spustowy, który tylko przyspieszył jej decyzję.
Z wyjazdem do jej miasta jest tak, że to miasto jest dla naszego zawodu miastem docelowym i prędzej czy później, i tak się tam muszę znaleźć. Właśnie dostałem tam bardzo interesującą propozycję pracy i myślę, że w ciągu miesiąca tam wrócę. Okazało się, że powrót do mojego/naszego starego miasta i doświadczenie, które tu zdobyłem zaprocentowało, tak jak myślałem.
Do tego zastanawiam się czy kolejnym mechanizmem, który "pchnął" ją do podjęcia takiej decyzji, jest to, że skoro ma fajną pracę, dobrze zarabia, w weekendy ma drugą pracę, stać ją na utrzymanie się samej na każdym polu, to czy nie pomyślała, że nie potrzebuje faceta/partnera. Mam wrażenie, że odjebała jej tam sodówka i skupiła się na robieniu kariery/pieniędzy. Wydaje mi się, że to staje się coraz powszechniejsze, że dobrze wykształcone i zarabiające kobiety wychodzą ze związków, żeby skupić się na robieniu karier i wtedy odpowiada im rola co najwyżej kochanki
coś jak "Seks w wielkim mieście" (one bez kitu potrafią z takich popkulturowych bzdur czerpać wzorce i na ich podstawie tworzyć iluzje, które starają się projektować na ciebie!)
Life is mine
Tak jak obiecałem piszę.
Przeczytałem dziś jeszcze raz wpis i widzę, że zauważyłeś kilka swoich błędów, to jest zajebiste. Od siebie dodam, że w związku, niezależnie od tego czy jest to związek na odległość czy bliski, długi czy krótki powinno się cały czas pracować nad ulepszaniem go. Różnica między odległościami wywołuje, że nasze zaangażowanie dla drugiej osoby powinno być bardziej widoczne.
Kolejną kwestią jest rozmowa w momentach, kiedy widzimy, że coś w związku nie gra. (dziś na swoim blogu w sumie pisałem o rozmowie) Nasz związek idzie w dziwnym kierunku lub nie satysfakcjonuje kontakt jaki jest pomiędzy nami.
Przedostatnią rzeczą jaką chciałem pisać przed pytaniami to jest stosunek kobiety do związku na odległość. Jeżeli w pełni wierzy, że związek ten jest wartościowy i partner dostarcza jej tego, czego oczekuje i potrzebuje to będzie w nim tkwić. Oczywiście występują tu jeszcze inne czynniki, które powodują jak jesteśmy ukierunkowani na związek, w którym jesteśmy, ale pozwolę je sobie ominąć.
Ostatnią kwestią jest zmiana trybu życia. Mogę się założyć, że poprzez takie wyjścia otworzyła się na innych mężczyzn, a to flircik, a to taniec z nimi i życie jest ciekawe. Z tego co pisałeś była w 5-letnim związku. Nie miała kiedy się wyszaleć. Skoro Ciebie nie ma to mogła sobie pozwalać. Być może to nie jest sam powód zerwania, ale w niektórych przypadkach może mieć prawo bytu.
Wracając do tych wyjść to mogła poczuć jako to wolność jest świetna i dlaczego by jej nie kosztować. Na pewno w jakimś stopniu to miało znaczenie. Jak duże, nie wiem i chyba nikt nie wie.
Ok teraz pytania:
1. Trudno jest kontrolować związek na odległość. Można jej czegoś zakazać, ale to nie na tym polega. Tutaj w dużym stopniu zależy od partnerki jak bardzo będzie w stosunku do nas ok. My tutaj też mamy wpływ, ale nie bezpośredni. Jak już wspomniałem wcześniej spełniając jej potrzeby i oczekiwania oraz dostarczając świetnych chwil jesteśmy w stanie w jakimś stopniu kontrolować związek. Ważne jest, aby chwile, w których się spotykacie były cholernie zajebiste. Takie, w których partnerka na brak Twojej osoby tęskni i chce jak najszybciej się spotykać. Z tego co pisałeś z czasem przestało tak być.
2. Śmieszy mnie strasznie sformułowanie gierek/testów. To nie jest do końca tak, że ona to robi bo jest dziwna. Kobiety potrzebują zapewnienia, że cały czas nam na nich zależy. Chcą widzieć, że wszystko jest ok, chcemy z nimi być, troszczyć się, tęsknić. Zachowują się w taki sposób, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko jest w związku ok.
Częstotliwość takich zachowań zdecydowanie zmniejsza się w momencie, kiedy czuje, że wszystko jest ok. Jak dobrze pamiętam to zaczęły się one w momencie, kiedy się zaczęło coś pieprzyć oraz wcześniej, kiedy zaczęła Cię sprawdzać. W tym przypadku było to pewnie poznawanie Ciebie. Tak jak kobiety tak też my poznajemy drugą osobę poprzez zadawanie dziwnych pytań, sprawdzanie jak się zachowuje itp.
3. Przede wszystkim nie łączyłbym needy z tęsknotą. W społeczności puła jest takie dziwne przekonanie, że trzeba być ciągłe pułasem. Trzymać ramę, nie pokazywać uczuć i być kozakiem. Strasznie śmieszny obraz, bo jak widzę jednego w Warszawie jak idzie z kapeluszem na głowie, rozpiętą koszulą na dwa guziki oraz postawą jakby miał w dupie patyk to śmiać mi się chce. Kolejną rzeczą, którą robię to piszę do znajomego, że widziałem pułasa i zawsze można się pośmiać.
Postawa needy jest wtedy, kiedy zaczynasz zniżać swoje poczucie wartości na rzecz kobiety i zachowujesz się tak, aby zawsze sprawiać jej przyjemności. Tęsknota nie jest niczym złym, wręcz dla kobiety jest oznaką, że mężczyźnie ciągle na jej zależy. Informowanie jej, że wszystko jest ok dużo dla niej znaczy, ale o tym wspominałem już wcześniej.
Jak kontrolować swój obraz? Tutaj tak naprawdę będzie trudno odpowiedzieć. Jeżeli jesteś osobą, która zna swoją wartość, masz poprawne przekonania dotyczące tego co Cię otacza to jesteś w stanie kontrolować obraz. Jednak wszystko tutaj jest zapisane w skrócie i nie oznacza, że jest to wymagające w kontroli. Ja sam będąc w związku nie kontroluje tego jaki jestem. Jestem jakich chce być w zależności od sytuacji w jakiej się znajdujemy. Nie mam nic do ukrycia przed swoją partnerką. Wie, że znam siebie, jaki jestem, jaką posiadam wiedzę i to, że chce aby było jak najlepiej w moim życiu. Po prostu mam pewne zasady, które powodują, że jestem postrzegany jako ogarnięta osoba. Nie mówię, że taką nie jesteś, ale kontrola swojej osoby zazwyczaj wiąże się z tym jaką osobą jesteś. Wtedy nie rozdrabniasz się na to czy przed swoją kobietą wyglądasz na pipkę.
W skrócie posiadanie swoich zasad powoduje, że dotyczą one również Twojej kobiety i jesteś postrzegany jako zajebisty facet.
4. W tym przypadku trudno określić. Według mnie nie jest potrzebny powrót do miasta. Sam w swoim związku miałem moment, kiedy wszystko mogło pójść w pizdu z mojego powodu. W tym przypadku przydała się szczera i długa rozmowa. Zmiana zasad związku. Naprawianie związku w takim przypadku powinno następować od strony dwóch partnerów. Gdy jednak nie chce to naprawa na odległość raczej nie ma prawa bytu. Ale mówię raczej, bo jakoś nie było mi się spotkać z naprawianiem związku na odległość z zaangażowaniem z jednej strony, chyba że już zapomniałem.
Na pewno powrót do miasta jest o wiele bardziej lepszy niż naprawa relacji na odległość, ale pod warunkiem, że dwie osoby chcą go naprawić.
Ok odniosłem tylko do pierwszego wpisu. Dopiero po napisaniu tego powyżej przeczytałem dalszą część i powiem szczerze, że już mi się odechciało dalej pisać. Jak będę miał później ochotę to odpiszę, bo pewnie też wyjdzie całkiem długa wypowiedź.
Pozdrawiam,
Daniel
Cześć Daniel,
dzięki za długą i wyczerpującą odpowiedź. Wiele fajnych rzeczy wyczytałem.
Teraz tak: wracam niedługo do miasta, gdzie jest ona. Dostałem fajną robotę, więc to nie jest tak, że wracam tam na siłę, byle by być blisko niej. Tak jak pisałem wcześniej i tak bym tam wrócił, taki był mój cel zawodowy.
Dzwoniła do mnie niedawno nasza wspólna znajoma i mówi, że moja była ją odwiedziła. Oczywiście zeszło na mój temat. Moja była na pytania typu czy nie tęskni za mną czy nie brakuje jej mnie jako osoby, która zawsze była obok odpowiedziała nerwowo, że "nie i w ogóle wam to się coś wydaje, mam się dobrze". A w momencie, w którym dowiedziała się, że byłem na rozmowie o pracę odpowiedziała "Myślałam, że jak będzie w mieście, to wpadnie po swoje rzeczy" (dokładnie rzecz ujmując: stare spodnie i 2 pary koszulek). Oprócz tego mówiła jeszcze, że nie zamierza do mnie dzwonić ani pisać, bo musi być konsekwentna i nie może mącić mi w głowie. Po powrocie do swojego miasta, żeby było śmiesznie, spotkałem naszą druga wspólną znajomą (tą, która pracuje koło mnie). Oczywiście zeszło też na ten temat i ona mi mówi, że widziała się z moją byłą i że ogólnie wygląda na mocno zestresowaną i trzęsą jej się ręce momentami, i że rozmawiały o mnie, ale moja była upiera się, że nie może się ze mną spotkać ani pogadać, bo nie czuje się na siłach.
I teraz tak:
- mówi, że nie będzie pisać i dzwonić, a wysyła życzenia i manifestuje ciągle na fejsie,
- mówi, że nie jest na siłach, żeby się ze mną spotkać, a udaje zdziwioną, że nie wpadłem po swoje "rzeczy",
- mówi, że nie tęskni i nie brakuje jej mnie, a dopytuje się o mnie.
Wniosek jest taki, że jedno mówi, drugie robi a jeszcze pewnie co innego myśli. Pewnie jest targana przez skrajne emocje cały czas. Plus stres związany z pracą a nawet dwiema i ciągłe zabieganie o akceptację przez nowe środowisko, w którym się znalazła od momentu mojego wyjazdu. Widać, że tworzy sobie jakąś iluzję, ale grunt pod nogami jej się ciągle chybocze. Koleżanka powiedziała mi, że jak będę na miejscu, to <<żebym po prostu się z nią umówił, np. po odbiór rzeczy, pojechał do niej, powiedział prosto, że "jestem najlepszym mężczyzną, jakiego mogłaś kiedykolwiek mieć" i ją dobrze zerżnął>> koniec cytatu.
Co myślisz, jak to rozegrać? Z jednej strony martwię się o nią i o to jakim bałaganem emocjonalnym teraz jest (patrząc zwłaszcza na jej historię rodzinną...), z drugiej staram sobie mówić, że dorosła osoba powinna wiedzieć, czego chce i nie podejmować tak ważnych decyzji pod wpływem impulsów, bez rozmowy z drugą stroną.
Czy powinienem pojechać do niej pod pretekstem odebrania rzeczy i przejść od razu do działania, jak to opisane wyżej, i najwyżej dostać liścia i usłyszeć gorzkie spierdalaj? Czy może pojechać tam albo umówić się z nią gdzie indziej, zaprezentować swoją zmianę i to, że potrafiłem ogarnąć sobie robotę tak szybko i normalnie z nią pogadać? Chociaż, jak wiemy i czego przykład miałem podczas ostatniej rozmowy z nią, argumenty i przekonywanie nic nie dają. A może po prostu pojechać tam, robić swoje, zmienić miejsce zamieszkania na fejsie i czekać na jej ruch? Pierwsze rozwiązanie wydaje się ciekawe, bo działa mocno na emocje i przynajmniej wyjaśnia mi sytuację, ostatnie też, ale wymaga dużo cierpliwości i w sumie w momencie, w którym ona i tak się dowie, że jestem gdzieś "obok", to sama może zaproponować odbiór tych rzeczy i wtedy mogę wykorzystać opcje 1 lub 2.
Co sądzisz, co sądzicie?
Dzięki za odpowiedzi.
Pozdrawiam!
Life is mine
Cześć wszystkim,
czy macie może jakieś sugestie, przemyślenia, ktoś był w podobnej sytuacji kiedyś i może coś podpowiedzieć?
Będę wdzięczny za wszystkie spostrzeżenia
Pozdrawiam!
Life is mine
Krótko, masz 29 lat, dzieciak nie jesteś, dla mnie to ona jest strasznie niedojrzała, umysł na poziomie gimbazy i klasyczne zachowania plus pokazówka na fejsie.
Ogólnie mam wrażenie że prędzej czy później by się to wysrało ...
Jak reagować ?
Normalnie, masz swoje życie, zajmij sie pracą, pasjami, nowymi znajomościami.
Dużo tu opisałeś jej wad, więc chyba już sam widzisz jakby to było dalej...
Lato idzie, nowe możliwości, patrz do przodu nie wstecz
they hate us cause they ain't us
Panowie, Panie,
powiedzcie mi, czy to coś ze mną nie tak, czy to tak po prostu działa, ale minęło już sporo czasu, prawie pół roku, zero kontaktu, kalendarz mam zapchany czym wlezie, praca w której się spełniam, nawet weekendowo sobie wziąłem drugą, byłem dwóch długich urlopach, na których się świetnie bawiłem, spotykam się z ludźmi, poznaje nowych też, były już nawet dziewczyny w moim łóżku, złapałem dystans, nie rusza mnie już to, że ona się ciągle dopytuje naszych wspólnych znajomych co u mnie i że chciałaby się spotkać, gdybym to ja pierwszy wyszedł z inicjatywą, nie ruszają mnie już jej pijackie zdjęcia z imprez, nie myślę o niej zbyt często, a jednak średnio raz na tydzień przychodzi taka noc, że ona mi się po prostu śni. Całą noc. Budzę się z tego snu, zasypiam ponownie i sen się kontynuuje. Później budzę się rano i cały dzień mam rozjebany, jestem nie swój i zmęczony psychicznie. Tak jakby podświadomość mnie po ryj trzaskała "chcesz zapomnieć? ha, ja ci nie dam! jeb z dzidy!". Na pewne rzeczy mam wpływ, na swoje sny to chyba jednak nie bardzo. Czy też tak mieliście czy to przechodzi czy można temu jakoś zaradzić? Dodam, że jak się budzę, to najczęściej spocony, jak po dobrym koszmarze.
Life is mine
eeeh ładnie ci sie w mózg wbiła, wiesz to normalne bo łączy cie z nią wiele wspomnień zapisanych w umyśle, recepta to nowe wspomnienia z nową kobietą
they hate us cause they ain't us
Na to wygląda. W ogóle doszedłem do wniosku, że ona cierpi na jakiś rodzaj borderline i dlatego mnie tak strasznie emocjonalnie wymęczyła. Cóż, czas działa cuda. Aha ona chyba czerpie satysfakcję, być może nieświadomie, z tego, żeby nie dać zapomnieć mi o sobie. Pytała się ostatnio naszej wspólnej znajomej, kiedy wreszcie przyjdę swoje rzeczy zabrać, skoro już się tutaj znowu przeprowadziłem. Aż miałem jej ochotę napisać, żeby potrzebującym je oddała.
Life is mine
Heh, nie wiem czy ktoś jeszcze śledzi ten wpis, ale chciałem tylko napisać, że trafiając na tę stronę i czytając, to co tutaj było napisane, zwłaszcza w dziale powrotów, nie wierzyłem, że to może działać. Dopiero jak pogadałem z kilkoma starszymi kolegami, którzy przeszli trochę więcej w życiu, stwierdziłem, że to może faktycznie jedyna słuszna droga. Wystarczy cierpliwość.
akurat dwa tygodnie po tym, jak wywaliłem jej nr. Nie było mnie przy tel., myślałem, nie wiedziałem, kto to, czekałem aż oddzwoni. 3 dni później znów niezapisany nr, odbieram a to ona. Na dzień dobry z pyskiem: "a ty to co, mój nr skasowałeś?!?!", później oczywiście chciała się spotkać, pogadać, tylko nie potrafiła powiedzieć o czym, więc ją zbyłem, uruchomiła deskę ratunkową w postaci "a to nawet swoich rzeczy nie zabierzesz?!" co też odbiłem, próbowała mnie jeszcze podejść załamującym się głosem, przechodzącym w płacz i głębokie oddychanie, ale nie powiedziałem nic więcej, więc ona rzuciła tylko krótkie "pa".
Minęło pół roku i moja ex wróciła. Dostosowywałem się do wskazówek ze strony, olewałem jej zaczepki, podchody, gierki, manipulacje koleżankami skierowane na to, żebym nawiązał kontakt. Niech was nie zwiedzie - wróciła, tzn. zadzwoniła po pół roku milczenia
Heh zabawne jak wszystko się potwierdza. Ktoś kiedyś napisał tutaj: "Schemat jest ten sam, zmieniają się tylko dane". Doskonale powiedziane.
Pytanie tylko po co miało być to spotkanie, co ona chciała sprawdzić, czy chodzi tylko o sprawdzenie czy może mnie mieć czy może skoro wie, że jestem znów w tym samym mieście, to chce sobie ze mnie pogotowie seksualne zrobić, bo przez pół roku nie zakręcił się nikt wokół niej. Czuję, że będą jeszcze jakieś podchody, bo ona była pewna, że przybiegnę i nie dostała tego co sobie wymyśliła.
Dodam tylko, że za 3 miesiące spotkamy się na wspólnej imprezie, więc może chciała sprawdzić na jakim gruncie stoi przed tym spotkaniem? Będzie szansa wykorzystać Kontrast Bane'a
Life is mine
"Będzie szansa wykorzystać Kontrast Bane'a"
a po co???
"Na dzień dobry z pyskiem: "a ty to co, mój nr skasowałeś?!?!"
po dwóch miesiącach takie teksty będą normą, nawet się nie zorientujesz, kiedy na mielone Twoją "przemianę" przerobi...
A chociażby po to, żeby pokazać jej, że pół roku mącenia, gierek, podchodów, szukania przez nią kontaktu, prób dewaluacji dziewczyn, z którymi się spotykałem i tego, co zamierza zrobić na tej imprezie, na której się spotkamy (tak, tak organizatorka lubi chyba bardziej mnie, bo się wygadała) nie przyniosło pożądanego przez nią skutku
niech ją trochę pokłuje ta igła
Life is mine
"nie przyniosło pożądanego przez nią skutku"
idąc z nastawieniem, że jej dojebiesz, to przegrywasz na starcie... na imprezy chodzi się dla zabawy, a nie dla kiepsko obmyślonych planów zemsty/odegrania się... i skoro koleżanka coś tam zeznała, to mogła Ciebie zwyczajnie wypuścić - zawsze to jakieś dodatkowe atrakcje, a i potem opowiadać o czym będzie... nie daj się wpuścić w ten teatrzyk, bo może wyjść kabaret - z Tobą w roli klauna/błazna...
Gen dobrze pisze. Tak naprawdę masz cichą nadzieję że laskę odzyskasz. Po co? Źeby leżeć w pozycji embrionalnej i łkać? Wyrzuć z glowy i idź przed siebie:)