Hej, Panowie mam problem. Nigdy nie tolerowalem kłamstwa, zawsze traciłem zaufanie do osoby, która mnie okłamuje.
Ostatnio dziewczyna opowiadała mi historię jak jej siostra chciała ją zeswatać z kolegą swojego chłopaka. Pojechali nawet na jakiś wspólny wyjazd, mieszkali podobno w jednym domku, ale spali na innych piętrach, ogólnie ona nie chciała się z nim wiązać i unikała kontaktu, aż po jakimś czasie gość znalazł sobie dziewczynę i dal jej spokój. No ok, historia jak historia, fajnie nic do tego nie mam.
Tyle tylko, że ostatnio zaczęliśmy gadać o tym czego się boimy najbardziej no i ona stwierdziła, że HIV. No ok, ale wyznała mi, że kazała kiedyś jednej osobie zrobić test na HIV i sama powiedziała, że tamtemu gościowi co chcieli go z nią zeswatać. To pytam się po jaka cholerę skoro nie była nim zainteresowana... A ona stwierdziła, że spotykała się z nim pół roku i bała się jak on ją dotykal bo wcześniej jej powiedział, że uprawiał seks z prostytutkami.
No i nie wytrzymałem, okłamała mnie, a kłamstwo jest dla mnie totalnym zniszczeniem zaufania.
Później się tłumaczyła, że to kwestia interpretacji czy z nim byla, że w sumie to nie była tylko się spotykała i że ja się czepiam głupot. No cóż, jak ktoś mi opowiada dwie różne historie w tym samym kontekście to zaczynam wątpić czy mogę ufać jej też w innych sprawach.
Rodziców też okłamuje... Przyłapałem ja na tym. Mnie też okłamała w drobnej sprawie, ale akurat tamto byłem w stanie zrozumieć bo się wstydziła, co nie znaczy, że w obecnej sytuacji i ta sprawa dała mi do myślenia.
Panowie, co sądzicie o tym wszystkim? Bo ja nie wiem czy mogę jej ufać...
Nie wiem, czy koncepcja "kłamstwa" jest tu adekwatna. Ona jest(wnioskuję po tej historii) po prostu pojebana i chyba brak jej którejś klepki. Domniemam, że niesamowicie w tych zeznaniach musiała się motać i wszystko co mówiła/przeżyła (a raczej jak zinterpretowała fakty) świadczy o niezłym koktajlu gówna w jej bani.
__________________________________________________________
Kobiety są nienormalne ale u nich to normalne.
Zacznijmy od tego, że nie każde kłamstwo jest złe. Kto z nas chociaż raz nie skłamał rodzicom? Jaki jest cel mówienia zawsze i wszędzie prawdy? Czasami specjalnie kłamiesz tylko po to, by nie zranić drugiej osoby, jest to totalnie normalne. Nie postrzegaj każdego kłamstwa jak czegoś złego.
Musisz nauczyć się rozgraniczać kłamstwa z wyrachowania, a te wyżej przeze mnie wspomniane.
W kwestii tamtego chłopaka - było to zdecydowanie kłamstwo z wyrachowania, sprawdza teren. Najpierw mówi Ci łagodną wersję, potem że tylko się spotykali i dla pewności kazała mu zrobić testy, a potem powie, że test był negatywny i dała mu dupy
Dziewczyna się boi, że dowiesz się tego prędzej czy później, więc próbuje powoli mówić Ci trudną prawdę... no i zaczyna się motać. Kłamstwo napędza kłamstwo i tak w kółko ;d zastanów się chłopie nad sensem ciągnięcia tego, nie wiadomo jeszcze jakie brudy wyciągniesz od niej/jej znajomych
Szkoda nerwów na takie ;p
Młody i głupi :/
Dzięki chłopaki za odpowiedzi.
Tego, że nie uprawiała z nim seksu akurat jestem pewien bo była dziewicą gdy ją poznałem. Zresztą wiecie, mi to by nie przeszkadzało, jej przeszłość jej sprawa o ile nie było tam żadnych cudów w stylu dawanie dupy każdemu kto się nawinie. No ale jak mówiłem tego akurat jestem w stosunku do niej pewny z wiadomych względów.
Tylko fakt, że przeinacza prawdę, no jak tak można. Buduje się relację, tworzy się ten solidny fundament dla całego związku jakim jest zaufanie, aż tu nagle takie jaja. Ja jej zawsze mówiłem prawdę bo nic to nie zmieni w naszej relacji, a ona sama pogubiła się w zeznaniach. I wiecie co, zdecydowałem się ją rzucić po tekście "jak się masz mnie ciągle czepiać to mnie rzuć", wypowiedziała to w płaczu. Jak powiedziałem "ok, to koniec"to nagle zmieniła taktykę, uspokoiła się, zaczęła przepraszać... Oczywiście dalej się wybielała, że to nie było kłamstwo, ale mnie przeprasza bo mogłem to źle zinterpretować.
Przez moment przeszło mi nawet przez myśl, że rzeczywiście się czepiam, ale do cholery chyba każdy by się zdenerwował na moim miejscu.
Postawiłem ultimatum (co trochę podcięło moje jajca bo jestem niekonsekwentny w tym, że powiedziałem "to koniec", ale w sumie sama na mnie to wymusiła). Powiedziałem, że jeśli jeszcze raz dojdzie do sytuacji gdzie nawet odrobinę nagnie prawdę to nasze drogi się automatycznie rozejdą. Myślę, że skoro zrobiła to raz to może i drugi, ale zobaczymy.
Jeśli chodzi o kłamstwa, no ok, ja rozumiem jak powie się coś w dobrej wierze, żeby kogoś nie zmartwić czy pocieszyć (a mam taką służbę, że takie zagrywki psychologiczne to norma), ale nie można kłamać bez powodu nawet w błahych sprawach gdzie nie ma to żadnego znaczenia.
"przeinacza prawdę"
Prawda to po prostu prawda. Prawda jest po prostu tym, co się zdarzyło/miało miejsce. "Przeinaczanie prawdy" to po prostu kłamanie, koloryzowanie, bajkopisarstwo lub mitomaństwo.
__________________________________________________________
Kobiety są nienormalne ale u nich to normalne.