Głupie pytanie, może. Mam z tym problem. Spotykam się z dziewczyną 3 miesiące (oboje ponad ćwierć wieku na karku), a nie czuję tego czy to już partnerski związek dwóch osób czy cały czas etap randkowania, ST, podchodów itp.
Jakiś czas temu ona sama zaczęła nazywać mnie swoim chłopakiem (śmiałem się wtedy, że jeszcze nie prosiłem o chodzenie), jednak pewnego razu podczas rozmowy, w dosć miłych okolicznościach przyrody (polana, noc, ognisko), zupełnie z niczego, poprosiła mnie abym to określi i się sprecyzował, że ona nie chcę spotykać się z kimś mając świadomość, że ja będę sobie skakał z kwiatka na kwiatek i gdzieś tam przy okazji przychodził do niej. W pierwszej chwili wydało mi się dziwne, przecież w naszym wieku każdy człowiek chyba czuje, że to ten moment i że nie trzeba o tym mówić głośno co zresztą powiedziałem. W odpowiedzi usłyszałem, że ona mnie tak traktuje i czy ja naprawdę muszę być zawsze taki powściągliwy (wiele razy pytała czy coś do niej czuje, czy ją lubię, czy tęsknie kim jesteśmy dla siebie, a ja zawsze odpowiadałem coś w stylu "trochę lubię cię", "tęsknie tak jak ty za mną" itp), czy aż tak ciężko mi to przychodzi i czy naprawdę nie mogę jej sprawić tej przyjemności. No cóż, powiedziałem ok, jesteśmy razem. Znaliśmy się wtedy nieco ponad połtora miesiąca, jakkolwiek widywaliśmy się dość często.
W toku wydarzeń kolejnych tygodni miałem jednak wrażenie, że to jest wciąż nie to, że cały czas się sprawdzamy, próbujemy, badamy granice, że to ja muszę wciąż ją zdobywać trochę jak robi się to na początku znajomości gdy to facet w 100% bierze na bary cały ciężar rozpoczęcia znajomości itp.
Nawet teraz, po 3 m-cach mam wewnętrzne wrażenie, że to jeszcze nie do końca to, słowa słowami, ale zachowania mówią co innego. Brak mi trochę takie ciepła z jej strony, zainteresowania. Ok, wrzuca wspólne zdjęcia na fb, pisze, nazywa misiu, ale mam wrażenie, że nie jest w pełni zaangażowana. Ostatnio zerwałem koleżeński (serio) kontakt ze swoją ex (który zresztą ex inicjowała raz na miesiąc...), tylko i wyłącznie pod jej, żeby być wobec nie fair i nie sprawiać jej przykrości. Ona o tym wiedziała, że piszę czasem coś z byłą, widziałem, że jest jej przykro, mówiła, że jej była znajomość rozpadła się bo chłopak wrócił do byłej. Na początku nie chciałem tego robić, ale w momencie jak postawiłem się w jej sytuacji sam doszedłem do wnioskui, że pora to skończyć, tym bardziej, że ta znajomość zupełnie nic nie wnosi do mojego życia (myślę kurwa... jak ja bym się zachował i co czuł gdyby ona pisała ze swoim byłym jeszcze w mojej obecności, mówiąc mi, że to nic takiego). Pomagam szukać jej pracy, to ja ustalam terminy spotkań, wybieram miejsca, aktywności itp (na co ona chętnie póki co przystaje).
Ktoś może zapytać- no dobra o co temu gościowi chodzi? Boję się jamniczyć, ale też przegiąć w drugą stronę. Te wszystkie zasady, pua, poradniki, podręczniki, wykładnie, złote środki jak poderwać laskę, to jak się zachowywać, co robić a czego nie najebały mi we łbie tak, że już nie wiem gdzie leży granica (nie pisz za dużo, a jak już to nie odpisuj od razu, koncz rozmowę pierwszy, nie bądź na kazde zawołanie, olewaj, ochładzaj relację, push'n'pull i pierdylariad innych rzeczy siedzi mi w głowie). Ostatnimi czasy nie wychodziłem poza krótkie relacje, obcykałem sobie mniej więcej jak dobrze rozpocząć i doprowadzić do seksu, ale teraz budzę się z reką w nocniku i widzę, że gdy ma zacząć się coś więcej (związek), to panikuję. Nie potrafię poprowadzić tego na spontanie do przodu, nie wiem czy dalej zachowywać się tak jak do tej pory, męczy mnie to. To nie jestem do końca ja, tylko gość wychodowany na bazie tego specyficznego fragmentu tego portalu, skupiającego się na "technicznej" stronie podrywu. Traktowałem te wszystkie zasady jako cel w sam w sobie, jako nawet pewnego rodzaju zainteresowanie, jednak robiłem to w oderwaniu od najważniejszej rzeczy - budowaniu własnej wartości jako fundamentu na którym to wszystko powinno stać.
Teraz, gdy chciałbym zbudować coś więćej z tą dziewczyną uświadomiłem się, że zostałem goły i wesoły. Tak naprawdę, nie wiem na czym ma polegać taki związek jeżeli wszystkie dotychczasowe zabawki, którymi bawiłem się i zabawe nimi opanowałem dość fajnie, powinienem wyrzucić do kosza. Szukam porady, jak powinienem prowadzić to dalej, a przynajmniej jak starć się to prowadzić.
Już w nim jesteście
To prawda, są w nim, tylko chujowy ten związek, skoro nie dostajesz w nim tego czego oczekujesz.
Tutaj podryw się skończył, nie trzeba już grać, wiec rozwiązanie jest proste - pogadaj z nią czego oczekujesz od związku, który ona de facto zainicjowała, swoją droga. Jeśli to nie pomoże powinieneś zadać sobie pytanie, jaki jest sens tkwić w czymś i ograniczać się do jednej kobiety skoro nie dostajesz tego, czego oczekujesz od takiej relacji.
Jako bonus dodam to co naskrobalem na temat związku w odpowiedzi na jakiś tam post, może tez coś pomoże:
Ogólnie taki spostrzeżenie odnosnie ostatnich tematów na forum - dlaczego tak bardzo próbujecie udawać i zastanawiać się co robić co powiedzieć jak to rozegrać, kiedy jesteście w związkac? Jeśli robiąc i zachowując się po swojemu łasce coś nie pasuje, super, wiesz ze to nie to, skoro cie nie akceptuje takim jakim jesteś. Jesli zachowacie schemat postepwania tego czego uczy ta strona czyli -
1. Stajesz się pewnym siebie wartościowym facetem(czyli nie jesteś już pizda anymore)
2. Zdobywasz umiejętności poderwania laski która ci się podoba
3. Podrywasz i ruchasz nowe/wchodzisz w związek
więc, jeśli zachowujecie ten schemat i w związku jesteście całkowicie spójni i robicie to co czujecie za słuszne i wychodzi krzywa akcja wnioski są proste - to nie jest twój Kopciuszek.
Związek to inna bajka anizeli podryw. Związek daje Ci poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji, tam nie ma miejsca na udawanie, gierki, gdyż mija sie to z celem tej instytucji. Jesli kobieta w związku zaczyna gierki ---> naprostowanie jej. Jeśli to nie pomaga ---> koniec. No bo po chuj tkwić w związku który nie daje emocji które związek powinien dawać - bezpieczeństwo i stabilizacja? Wtedy lepiej podrywać wiele kobiet, aniżeli ograniczać się do jednej. Podryw to miejsce gdzie emocje takie jak niepewność, strach itp jest akceptowalne. Pozdrawiam
A taka sytuacja związkowa:
2 razy planowałem z nią wakację. Raz lużna dyskusja, niby entuzjazm, niedawno wspomniałem o temacie mówi, wysłałem jakieś linki, miała popatrzeć, a ostatecznie twierdzi, że zapomniała o tym.
Później trafiłem inną super okazję, super och i ach z jej strony - niech biorę, albo nie, moment zapyta szefowej czy dostanie wolne i tak pyta od paru godzin, a tanie bilety dawno poszły się j****
Obiecałem sobie, że w tym roku pojadę gdzieś dalej, ale ze wzgląd na sytuację, że jestem z nią wypadałoby wziąć ją ze sobą, tym bardziej, że jest bardzo pozytywnie na to nastawiona (choć jak widać co innego słowa, co innego czyny). Czas jednak ucieka, robi się coraz zimniej, a po ostatniej akcji powiem szczerze nie mam najmniejszej ochoty dalej proponować. Człowiek wysila się, szuka, a skutki są takie, że nic z tego nie wychodzi bo zapomniała/bo coś...
Czy nietaktem byłoby gdybym jej zakomunikował, że jadę na wakacje z kolegą? Po mam coraz większą ochotę wyguglać kolejną opcję, wziąć kumpla i od strzała tam polecieć bez żadnych podchodów do niej bo powiem szczerze wkurwia mnie coś takiego. Gorzej jak zacznie dociekać dlaczego kumpel , a nie ona.
Czy tak wypada w tej sytuacji?
W tej sytuacji wypada olać laskę na jakiś czas i zająć się sobą.
Co masz się płaszczyć, jak laska ma Cię w tyłku. Nie chce to nie - kapitalistycznie patrząc - jej wybór, jej strata lub zysk - jakkolwiek to sobie nazwie albo nie nazwie.
Zrób coś dobrego dla siebie i na chwilę przestań się nią zajmować, bo jak sam widzisz, odnosi to beznadziejny skutek.