Wdepłem w straszną kupę i nie wiem jak z niej wyjść. Od pewnego czasu, około 8 miesięcy, jestem z pewną panną. Na początku było fajnie, byłem zaangażowany, panna bardzo ładna, z zasadami i bez przebiegu. Myślałem, że trafiłem 6 w lotka. Spotykaliśmy się przez dwa miesiące i w pewnym momencie zaproponowała związek. Ja lekko zdziwiony przystałem na to. Co prawda były pewne sprawy, co do których zapalała mi się ostrzegawcza lampka, ale myślałem że jakoś to przełknę albo trochę ją przerobię. Przez kilka miesięcy było fajnie. Cotygodniowe spotkania, pierwszy sex. Czułem się przy niej dobrze. Czasami jednak wychodziły pewne fochy z jej strony o byle gówno. Panna ma nieciekawą sytuację w domu. Jej ojciec to pijak a matka wyładowuje na niej frustrację. Z racji tego nie chciałem trwać w milczeniu i zawsze wyciągałem rękę w celu wyjaśnienia sytuacji. Czułem się czasem jak pizda, ale nie chciałem, żeby panna przeżywała. Z czasem zaczęło mnie to męczyć. Kilka razy było tak ostro, że nie odbierała ode mnie telefonów mimo, że dzwoniłem nawet po kilkanaście razy. Za każdym razem, mimo że czasem ewidentnie ona przesadziła, wyciągałem rękę na zgodę.
Kiedy skończyła szkołę, zaczęła do mnie częściej przyjeżdżać. Było spoko, ale jak spędzaliśmy ze sobą więcej czasu niż dzień albo dwa to zaczynała mnie wkurwiać. Znowu nie obywało się bez kłótni.
Ze względu na jej sytuację w domu i podejrzenia pewnej choroby chciałem się nią zaopiekować i ją ogarnąć zdrowotnie. Miałem pracować, panna też miała iść do pracy. Postanowiliśmy razem zamieszkać. To było najgłupsze co mogłem zrobić. Umoczyłem w chuj hajsu a panna i tak nie chciała siedzieć w mieszkaniu, bo "źle się w nim czuła". W pewnym momencie było znowu tak źle, że postanowiliśmy spróbować po raz ostatni to skleić. Przez jeden dzień było dobrze a później znowu zaczęła mnie wkurwiać. Poczekałem aż odjebie jakiegoś focha i z nią zerwałem. Powiedziałem, że nie czuję już tego co wcześniej i że chce się rozstać. Zaczęła płakać. Powiedziałem, że lepiej jak zakończymy tą rozmowę i się rozłączyłem. Powiedziała, że pierdoli ten związek i że któregośtam dnia przyjedzie po rzeczy. Z racji tego, że od dłuższego czasu byłem nastawiony na to, że nic już z tego nie będzie i nawet tego nie chcę, nawet się tym nie przejąłem. Poszedłem spać. Rano kilka nieodebranych połączeń. I esemes o treści: "Nie zasługuję nawet, żebyś ode mnie odebrał?".
Popełniłem błąd, zadzwoniłem i chwilę z nią porozmawiałem. Próbowałem ją przekonać, że to nie ma sensu, że tylko się kłócimy i że nie chcę jej takiej jaka jest teraz. Zaczęło się gadanie, że się zmieni, że mam rację i że ona chce o nas walczyć. Powiedziałem, że pogadamy później. Po powrocie z roboty leżę sobie w mieszkaniu i nagle słyszę jak ktoś wbija. Patrzę a to ona. Wpatrzona we mnie wzrokiem jak kopnięty pies i zaczyna płakać...
Kurwa, zmiękłem. Powiedziałem, że spróbujemy i że jak się postara zmienić i zacznie coś robić ze swoim zachowaniem to może być dobrze. Przed chwilą pojechała. Spaliśmy razem, ale powiedziałem, że nie chcę teraz sexu, bo uważam że teraz ze względu na to wszystko powinniśmy to sobie odpuścić do pewnego czasu. W sumie to nawet nie miałem ochoty. Przed chwilą pojechała do domu, a ja już żałuję tego, że zmiękłem...
Czuję, że ona mnie blokuje. Nie wiem co mam zrobić. Nie chcę jej źle potraktować, bo dziewczyna mimo głupich fochów zawsze była wobec mnie w porządku. Na innych nawet nie zwracała uwagi. Najgorsze jest to, że już kiedyś byłem w podobnej sytuacji. Tak samo panna prosiła mnie o jeszcze jedną szansę i ja dalej się czułem jak warzywo, bo nie umiałem tamtej zostawić, ale czegokolwiek oprócz czasem pożądania nie umiałem wobec niej z siebie wykrzesać.
Co mam zrobić? Zniechęcić ją jakoś do siebie? Powiedzieć jej chamsko, żeby wypierdalała? Nie wiem czy jeszcze coś z tego będzie, skoro po jednym dniu mam jej zawsze dosyć i wkurwia mnie w niej nawet to, że ma gdzieś o konkretnej godzinie, ale nie wychodzi, ze względu na to, że chce jeszcze ze mną posiedzieć..
Obiecałem sobie, że będę szczery do bólu ze wszystkimi, ale z nią szczery być nie mogę. Nie wiem co mam z tym zrobić. Nie chcę być skurwysynem, ale nie chcę się jednocześnie kisić w czymś co mi nie sprawia radości i satysfakcji. W dodatku panna ma bardzo słabe kontakty z ludźmi i mało wychodzi. Boję się, że sobie coś zrobi, albo że ją skrzywdzę psychicznie..
Bardziej ją skrzywdzisz dając jej nadzieję, chociaż wiesz, że nie ma to żadnych szans. Spakuj ją, następnym razem jak się pojawi powiedz, że przemyślałeś i to nie ma sensu, daj jej jej rzeczy i tyle.
Zamiast "zniechęcać ją do siebie" złap się mocno za jaja, upewnij się, że je masz i zakończ ten związek. Bo jaka jest alternatywa, że będziesz z nią jeszcze parę lat, bo "zmiękniesz"? A potem weźmiesz z nią ślub bo "zmiękniesz"? Może czas przestać być miękkim i zamiast próbować dogadzać wszystkim dookoła zająć się sobą?
Eeeeeeeeee, słabe są takie wątki. Tak jakby istniała tylko alternatywa: "jestem miękką fają i zgodzę się na wszystko" albo "powiem jej chamsko, żeby wypierdalała". Tak jakby nie można było normalnie, po prostu powiedzieć drugiemu człowiekowi, o co chodzi.
W związku dwie osoby mają do siebie pasować idealnie i rozumieć się bez słów,ale nie ja zadecyduje co z tą panną zrobisz.
Pamiętaj płacz to bardzo silna broń kobiet.
Narząd nie używany staje się nie użyteczny
"W związku dwie osoby mają do siebie pasować idealnie i rozumieć się bez słów" - popieram na milion procent!!!