
Ten wpis będzie raczej w nastroju minorowym, mimo tego mam nadzieję, że wszechmogący kursor administratora nie znajdzie za szybko przycisku "Usuń". Może się zdarzyć, że komuś tutaj poprawię humor, zwłaszcza że sytuacja w jakiej się znalazłem wydaje się śmieszna, w tej chwili nawet już dla mnie...
(Ostrzegam, że tekst jest nieco przydługi)
Zawsze byłem teoretykiem, któremu ćwiczenia praktyczne nie są potrzebne, bo przecież wszystko tak łatwo "wchodzi", a jak przyjdzie co do czego to "jakoś to będzie". Tak było w szkole, na studiach za to pokutowałem drugimi i trzecimi terminami, komis też się trafił. Ostatecznie udało się - 6 liter i jedna kropka więcej. Coś się skończyło, znajomi porozjeżdżali się, każdy do swojego "matecznika".
Potem nastąpiło zderzenie z rzeczywistością - poszukiwania pracy, przez dłuższy czas nieudane, skutecznie obniżyły poziom radości z otrzymanego tytułu. Krótki epizod pracowniczy, załatwiany po znajomości,nie tyle zwiększył pewność siebie, co po prostu znieczulił na pewne kwestie. Podziękowałem za współpracę, bo wiedziałem, że tam nie wytrzymam, po czym... przesiedziałem rok na bezrobociu. Z oszczędności nie zostało absolutnie nic. Miałem oczywiście wsparcie, ale kiedy wracasz po studiach mieszkać znów z rodzicami, okazuje się, że nie możesz znaleźć sobie miejsca a niektóre rzeczy potrafią zwyczajnie irytować.
3 lata temu przeprowadziłem się (200 km) za chlebem do zupełnie obcego miasta (troszkę tylko większego niż moje rodzinne), żeby pracować w zawodzie jaki chciałem wykonywać i w jakim chciałem się rozwijać. Wszystko pięknie ładnie, z tym że czas po pracy spędzałem na radosnym nic-nie-robieniu (po części dlatego, że w sumie na tyle pozwalał mi wtedy budżet). W mieście miałem wrażenie, że po 18tej "zwijają asfalt" (w weekendy jeszcze wcześniej) a ulicami rządzą emeryci. Poza pracą nikogo nie znałem i nikogo nie poznawałem, bo zwyczajnie nie wiedziałem jak.
Kubeł zimnej wody przyszedł 31 grudnia, kiedy to sylwestra spędziłem absolutnie sam w wynajmowanym mieszkaniu. Nie przejmowałem się tym wtedy "aż tak", w końcu powtarzałem sobie, że przecież jest jeszcze czas. Miałem jednak świadomość, że to się samo nie stanie, ale nie wiedziałem jak się za to zabrać. Pomyślałem, że skoro jest się zielonym to... czas na teorię.
Korzystając z dobrodziejstw internetu znalazłem materiały z Pickup101. Szok! Coś niesamowitego dla kogoś, kto całe życie przeszedł z oczami wpatrzonymi w ziemię...
Żałuję, że nie trafiłem wtedy na tę stronę, bo miałem zapał i chęci (i z racji zastrzyku gotówki dodatkową premię do pewności siebie) a mimo wszystko nie mogłem się przełamać, bo teoria teorią, ale jak to ćwiczyć w praktyce? Więc jeździłem jak głupi do Wro, łaziłem sam po mieście i za każdym razem wracałem tak samo wkur*iony na siebie...
Zostawiłem to. "Nic na siłę" - powiedziałem sobie. Cenne rady z materiałów oczywiście zostały wcielone w życie, w każdym aspekcie, oprócz oczywiście rozmów z nieznajomymi kobietami. Od znajomych dostawałem komplementy na temat ubioru, od osób, które mnie dawno nie widziały, że się zmieniłem, itp.
Skupiłem się znów na pracy - dało to efekt, wymierny (kasa) i niewymierny (szacunek szefa i ludzi, z którymi mam do czynienia podczas "dniówki").
Czas upływał... jesień, zima, święta, kolejny sylwester spędzony nie tak jakbym chciał. Mimo tego ciągle przeważały pozytywne myśli.
Przynudzam? Momencik...
Nadszedł karnawał - impreza integracyjna w firmie (dwa lokalizacje w Polsce oddzielone o 400 km). Wtedy poznałem *ją*... Nazwijmy ją A. A Pracowała właśnie w drugim oddziale firmy.
Momentalnie zaiskrzyło, dużo rozmawialiśmy, na informację że ma chłopaka pomyślałem sobie "no i co z tego" (dobre rady wujka Lance'a podziałały). Na zabawie były jakieś konkursy, coś tam wygrałem, ogólnie dobrze się bawiłem (mam swoją definicję dobrej zabawy, bo nie jestem z tych co obtańcowują każdą na parkiecie). Musiałem zrobić na niej dobre wrażenie, bo sam dużo o sobie nie mówiłem (wyszło bardzo naturalnie, bo przecież i tak w zasadzie nie miałem o czym). Niczego nie obiecywałem, ani jej ani sobie, bo przecież "mieszkamy i pracujemy daleko od siebie". Nie pisałem ani nie dzwoniłem za często, zobaczyliśmy się ponownie po dwóch miesiącach - strasznie pozytywne reakcje z jej strony, mimo tego nie osiągnąłem z nią tego co chciałem, może już wtedy zacząłem "gubić się w zeznaniach".
Od znajomego, w zasadzie kolegi z pracy (pracuje na podobnym stanowisku tyle że właśnie w tej drugiej lokalizacji) - nazwijmy go B. - dowiedziałem się, że tak naprawdę A. jest "poszukująca" i zacząłem się wkręcać na odległość. Wyobraźnia działała, przygniatała zdrowy rozsądek - dodatkowo w pracy ktoś napomknął mi czy może nie chciałbym się przeprowadzić i tam właśnie pracować (bo kolega B. sobie nie radzi). Wtedy byłem gotów bez wahania. Do A. nie dzwoniłem w ogóle, maile wymieniałem bardzo rzadko (dwie wiadomości raz na dwa miesiące, jak sobie przypomniała, że "brakuje jej rozmów ze mną"), raz zaproponowałem spotkanie (z jej strony zlewka). Minęło ponad pół roku, kiedy przyszło mi się z nią ponownie zobaczyć i... "zostańmy znajomymi". Domyśliłem się, że ma kogoś nowego. Zabolało, ale krótko, nic poważnego.
Czas upływał... W pracy już nie tak fajnie jak na początku, zima, święta, Nowy Rok, karnawał, impreza integracyjna. Zupełne przeciwieństwo nastroju sprzed roku, porażka. Ja się dobrze nie bawię, ona nie ma ochoty rozmawiać. Zrywam kontakt... Pech chciał, że w ciągu kilku tygodni dwa razy odwiedziłem jej miejsce pracy. Za pierwszym razem było na tyle dobrze (a przynajmniej tak myślałem) że zacząłem znowu się wkręcać, tym bardziej że wiedziałem, że znowu się zobaczymy za niedługo. No i właśnie...
Zaraz w pierwszy dzień następnej wizyty dowiaduję się przez przypadek, że już ma kogoś innego. Ba, otóż tym kimś okazuje się mój "kolega" B. Pierwszą osobą, która mnie w tym dniu spotkała była właśnie ona. Nic nie powiedziałem - wiedziałem, że nie warto. Rozmawialiśmy później, nie pytałem wprost, ale tak kierowałem rozmową, żeby ją sprawdzić. Kłamała (no bo po co miałaby mówić prawdę). Powiedziałem jej, że wiem. A w myślach chciałem żeby to były ostatnie słowa jakie z nią kiedykolwiek zamienię.
Wróciłem do siebie, uspokoiłem się, myślałem że szybko zapomnę. Nie było mi dane. Zbliżał się wyjazd integracyjny naszego działu, każdy mógł zabrać osoby towarzyszące. Ja nie miałem nikogo więc sprawa była prosta.
Parę dni przed wyjazdem dowiedziałem się, że B. zabiera A.
Znam siebie na tyle długo, że wiem jak reaguję w takich sytuacjach - świadomość, że będę to musiał oglądać, spowodowała że totalnie rozleciałem się z kupy. Na tyle, że pierwszy raz w życiu musiałem sięgnąć po leki uspokajające. Oszczędzę szczegółów...
Na samym wyjeździe nie było tak źle jak myślałem, mimo wszystko za dobrze też się nie bawiłem.
No dobrze, ale zapytacie gdzie ta śmieszna sytuacja, o której wspominałem na początku?
Otóż dosłownie kilka dni po tym jak się dowiedziałem, że A+B=WM, otrzymałem propozycję (tym razem już poważną) pracy w drugim oddziale firmy. Miałbym być... zwierzchnikiem B. Dałem sobie kilka dni namysłu, a że byłem pod wpływem emocji, nie zgodziłem się. Znam siebie na tyle, że nie wyobrażam sobie pracować 8h dziennie z B w tym samym pokoju. Poza tym z powodów zdrowotnych muszę się oszczędzać, a po co dodawać sobie stresu w już stresującej pracy i to w najbardziej stresującym zawodowo polskim mieście?
Jak o tym myślę na spokojnie to dociera do mnie, że w zasadzie A była głównym powodem, dla którego wcześniej chciałem się przeprowadzić. To i oczywiście fakt, że w większym mieście łatwiej znaleźć sobie zajęcie po pracy i zwyczajnie "rozwijać się".
Cała ta sytuacja spowodowała, że znowu mam wrażenie że stoję w miejscu; cała moja pewność siebie wynikająca z tego, że ludzie w pracy mnie szanują, spadła do poziomu bliskiego zeru.
Znowu dopadło mnie uczucie, że jestem totalnie sam.
Mimo tego, że w pracy mam do czynienia ze wspaniałymi ludzi, a z samej pracy jest satysfakcja i całkiem dobre pieniądze, stoję w miejscu. Najgorsze jest wrażenie, że prościej mi będzie spakować walizki i zacząć wszystko od nowa w nowej pracy, w innym mieście.
Coż... to chyba dlatego, że najprościej zrobić coś, co już umiemy i w czym jesteśmy dobrzy.
Co? Miało być ku przestrodze?
Nie napisałem nic o studiach, a zapewne większość z Was jest albo w ich trakcie, albo przed. Nie napisałem bo nie ma o czym pisać. Popełniłem błąd skupiając się wyłącznie na nauce i na opieprzaniu się (niezbyt konstruktywnie) po zajęciach.
Widzę czasem pytania na forum "Mam 18 lat czy to nie za wcześnie na związek?" "Mam 17 lat czy to nie za wcześnie, żeby zaczynać przygodę z podrywaniem dziewczyn?" Niesamowite... Odpowiedź brzmi: zabierajcie się za pracę nad sobą jak najwcześniej.
Rada dla tych, którzy są przed wyborem kierunku studiów a nie mają dużego doświadczenia z dziewczynami: Wybierajcie miasta, gdzie są uniwersytety i akademie a nie tylko cholerne politechniki (wtedy pomoże Wam chociaż statystyka i rachunek prawdopodobieństwa). W moim przypadku było jeszcze gorzej, bo liceum też wybrałem sobie "upośledzone" pod tym względem...
Pewnie dlatego, że cały czas myślałem, że to się po prostu dzieje "ot tak" - w którymś momencie poznajesz kogoś, jest fajnie, zakładacie rodzinkę, itp itd.
Póki co "zdarzyło się" to większości osób, które znam. A ja za parę tygodni skończę 29 lat i nie wiem co dalej. "Lewa strona"? Fajnie, tyle że mam wrażenie, że zaczynając znów od zera w tym wieku w pojedynkę nic nie zdziałam.
"Znajdź sobie hobby" - w tym momencie wielka wymówka "no ale jak mam być dobry w czymś co dopiero zaczynam robić, a inni robią już od wielu lat?"
Nie wiem co chcę osiągnąć tym wpisem... Może pokazać, że decyzje osobiste podejmowane pod wpływem uczuć mogą zepsuć plany zawodowe. Może chcę się zmusić w końcu do działania. Może chcę zmusić innych do działania jak najwcześniej. Może po prostu chcę to z siebie wyrzucić, niech inni mają ubaw, a co...
Nie pytam o radę, bo blog nie jest od zadawania pytań. Nie oczekuję współczucia bo sam jestem sobie winien... Czekam raczej na zjebki (jeśli ktoś chciałby zużyć swoją klawiaturę w tym celu).
Ciekawi mnie tylko, czy jest tutaj ktoś kto "opamiętał się" równie późno co ja?
PS. Pozdrawiam ekipę z Warszawy, z miasta, do którego na razie się nie przeprowadzam.
69
Odpowiedzi
Ale streszczenie
ndz., 2011-06-05 12:47 — RPKAle streszczenie
A.A - anonimowa alkoholiczka?
ndz., 2011-06-05 14:20 — cainA.A - anonimowa alkoholiczka?
. A tak wogóle to nie wytrwałem do końca tekstu
'Ciekawi mnie tylko, czy jest
ndz., 2011-06-05 14:56 — vagabond'Ciekawi mnie tylko, czy jest tutaj ktoś kto "opamiętał się" równie późno co ja?'
Nie patrz na innych ludzi, wystaczająco długo się nimi przejmowałeś. Teraz to Ty jesteś najważniejszy!
Jesli tak to można nazwać to 'opamiętałeś się późno' z kobietami. Nie przespałeś przecież swojego życia. Nie startujesz od zera. Trochę samozaparcia. Daj sobie rok, zacznij działać na wielu frontach: praca, pasja, sport, kobiety. Nie poddawaj się i będziesz 'do przodu' przed niejednym 25 i 40-latkiem, który użera się ze swoją żoną, której nie kocha, albo żałuje tego czego w życiu nie zrobił.
Ekipa z Warszawy pozdrawia i zaprasza do działania
Nigdy nie jest za późno żeby
ndz., 2011-06-05 15:04 — broonerNigdy nie jest za późno żeby zacząć żyć. Ja co prawda jestem młodszy ale 25 lat to też już sporo. Całe studia tyrałem jak wół, zero życia towarzyskiego. Jak zostawiła mnie moja kobieta nie miałem niczego poza sobą. Teraz po kilku miesiącach zacząłem żyć pełnią życia. Życie jest piękne tylko trzeba umieć się cieszyć każdą małą rzeczą.
Teraz moje koleżanki masowo wychodzą za mąż za swoje licealne miłości. Za 5 lat się będą budzić, że życia nie zaznały. Koło 30tki znajdziesz mnóstwo chętnych kobiet
.
Ogarnij się i zacznij żyć po prostu.
Są tacy co opamiętali się
wt., 2011-08-02 19:58 — thorgalusSą tacy co opamiętali się jeszcze później..
Nie rozmyślaj tylko działaj,bo stracisz kolejne lata.