Tym bardziej wpis bardziej dokumentalny niż mający jakieś znaczenie praktyczne dla czytającego. No chyba, że budujące dla nowych.
Wtorkowy wieczór nie zapowiadał się szczególnie. Chciałem poczytać i udać się spać, a skoro z tym spaniem nie wyszło, to czas odrobić laborki od Admina. Po ostatnim wypadzie na disco miałem lepsze mniemanie o swojej "śmiałości", ale jak to się mówi - jak nie idziesz do przodu to się cofasz. Gdzie się podział stary Limba, jego dawna naturalna zdolność do kontaktów z dziewczynami? Nie wiem, idę tego poszukać.
Poszedłem na puste zamarznięte miasto bez większego przekonania, a to jest największym wrogiem człowieka chcącego zrobić cokolwiek. Idzie sobie dzieczyna, walczy z kapturem, aż mnie szczerze uśmiechnęło na ten widok, a uśmiech przeszedł na nią zanim wskoczyła do tramwaju. Potem jeszcze kilka podejść, ale szału nie ma - blokady działają :/
Ale o to szło, żeby zrzucać ciężar ostatnich paru lat. Powoli nie muszę już pamiętać o "postawie" i kiedy sobie o tym przypominam, to nie koryguję jej a jedynie upewniam się że jest taka moja dawna, a nie łeb w ziemię a rozum w chmurach. Zapytałem jakąś grupkę o jakiekolwiek otwarte miejsce we wtorkowy wieczór - przedstawili się wszyscy i proponują pójście z nimi do klubu XYZ. Nie, nie moja półka cenowa (w dodatku klub "bananowy"), ale parę sekund fajnej gadki przypomniało mi o jeszcze jednym miejscu, więc pożegnałem się z nimi w dobrym humorze i idę do G. Biorę herbatę (Liptongiem nigdy nie pogardzę) i dosiadam się do 2 dziewczyn. Jedna całkiem w moim guście (czyli kolejna okazja do blokady ze strony mózgu, pewne rzeczy za bardzo wbite w czaszkę jeszcze), witam się, przedstawiamy, rozmawiamy chwilę na temat pustego miasta, że się wszycy z reala na facebooka wynieśli i z domu nie sposób ich wyciągnąć, częstują papierosem, ale coś się nie klei, wolą pogadać ze sobą, a mnie coś gasi. Idą do domu.
Też wyłażę, nie będę siedział nad zastygającą herbatą, ale do domu wracać mi się nie chce. Po drodze zaczepia mnie pies ślicznej blondynki, więc naprawdę fajnie się pogadało, przedstawiła się, ale mróz ciął tak, że w swojej cienkiej kurteczce długo by nie wytrzymała (było widać). Dłuższe EC aż psiak upomniał o swój ciepły kąt w domu, więc papa, do następnego. Mogłem wziąć numer, ale ... nie wpadło mi do głowy :/
Do domu nie chce mi się wracać, wszędzie pozamykane a na dworze pizga. Znów odzywa się tęsknota za 2 kółkami, ale w taki mróz na motor.. Właśnie, motor, jest jedno miesce, gdzie motórzysta zawsze czuje się jak u siebie. Po drodze spotykam czworo brytyjczyków szukającycg fajnego pubu, więc biorę ich ze sobą. Wchodzę, idę do tylnej sali, 2 babki siedzą. Excusy won, paszły wy w las. Witam się, zaczyna się wielowątkowa rozmowa, schodzi na motocykle (jakżeby inaczej - siedzimy w końcu w Carpe Diem
), obie żywotnie zainteresowane tematem, zwłaszcza ta, którą mąż namawia na prawko żeby mogła latać jego Kawą. Dosiada się lekko podpity miły gostek, mówi że karaoke się rozpoczyna, to idziemy. Zostaję zapoznany ze znajomymi i nieznajomymi, w szczególności z pewną uroczą panną o rzadkim imieniu B., (moje również nie za częste, to starter sie znalazł). Gramy w piłkarzyki, śpiewamy, dołącza jeszce parę osób w tym uroczy kark, dusza każdego chyba towarzystwa, który przy okazji zwraca mi uwagę, że dla B. nie pozostaję obojętny. Kolejne piosenki, przede wszystki śpiewam z dziewczynami bo chopcy oprócz dwóch stałych bywalców oczywiście mur w gębie jak przychodzi do śpiewania bez dużej porcji zbożowych wspomagaczy. Kolejny mecz, stoję z B. po tej samej stronie stołu, tłuczemy gole równo, wpierw piątka, potem za każdym golem którka magia kina z radości. Muzyczka taka akurat do tupania, więc co mi tam - obtańcowuję jakąś nieśmiałą ze stolika, potem nowe koleżanki, idę w stronę Anglików. Próbuję zmontować mecz Polska-Anglia, ale nic z tego nie wyszło "sorry, we drunk too much", ale przynajmniej trochę jezyka Szekspira poużywam na żywca, przy okazji wypijając kawę, która "can kill yoy, maaan", jak to określił jeden z Brytów. Jeszce kilka meczów, kupa śmiechu przy stoliku, dziewczyny się nie nudzą, nawet jakieś małe kino pod blatem, z ich znajomym też całkiem fajnie się gada. Impreza musi się powoli kończyć, bo z autobusami za chwilę będzie krucho. Rozstajemy się przed drzwiami klubu wielkim zbiorowym "tuli", jak teletubisie, przy okazji zgarniam niewymuszonego cmoka od B. Lecę na autobus, w głowie mała analiza. Pewnie, mogłem zrobić coś więcej, zgarnąć conajmniej dobrego kisiaka już w klubie, albo chociaż na koniec wziąć numer. Ale i tak źle nie wyszło, bo ciągle małymi kroczkami wraca dawny Limba, a żałując już upłyniętego czsu tracimy obecny, więc luz.
Miałem wyjść tylko na chwilę z domu, skończyło się po drugiej w nocy, po prostu pobawić się z ludźmi, czego też sto lat nie czyniłem i mam wyraźne braki. Na drugi raz nie będę się tak szczypał i to jest główny wniosek.
W środę tradycyjne wyjście "na piwo" po wykładach z ludźmi. Jak zwykle trunków nie tykam (nie lubię), ale przynajmniej nie siedziałem jak trusia przy rogu stołu, tylko normalnie po ludzku gadam i co ciekawe, pierwszy raz od lat mnie to bawiło.
Zaraz spadam znów podbijać miasto.
Odpowiedzi
takie podejscie jest jak
czw., 2011-01-06 20:25 — skauttakie podejscie jest jak najbardziej mile widziane. sam tak w koncu robie
a 'zalujac uplynietego czasu, tracimy obecny' - bezcenne.
Limba z jakiego jestes miasta
czw., 2011-01-06 22:51 — AbrakadabraLimba z jakiego jestes miasta bo ten pub carpie diem mi dziwnie znajomy jest?


@Abra Ozdobiony dwoma starymi
pt., 2011-01-07 01:32 — Limba@Abra Ozdobiony dwoma starymi Uralami, szczatkami Harleya pod barem i ze stolikami zrobionymi z replik silnikow V - taki Carpe Diem jest tylko jeden. Jesli ten Ci sie kojarzy, to jestesmy w domu.
hehe ;p chyba jestesmy w domu
pt., 2011-01-07 09:21 — Abrakadabrahehe ;p chyba jestesmy w domu