
Witam wszystkich. To mój pierwszy blog, więc się przedstawię. Mam 18 lat, pochodzę z Poznania, uczę się w liceum. Stronę śledzę od mniej więcej roku. Jestem zwyczajnym nastolatkiem, do PUA'sa mi daleko i nieśpieszno. Długo myślałem co osoba tak młoda jak ja może dać społeczności, postanowiłem podzielić się pewna historia z mojego życia.
Na wstępie od razu powiem że tytuł jest nieco przewrotny, nie będzie traktował o temacie powtarzającym się jak mantra, ale z pewnością zapewni mi sporo wejść. Co prawda będzie to historia o powrocie, a może i nawet powrotach, lecz będą to powroty do siebie samego. Jeśli ktoś nie rozumie to zapraszam do przeczytania.
Nie mogę powiedzieć że miałem trudne dzieciństwo. Mój ojciec pochodzi ze wsi, ale na własną rękę wyrwał się z tamtąd i zdobył wszechstronne wykształcenie, a potem osiadł w dużym mieście. Może i nie śmigałem w markowych ciuchach, ale miałem wszystko czego potrzebowałem. W podstawówce zająłem się sportem na szeroką skalę. Grałem w piłkę i byłem niezły. Na tyle niezły że trafiłem do klubu. Trenowałem narciarstwo. Do tego wszystkiego dochodziło aikido (zdecydowanie odradzam). Każdy dzień miałem zapełniony treningiem. Nie przeszkadzało mi to w ganianiu z kumplami po podwórku do nocy. Jeśli chodzi o naukę to też szło mi bez problemów. Nie byłem grzecznym dzieckiem,ale całą podstawówkę kończyłem ze świadectwami z czerwonym paskiem. Przychodziło mi to bez problemów. W szkole byłem lubiany, miałem swoja paczkę kumpli (o nich będzie później). Miałem nawet dziewczynę - to tak żałosne że aż szkoda o tym mówić
. Żeby nie było, nie staram się tu kreować na cudowne dziecko, jakiegoś swoistego "wonderboya" bo nim nie byłem. Byłem po prostu zadowolonym, chociaż trochę zadzierającym nosa dzieciakiem.
Przyszły wakacje w roku 2008. Po wakacjach szedłem do gimnazjum. Oczywiście dostałem się do tego wcześniej upatrzonego. 1 września - wyjazd na obóz integracyjny. Trafiłem do klasy gdzie na 1 dziewczynę przypadało 8 facetów. Uważam że miałem szczęście ale o tym dalej. Obóz minął, było fajnie. (W tym miejscu warto dodać że od jakiegoś czasu miewałem dni w których byłem strasznie zmęczony, co jakiś czas miałem też chwilowe przeszywające bóle głowy).
W pierwszy weekend września moja matka stwierdziła że coś jest nie tak z moją twarzą
. Z dnia na dzień jej prawa część przestała funkcjonować. Oczywiście zostałem zapakowany w samochód i niezwłocznie zawieziony na oddział neurologii dziecięcej. Tam, chociaż zazwyczaj nie przyjmują w weekendy, za wstawiennictwem pani doktor (swoją drogą przemiłej 27 letniej blondynce, której nigdy nie powiedziałem dziękuję...) od razu wylądowałem w szpitalnym łóżku. Przyczyna paraliżu była nieznana, ale dowiedziałem się że w szpitalu będę gościł około tygodnia. Wiadomo jako dzieciak byłem zaniepokojony, to było zupełnie coś nowego, nie rozklejałem się jednak i pierwsza noc przebiegła pomyślnie. Drugiego dnia zaczęła się moja wędrówka po szpitalnych oddziałach. Zostałem skierowany na rezonans magnetyczny, z podejrzeniem krwiaka lub guza mózgu. Pamiętam że w tamtym czasie moja matka była dużo bardziej spięta niż ja. Badania nic nie wykryły. Zrobili mi rentgen. Nic. zostałem skierowany na dokładne badania krwi, z podejrzeniem że moja doległość jest wywołana przez jakąś toksynę. Znowu nic. Minął upragniony tydzień. Jak można się domyślać, szpitala nie opuściłem, a mój humor się psuł. Mój lekarz nie potrafił znaleźć źródła problemu, jedynie zahamował pogłębianie się wady. W tamtym czasie do mojej sali trafiła 15 letnia dziewczyna, też z jakimś problemem natury nerwowej. Była to ładna, niska brunetka, o smutnym wyrazie twarzy, i równie smutnych oczach. Po 10 dniach w szpitalu byłem w podłym humorze, tak więc nie przyjąłem jej zbyt ciepło. Przez pierwsze 6 godzin nie zamieniliśmy słowa. Ona czytała książkę, ja grałem w coś na laptopie. Jako pierwsza przerwała cisze mówiąc coś w stylu "całe dnie tak napieprzasz w te gierki?"
. Po tym zaczęliśmy rozmawiać, co prawda na tematy jakie uważa się na stronie za oklepane i nudne, ale zawsze. Miała na imię Ania. W pewnym momencie spytała czy mam jakieś filmy. Potwierdziłem, mówiąc że jeśli chce to możemy usiąść w świetlicy i coś obejrzeć. Jej plan był najwyraźniej inny gdyż chwile później wpakowała się pod moją kołdrę. Wybrała komedię romantyczną "Jestem na tak". Włączyłem film, a ona się do mnie przytuliła. Nie wiedziałem co robić, siedziałem jak na szpilkach, zbierałem się na to chyba 10 minut i jak na dzieciaka przystało, trzęsącą się ręką i srając po gaciach objąłem ją w talii. To chyba wystarczyło, chwilę później zaliczyłem pierwsze KC w życiu (Nie pytajcie jak to jest kiedy działa tylko lewa połowa ust, sam nie wiem
). Filmu nie pamiętam. Potem z wizytami przyszli rodzice i był to pierwszy dzień kiedy chciałem by wyszli jak najszybciej. W nocy całowaliśmy się jeszcze raz. Kiedy obudziłem się się rano, dowiedziałem się że Ania została już wypisana, może i chciała sobie w ten sposób urozmaicić pobyt w szpitalu. Nie byłem z tego zbyt zadowolony. Ale wracając do głównego tematu. Wtedy znowu pojawiła się wyżej wymieniona pani doktor, wysyłając mnie na jeszcze inne badania krwi. Jej hipoteza okazała się strzałem w dziesiątkę. Dostałem diagnozę. Borelioza. Jeśli ktoś nie wie co to niech sobie sprawdzi. Wydawało się to dobrą nowiną, w końcu to lepsze niż guz albo krwiak. Zaczęło się leczenie, moja twarz odzyskiwała sprawność. Minął kolejny już tydzień. Przez 3 tygodnie nie odwiedził mnie żaden kumpel, stawałem się coraz bardziej zły i opryskliwy. Byłem w chuj nieuprzejmy, i dla rodziców, i dla pielęgniarek, i dla lekarki. Żeby poznać skalę problemu, niezbędnym stało się zrobienie punkcji lędźwiowej. Po pobraniu płynu, kazano mi isć i na 3 godziny położyć się płasko na plecach. Ale ja byłem młody, gniewny i jak się okazało głupi. Zignorowałem zalecenie. Zaczęło się piekło, ponad tydzień spazmatycznego bólu głowy, nie byłem w stanie zrobić nic, nic nie jadłem, a nawet jeśli mi się udało to natychmiast następowały wymioty. Ten czas pamiętam jak przez mgłę. Największym ukojeniem był sen. W tym czasie strasznie wychudłem. Minął już ponad miesiąc. Kiedy zrobiło mi się lepiej, nadal dostawałem leki. Kiedy próbowałem wstać, dostawałem odruchu wymiotnego i kręciło mi się w głowie, postanowiłem więc leżeć. Mój gniew, a raczej bezsilność, bo jak nikt nie widział często płakałem, się pogłębiał. Każdy dzień był chujowy. Co chwile słyszałem "jeszcze tydzień i do domu" to miało polepszyć mi humor, ale w ostatecznym rozrachunku psuło go jeszcze bardziej. Po 1,5 miesiąca coś we mnie pękło. Przyszedł dzień który pamiętam do dzisiaj. Obudziłem się rano i po prostu czułem że nie mam siły się podnieść. I nie chodziło tu o aspekt fizyczny. Ja po prostu nie miałem na to ochoty, nie miałem ochoty by jeść, nie miałem ochoty by zająć czymkolwiek czas, nie chciało mi się nawet iść do toalety, po prostu całkowicie straciłem wolę działania. To był moment największego załamania. Wylał się ze mnie żal, rozpłakałem się. Płakałem bo twierdziłem że niczym sobie nie zasłużyłem na pobyt tutaj, płakałem bo moi zajebiści, najlepsi kumple, z którymi kopałem gałę od kiedy pamiętam totalnie mnie olali. Może i byłem dzieciakiem ale zajebiście mnie to dotknęło. Płakałem, ale było mi coraz mniej smutno, za to znowu byłem coraz bardziej wkurwiony. To już nie był ten sam gniew. Byłem tak wkurwiony że w pewnym momencie przyrzekłem sobie że choćby nie wiem co nie znajdę się więcej w takim stanie. Powiedziałem sobie że "to jeszcze nie koniec". To jest gniew który mam w sobie do dzisiaj. Tydzień później mnie wypisali... miałem 175 cm i ważyłem 45 kg. Te 2 miesiące zmieniły mnie z dosyć wysportowanego, szczęśliwego dzieciaka - w wychudzonego, zapadłego, ponurego i tragicznie nieprzychylnego otoczeniu chłopaka.
Po krótkiej rehabilitacji wróciłem do Gimnazjum. Do gimnazjum w którym po 2 miesiącach "nauki" nie znałem nikogo. Byłem nowy, i byłem traktowany jak cień. To był chyba okres największej apatii w moim życiu. Nie miałem kumpli, gniłem w domu, ojciec próbował przekonywać mnie żebym coś ze sobą zrobił, próbował namówić mnie na wznowienie treningów, ale ja nie słuchałem, nie było we mnie radości, po prostu . Dnie mijały mi na graniu na kompie. Kumpli miałem na serwerze CS'a. W szkole byłem cholernie zakompleksiony, dodatkowo roztaczałem wokół siebie aurę gniewu, który skutecznie odstraszał ludzi.
Przełom nastąpił po kolejnych 2 miesiącach, na lekcji angielskiego. (Byłem świeżo po wizycie u fryzjera, który obciął mnie dość nieudolnie i uwypuklił moje nieco odstające uszy). Od siedzącego za mną gościa usłyszałem lekki pocisk "że tymi uszami to chyba możesz radio odbierać". Nie wiem czemu ale wtedy naprawdę mnie to rozśmieszyło. Odciąłem się mu humorystycznie i bez gniewu, to był pierwszy dzień kiedy rozmawiałem z kumplami z klasy. Dosyć szubko wkręciłem się w nowe towarzystwo. Trafiłem na naprawdę zajebistych ludzi. A koleś który dociął mi na początku, jest teraz moim najlepszym kumplem. Kiedy zacząłem spotykać się z ludźmi, postanowiłem coś zmienić. Wtedy własnie postanowiłem wrócić do mojej dawnej formy. Co prawda nie wróciłem do klubowej gry w piłkę, ani do treningów narciarstwa. Ale zacząłem się ruszać. Zacząłem obracać się w towarzystwie. Częściej się śmiałem. Jak się chce to można i napierdalać na kompie z kumplami w tym tez nie ma nic złego. Z dnia na dzień czułem się szczęśliwszy, bardziej wartościowy no a co za tym idzie i pewniejszy siebie. Wyżej pisałem że wylądowałem w typowo męskiej klasie, i że uważam to za szczęśliwy zbieg okoliczności. Na początku miałem wielkie obawy, że klasa będzie areną gladiatorów, na której będę regularnie gnojony. Wiadomo, z czasem mi przeszło. Nieobecność dziewczyn niejako zmuszała nas do poznawania innych klas. Dzięki temu przywykłem do kontaktu z kobietami. Zaczęły się pierwsze imprezy, pierwszy alkohol, fajki, no i pierwsze dziewczyny. Nie miałem problemów z podrywem, posunę się dalej mówiąc że na tle kumpli byłem w tym naprawdę dobry. Na każdej imprezie jakąś podrywałem, dochodziło już do takiego absurdu że mój kumpel zakładał się z ludźmi i nieźle na tym wychodził. W wieku 15 lat straciłem dziewictwo. Na imprezie i lekko podpity. Brzmi jak totalna degeneracja i się z tym zgodzę, to nie jest najlepszy sposób. Dosyć już chwalenia się, nie miałem pojęcia o technikach, nlsie, byłem po prostu pewny siebie, bo odbudowałem się po przejściach.
W 3 klasie gimnazjum znalazłem sobie pierwszą poważną dziewczynę. Było cudowanie, zauroczyłem się i chciałem mojej pannie uchylić nieba .Seksu nie było i jak można się domyślać po 4 miesiącach (już w liceum)dostałem kopa w dupę, dowiadując się przy tym że jestem frajerem i ona nie potrzebuje faceta. Zabolało, znowu wpadłem w ponury nastrój, użalałem się. Wtedy też wróciło uczucie gniewu, tego samego wkurwienia które pchnęło mnie niegdyś do działania i znowu powiedziałem sobie "to jeszcze nie koniec". I zrobiłem dokładnie to samo co kiedyś, zacząłem się bawić, wyjścia ze znajomymi, postanowiłem że będę grał w tenisa. O dziewczynie praktycznie zapomniałem, a 6 miesięcy później wylądowałem z nią w łóżku.
Przykład z byłą dziewczyną nie był konieczny, ale jest podany celowo na potrzeby tej strony. Pomiędzy przypadkami widać pewną analogię, która jest według mnie istotą tego tematu. Mianowicie ten wpis jest o sile powrotu. Ale nie powrotu do swojej niuni, ani tym bardziej powrotu do domu. Jest o powrocie z dołka. Czy to wywołanego tym że zostaliśmy porzuceni, wystawieni przez znajomych, oszukani, czy może straciliśmy coś dla nas cennego lub znaleźliśmy się zwyczajnie w trudnej sytuacji, przyczyna jest nieważna. Ważne jest że z każdym takim powrotem, jesteśmy silniejsi i bogatsi o bagaż doświadczeń. Ważne jest by uświadomić sobie, że tak na prawdę cała idea nie opiera się na powrocie do byłej, ale na powrocie do siebie samego.
Odpowiedzi
Fajnie się czyta Pozdrawiam
pon., 2013-11-04 23:15 — karol8990Fajnie się czyta
Pozdrawiam Poznaniaka 
Fajny i mądry blog mimo
wt., 2013-11-05 14:22 — kml700Fajny i mądry blog mimo twojego wieku .
Powodzenie w dalszych powrotach .
Przeczytałem całe, i na
wt., 2013-11-05 16:53 — SeBluePrzeczytałem całe, i na prawde z czystym sercem moge powiedzieć: Bardzo ciekawy blog.
Fajnie opisałeś to
pt., 2013-11-08 00:20 — El SementalFajnie opisałeś to wychodzenie z dołka. Moim zdaniem w życiu człowieka nieodzowne są te właśnie dołki. Kryzys jest najlepszym momentem do zmian, pobudza kreatywność, pozwala odbić się od dna. To są frazesy, ale każdy, kto z takich dołków się wydobywał przyzna rację, że wzmocniły one jego charakter i sprawiły, że jest innym człowiekiem.