
Popierdolę tutaj o wszystkim i o niczym mając jednak do tego określoną kozerę.
A no po to by wysypać szufladki z głowy i je uporządkować - mieć je pod ręką w każdym miejscu na ziemi - notatniki i dzienniki zaczynają mi ciążyć w ciągłych podróżach - i po to by choćby jedna osoba wyciągnęła choćby jedno zdanie dla siebie. To już będzie dla mnie małym sukcesem, i po to również, by ktoś mógł mnie wypunktować jak w boksie, jeśli tylko zobaczy gdzieś lukę w mojej gardzie, czego wręcz oczekuję. Zapraszam do polemiki, komentarzy.
Kolejność nie ma znaczenia, podpunkty tworzą całość.
1. Chajs i rzeczy materialne
Pieniądz jest ważny w życiu, to środek dzięki któremu mogę żyć. Ode mnie tylko zależy ile ich, jest tak naprawdę potrzebne. Ostatnio uznałem że jednak są, że chcę ich, że są ważne bo to fundament istnienia - nawet najskromniejszego i będę je szanował a przed wydaniem każdej złotówki z 3 razy się zastanowię - to droga do tego by się wzbogacać. Bo jeśli powiem sobie, że pieniądze nie są mi potrzebne to ich mieć nie będę bo nie będę miał celu ich zdobycia ani zbierania.
Rzeczy które posiadam - bywał czas kiedy miałem mnóstwo rzeczy fajnych i fajniejszych, zawsze jednak dochodziłem do wniosku że posiadanie ich stwarza zagrożenie. Im więcej rzeczy miałem - tym bardziej one posiadały mnie niż odwrotnie. Zaczynałem się o nie bać, troszczyć, wchłaniały mój czas, moje myśli i pieniądze. Doszedłem do wniosku że to one mają być dla mnie! a nie ja dla nich...
Takim oto sposobem poznałem pojęcie minimalizmu. Zacząłem się regularnie pozbywać rzeczy mało przydatnych:
-takich które FAJNIE jest mieć
-takich dzięki którym ktoś inny mnie polubi
-takich mi zupełnie mi do życia nie przydatnych poza przypodobaniem się innym
-takich o których się myśli w ten sposób: "oooo a ja mam too i tamtooo"
i skierowałem się ku minimalizmowi - mieć tylko to co mi się naprawdę w życiu przyda.
Kiedyś lubiłem kolekcjonować rzeczy które zrobią na kimś wrażenie, równocześnie nie będąc mi bardzo przydatne lub w skrajnych przypadkach - kupywając wyłącznie z próżności - w ogóle nie potrzebnych.
Totalnym przeciwieństwem są dla mnie książki, zbieram i czytam je dla siebie, a co kto mi o mojej biblioteczce powie to mi to już totalnie zwisa - nie potrzebuję żeby ktokolwiek z zewnątrz to lubił prócz mnie.
Pozbyłem się za to stosu różnych rzeczy które aż tak nie są mi potrzebne a ich głównym zadaniem było wzbudzanie czyjegoś podziwu - np. stosu oryginalnych gier, płyt muzycznych i filmów. Po co mi to? Tylko trzeba je bezustannie odkurzać. Więc się ich pozbyłem.
-A także innych: nadwyżki gitar, motocykli, sygnałówki myśliwskiej, harmonijek, pianina (zostało elektryczne - do nauki wystarczy) drogich ciuchów (przechodziłem je aż stały się roboczymi), nadwyżki komputerów, konsoli do gier, telewizora (sprzedawce iluzji i złodzieja czasu) i masę innych rzeczy, które nie mają dla mnie większej wartości rozdałem, sprzedałem lub wyjebałem na strych.
Utożsamianie się z wartościowymi rzeczami które posiadam, jest zatraceniem swojego prawdziwego ja, jest to bardzo zgubne.
AUTO - to nie ja! (Auto ma mi służyć do w miarę taniego przemieszczania się z lekkim komfortem, "samolotu" nie potrzebuje. Głupotą jest wydawać 20 000 zł na wóz jeśli taki za max 5 000 w zupełności wystarcza - a jak ludzie powiedzą - "przecież stać Ciebie na lepszy!" albo "Ty zoba, dziany a jakim gruchotem jeździ", albo "ale szrot!". No i co mnie to? Niech sobie myślą co chcą. Mi to w zupełności wystarcza a ile zaoszczędzić można
.
Chata - to nie ja! (wystarczy skromna i "Ciepła", pełna życia w środku, marzę o małym skromnym drewnianym domku na małej posesji. A nie o wielkiej chacie na którą trzeba "zapierdalać" i tracić czas życia który można poświęcić na ciekawsze rzeczy.)
Posesja - to nie ja! (Trawniki, oczka wodne, parkingi, pole golfowe - NA CHUJ MNIE TO? To dla mnie czy dla podziwu tych co do mnie przyjeżdżają?)
Tatuaż - to nie ja! (Tak, marzyłem o zajebiastym tatuażu... stwierdzam po czasie że mi nie potrzebny taki co by ludziom gały z oczodołu wypadały. A zwykły napis pchający mnie do przodu - jeszcze się zastanawiam jaki. I żebym nawet ptrzeby nie miał chwalenia się nim).
Grubość portfela - to nie ja! (kasę zbieram dla siebie a nie po to by pokazać innym że ją mam, przyda się na pasje, przyjemności, wyjazdy, inwestycje w siebie, w handel, we własną działalność, na przyszłą rodzinę, na naukę dla dzieci, tak aby nie żyć od wypłaty do wypłaty a ze spokojem co noc zasypiać że nawet jakby jakiś meteoryt pierdolnął to mam zapasy na szybszy nowy start.
Dorzucę do tego muskulaturę - refleksja złapała mnie w ostatni weekend na plaży. Oglądałem innych ludzi, większych - mniejszych, tudzież siebie. I zastanowiłem się dla kogo ja do chuja pana ćwiczę i rzeźbię z siebie żelbetonowego klocka? Czy potrzebne mi są wielkie muły? Czy przypadkiem nie pakuję by pokazać innym żem GOŚĆ? By się wciaż wyprzedzać ile podnoszę na klatę i jakie wielkie mam Bajcepsy i łechtać tym próżną część swojego ego? Hmmm...
Nie lubię być opasły i "miękki", chcę być FIT, lekko wyrzeźbiony z widocznymi mięśniami, nie trzeba mi się porównywać z innymi co są więksi lub mniejsi. Bo takim myśleniem dojdę do takiego myślenia widząc inne osoby.
"o ale chuderlak - HAHA!"
"O kurwa, ale wielki : ((((((( "
To jest zgubne. Ćwiczę dla siebie, nie dla nich, a to jak oni chcą wyglądać to już ich sprawa, przypodobania i potrzeba.
A co do mięśni i lasek
- widziałem chucherkowych facetówi grubszych gości którzy są w związkach i są z dziewczynami lepszymi i gorszymi. Musklukatura to tylko dodatek, kobiety za nią ze mną nie będą - a ze względu na mój charakter.
Zauważyłem że wiele, wiele ludzi, łączy szczęście z tym co posiadają. Są zależni od tego co mają. Myślą sobie:
-Jak zdobędę tą dziewczynę - wreszcie będę szczęśliwy
-Zdobędę milion złotych - będę happy
-Jak kupię TO ... Kupię tamto... to WRESZCIE będę szczęśliwy!
TO tak nie działa, to złudzenie - w dodatku krótkotrwałe i uzależniające. Które jest wciskane między innymi przez innych ludzi, telewizję, nasz mózg i oczywiście reklamy - uśmiechnięty aktor i produkt firmy.
Właściciel Rolexa i przedstawione aktorki podziwiające jego "klasę". Uśmiechnięci ludzie jeżdżący Porshe, z cieszącą się michą do porzygu aktorzy wpierdalający jakąś tam margarynę albo pijący piwko firmy X na łonie natury czy w barze. To wchodzi w banię nawet jeśli o tym wiem, że to manipulacja. Dlatego telewizji unikam.
Szczęścia się nie goni - szczęście się odnajduje w sobie - a następnie pielęgnuje i rozwija przez resztę życia. Nie będę szczęśliwy przez te wszystki RZECZY. A żeby dojść do szczęścia osobistego z samego siebie muszę być egoistą i myślę przede wszystkim o sobie - ale o tym opowiem w następnym dziale jakim będzie INNER GAME.
Otaczam się wieloma materialistami, ponieważ z nimi pracuje, ponieważ wielu jest takich w mojej rodzinie bliższej i dalszej. Bardzo często słychać lub "czuć" jak się wyprzedzają tudzież chwalą który co ma i który co sobie niedługo kupi.
"A bo jaaaa sobie zaraz znowu beemkę wymienie"
"jaaaaaa sobie kupiłem nową działeczkę"
"bo jaaaa kupię zaraz Amerykana V8 i wtedy dopiero się będę woził."
"Bo jaaaa kupuję zawsze tylko NOWE samochody"
"A jaaaaaa kupiłem Mercedesa za 50 patoli"
No i chuj? 
Ci ludzie wypowiadając te słowa chcą aprobaty. I za to mam ich bardziej szanować, lubić itp. itd? Nie ma takiej opcji. Niektórym ludziom, moim zdaniem priorytety się pojebały. Myślę że się pogubili, zapomnieli czego naprawdę chcą od życia i co jest w nim ważne - więc zdobywają to co ma wartość według innych, aż się teraz zastanowiłem czy to pieniądze zgubiły tych ludzi czy też byli już pogubieni gdy zaczęli biec za pieniędzmi. Bo jak wiadomo - jeśli człowiek nie posiada własnej wizji to będzie spełniał cudzą.
Lubię tych ludzi za to kim są, jak się zachowują - ich pozycja materialna nie ma dla mnie znaczenia.
Zbijam tematy materialne mające na celu chwalenie się. Co innego jak zarobić pieniądze, jak je obrócić i czego się wystrzegać, o tym mogę rozmawiać bo to mi się przyda i jest rozwijające. Pieniądz to jeden z filarów życia, ale robienie z niego priorytetów powoduje zatracenie osobowości, tudzież zaprzedanie duszy.
"I znowu człowiek wydaje pieniądze, których nie ma, na rzeczy, których nie potrzebuje, by imponować ludziom, których nie lubi." ~Danny Kaye
To bardzo mądre zdanie, kto oglądał Fight Club ten zrozumie, choć tam jest aż zbyt skrajnie to przedstawione.
Prawdziwi ludzie warci mojego czasu nie będą uznawali mojej pozycji materialnej jako tej najważniejszej, nigdy przenigdy. Oni docenią kim jestem lub postarają się tego dowiedzieć (tudzież poznać mnie, jeśli tylko im nie dam powodów do tego, by ich do tego zniechęcić).
Ostatnio zakupiłem ciekawy samochód, ustanowiłem sobie z początku zasadę, że to tylko wygodne żelazo do przemieszczania się. Nic więcej. A jednak - jak mi ludzie zaczęli słodzić to w głowie zaczęła mi kiełkować iluzja. Ot taka:
"Ludzie będą Ciebie określać po stanie materialnym, po tym co masz, to bardzo ważne by mieć drogie rzeczy! Mam fajne auto dlatego ludzie mnie lubią! No! Niech spojrzą jaka fura! - A ja powiem, że to moja i będę się opalał w blasku zajebistości mego samochodu!"
Co za bujda, a takie coś u mnie rosło od jakiegoś czasu. Ludzie warci mojej uwagi to tacy którzy zwracają uwagę na to kim jestem, jaki mam stosunek zarówno do życia jak i do innych a także co potrafię - a nie co posiadam. Bylebym nie śmierdział, był ubrany schludnie, miał na wikt i opierunek a również był ciekawym, interesującym, pracowitym, mądrym i inspirującym człowiekiem. Sam takich ludzi szukam i takich prawdziwie szanuję.
Rozmawiałem z wieloma ludźmi, udało mi się pogadać z trzema milionerami, rozmawiałem z niezliczonymi biedakami, mam biednych, średnich i bogatych kumpli. Ale nie oceniam ich po grubości portfela, nie-e. Nie ja. Bardziej po tym kim są. Jeden znajomy nie ma za bardzo grosza przy duszy, ale go bardzo lubię, gość jest życiowy, da się z nim pogadać, wyjść na piwo, zdziałać pozytywne rzeczy, popierdolić o tym i o tamtym a także czasem zahaczyć o głębsze tematy - to nie jest ideał - ale go lubię, chłopak ma cohones. Naprawdę gościa szanuję i nie odrzuca mnie fakt że czasami chodzi brudny, że ma brudno pod paznokciami i nigdy przenigdy nie wstydziłem się z nim gdziekolwiek wyjść do ludzi. TO MÓJ KUMPEL, nie ja. I nie obchodzi mnie co ludzie o mnie pomyślą że się z nim zadaje. To z tymi ludźmi coś jest nie ten teges jak pomyślą "ja pierdole, ale brudas". Nie z nim.
A co do tej trójki bogatych - trafiłem na skromnych ludzi, z ludzkim podejściem, to nie są "szybcy dorobkiewiczowie" - ciężką pracą obkupili swoje bogactwo, rozmowa była przyjemna, wypytywali np. o szkołę, studia, jak tam leci, gadaliśmy o zainteresowaniach, sytuacjach i życiu.
Kiedyś starszemu lepiej się powodziło.
Zachciało mu się jechać na rajd 4x4 to kupił Mercedesa G. Pojechałem z nim jako pilot. BYŁO PRZEZAJEBIŚCIE, bo taki był cel. Byłem pilotem, on kierowcą. Byłem happy!?
Pewnie że tak. Ale wtedy dominowało we mnie myślenie "mamy niezły samochód, lepszy od innych!" zamiast "jedziemy na Raaaaaaaaajd!"
I co się stało jak Gelendę sprzedał bo czas na inną zachciankę?
- : ((((((((((((((((( nie ma gelendy : (((((((((( "(nie ma źródła iluzji radości)"
Te źródło zawsze było ze mną - tylko o tym nie wiedziałem więc szukałem go na zewnątrz. W rzeczach odwzwierciedlających majątek lub - dziewczynach.
W końcu zrozumiałem, że tym źródłem jestem "JA" a opowiem o tym w INNER GAME.
Rzeczy materialne to rzeczy ulotne - z jednym wyjątkiem, jeśli chce się te bogactwo przekazać dalszemu potomstwu lub społeczeństwu. Wtedy ono będzie krążyło w obiegu.
Nieskromnie powiem, że w moim domu rodzinnym zawsze były pieniądze, na zachcianki na to i na tamto. Ale one zakryły to co jest naprawdę ważne w życiu rodzinnym. Choćby taka "bliskość" której się od rodziców niestety nie nauczyłem jak również umiejętności tworzenia zdrowych emocjonalnych więzi między ludźmi i prowadzenia konstruktywnej rozmowy i komunikacji. Nieee u mnie zazwyczaj było obrzucanie się łajnem, gównem, błotem, manipulacja emocjonalna i co tam jeszcze. Emocjonalnie byłem w rozsypce - tyle że wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Starszego w domu prawie nie było, później alkoholem się bardzo oboje raczyli. Oczywiście jak to w życiu - raz lepiej, raz gorzej, ciągła zmiana. Libacje alkoholowe, kłótnie i nieco toksyczna atmosfera w domu (widziałem gorsze u innych) doprowadziły u mnie do jednego bardzo ważnego wniosku:
-Przyrzekłem sobie w wieku nastoletnim, że stanę się niezależnym od rodziców tak szybko jak tylko to jest możliwe - zarówno finansowo, emocjonalnie, ideologicznie (know-how o życiu) i zaradnie.
Ale starszy między innymi prócz złych rzeczy, pokazał mi swoim przykładem jak żyć by przeżyć i jak sobie radzić w kryzysowych sytuacjach, kilka razy mnie wsparł i kilka razy zgnębił. Generalnie - to i tak jestem na plus. Przynajmniej tak to postrzegam, bo jak inaczej? Staram się od pół roku szukać pozytywów a nie negatywów. Np. choćby to, że mam obojga rodziców, gdzie złożyć głowę i co jeść - dlaczego miałbym być nieszczęśliwy z tego powodu? Są tacy co żebrzą, nie mają nóg, żyją w kraju 3 świata. Ja naprawdę nie mam na co narzekać.
Podsumowując ten rozdział - jeśli potrzebuję hajsu i RZECZY do wzbudzenia zainteresowania sobą wśród innych ludzi - oznacza to, że sam nie jestem interesujący.
Ups - offtop od kasy się robi więc przejdźmy do następnej kwestii jaką jest...
2. INNER GAME - czyli w skrócie postrzeganie rzeczywistości i swojego ja.
Ostatnie zdania z podpunktu o kasie - o docenianiu tego co się ma , chyba od Gandhiego wziąłem. Nie pamiętam już skąd mam połowę swoich myśli, przyjąłem je, uznałem za pasujące mi i tak już zostały porzucając imię autora i spajając się z moim jestestwem tworząc całość, którą wciąż modeluje, by mi nic się nie "gryzło" w środku, by zachować spójność i konsekwencje, dodając w między czasie nowe trybiki - ulepszając maszynę którą jestem JA.
Niektórzy nie lubią się uczyć, ja robię to chętnie, a dziwnym trafem większość czego się nauczę po czasie się przydaje - w rozciągłości od następnego dnia do po 10 latach latach. Bywa różnie ale końcowy skutek z nauki jest zawsze ten sam: Że potrafię coś zrobić / opisać / rozwiązać problem, czuję wtedy zadowolenie dzięki wysiłkowi nauki. I to mnie napędza do dalszego uczenia się.
Nie uważam się za lepszego ani gorszego od innych z racji sytuacji materialnej czy też inteligencji. Jak widzę takich ludzi to w głowie mam dwie możliwości - mogę go czegoś nauczyć / coś mu pokazać. Albo mogę się czegoś nauczyć od niego. Wyrzuciłem w głowie myśl - Ten jest LEPSZY ode mnie a inny jest gorszy ode mnie i zastąpiłem ją różnicą umiejętności a nie tożsamości.
Próbowanie w życiu wszystkiego - po to jest moje życie, to rozszerza rozeznanie i poznanie rzeczywistości a również dowiedzenia się co lubię a czego definitywnie nie.
Skąd miałbym wiedzieć że Wędkarstwo mnie nie pociągnie nie próbując go? Że brudzenie się w smarze po łokcie w warsztacie z żelastwami jest takie przyjemne? Że białe wciągane nosem mnie nie rajcuje? Że trawka - owszem, spoko, lecz raz kiedyś? Że heroina tak odurza? Że tańczenie jest takie przyjemne zamiast podpierać ściany i mówić "JA NIE POTRAFIĘ!". Że Turcy to spoko ludzie? Że niemcy to nie hitlerowcy? Że przespanie się z kolejną panną to nic złego? Że rodzaj wykonywanej pracy nie określa człowieka? I wiele wiele wiele innych.
"Próbuj bardzo różnych rzeczy, stylów bycia, rodzajów relacji z najprzeróżniejszymi ludźmi, ewentualnie zawodów i sposobów zarabiania na siebie." ~Nie pamiętam autora.
EGOIZM - "Stań się niesamowitym egoistą - aby stać się prawdziwie hojnym" - Eban Pagan.
Byłem skrajnym egoistą bardzo długo, szedłem do celu po trupach, wygrywając z innymi i chełpiąc się z wygranych. Dymałem ludzi, kłamałem, manipulowałem. Aż w końcu zostałem sam
I co z tego że miałem coś więcej niż oni skoro już nikogo przy mnie nie było? A no - i tutaj jest punkt kulminacyjny - doszedłem do wniosku, że ludzie są mi potrzebni, żę lubię ich towarzystwo. Więc zacząłem im pomagać, wygrywać dla siebie ze swoimi słabościami zamiast wygrywać z innymi ludźmi. Zacząłem im pomagać bo NAPRAWDĘ CHCĘ (zamiast "bo trzeba", "bo co ludzie powiedzą") Zacząłem ich wspierać jednocześnie nie wyrzekając się siebie. "JA" jest na pierwszym miejscu, lecz tuż za nim są ludzie. Prawdziwi liderzy tworzą zespoły ludzi i potrafią tą grupę prowadzić zamiast być kilometr przed nimi. Prawdziwy lider pomaga grupie w kryzysowych sytuacjach zamiast spierdalać ratując własną dupę. Grupa, zespół, czy rodzina poradzi sobie w sielankowej sytuacji - lider jest potrzebny w tych trudnych. W początkowej fazie skrajnego egoizmu jak coś się zaczynało psuć w towarzystwie w którym przebywałem to uciekałem myśląc wyłącznie o sobie. Później byłem w tym towarzystwie i starałem się z nimi być w tym kryzysie a na samym końcu wiedziałem jak z jakiegoś problemu wyjść mając odpowiednie doświadczenie i pociągałem ich do góry - oczywiście wolniej niż sam bym szedł, ale to wciąż droga do przodu w a dodatku nie samotna.
Pomaganie innym - dlaczego ja mam to robić?
-Inwestycja w ludzi (kiedyś się może zwróci)
-Wewnętrzna potrzeba pomocy innym
-Reguła rozwoju społeczeństwa (ostatnio to rozkminiłem - Jak cywilizacja się rozwija? Dzięki spuściźnie poprzednich pokoleń i ludzi mądrzejszych którzy dzielą się wiedzą (np. Admin Gracjan) - dlatego ja też będę się dzielił większością swojej). Tak MUSI być, by inni się rozwijali i osiągali więcej. Uważam, że zasobów jest wystarczająco - trzeba jedynie umieć po nie sięgać i mieć determinację - więc nikt mi nie zabierze tego co ja chcę jeśli będę odpowiednio potrafił to zrobić. Takim wnioskiem nie stracę na pomocy innym w kwestii materialnej, duchowej, czy dzieleniu się wiedzą. Jedziemy na tym samym wózku.)
Perspektywa patrzenia - to bardzo ważne. Każdy widzi świat inaczej i żyje w różnych własnych "rzeczywistościach". Ja mogę go postrzegać jak mi się żywnie podoba - ale chcę by to było skuteczne i jak najbardziej obiektywne. Opowiem jedną z takich przykrych dla mnie sytuacji która miała miejsce 3 lata temu - zmiana perspektywy patrzenia na nią bardzo mi pomogło szybciej ją naprawić.
Kiedyś ojciec sprowadził dwa poleasingowe auta z niemiec na zamówienie pewnego ukraińca. Koleś po nie przyjechał, chciał je wyexportować do swojego kraju i zaproponował by jednym z nich na ukrainę jechał tata, mu się nie chciało, więc pojechałem ja - w zamian za dobry zarobek jak na dobę w drodze. Doprowadziłem autem do wypadku na autostradzie, o mało się nie zabiłem. Na szczęście opanowałem auto - za młodu podkradałem auto rodzicom by sobie poszaleć po wiejskich duktach co się teraz opłaciło. Achh... te wiraże i wchodzenie w zakręt na ręcznym... - dało się nim jechać jednak było nieźle obite. Na szczęście klient ojca był spoko, rzekł jedynie, że części na ukrainie są droższe, naprawa będzie droższa niż w polsce, dogadamy się z ojcem, póki co się nie przejmuj, wskakuj za kółko i jedziemy dalej. W drodze powrotnej pociągiem miałem czarne myśli "KUUUUUURWA ale zjebałem! Jak ja teraz się wyciągnę z tego długu? Jestem beznadziejny... Mam nadzieję że tata za mnie to opłaci. Przecież nie mam grosza przy duszy! Jestem bezrobotny na chwilę obecną, tuż po szkole a już mam minus w postaci około 10 kafli na karku. Mój świat się zawalił..."
Myślałem, że się załamie. Zdałem sobie sprawę po rozmowie z sobą, że takie myślenie mnie dobije, wziąłem na klatę koszta tej wyprawy.
"Okej - następnym razem mam mieć cel "dojechania" samochodem a nie "jechania". Oddam kasę, jakoś ją skądś wyrucham. Dam radę. Jestem odpowiedzialnym człowiekiem, muszę za swoje błędy bekać. Życie trwa nadal, naprawię to co zrobiłem i pójdę dalej."
Nie narzekałem na nikogo prócz siebie, że tak się stało. Choć niektórzy wytykali mojemu ojcu że pozwolił mi prowadzić samochód zamiast samemu pojechać. To nie jego wina, ja się zgodziłem więc ja ponoszę konsekwencję swoich działań. Dzięki temu doświadczeniu jestem mądrzejszy.
Niedługo po tym pracowałem w Berlinie - kasę oddałem w 4 miechy i zostało mi jeszcze na kupno skromnego samochodu dla siebie. Przez cały ten okres wciąż starałem się szukać pozytywów mimo negatywów całej sytuacji. Dlatego tak ważna jest perspektywa patrzenia bo przecież mógłbym powiedzieć- "Ja pierdole, ale to życie jest pojebane, beznadziejne i do dupy. Stary to matoł że sam nie pojechał" - Tylko przez chwilę tak pomyślałem. Nie było złem, że pojechałem. Błędem było, że nie uważałem na drodze i o mało się nie zabiłem.
Moje błędy w relacjach z innymi ludźmi - popełniłem ich wiele. Raniłem ich na przeróżne sposoby. Bardzo to sobie później zarzucałem. Doszedłem do wniosku że inaczej bym się zdrowszych relacji nie nauczył jak przez złe działania. Dzięki nim zdobyłem doświadczenie i potrafię tworzyć zdrowsze interakcje z ludźmi. Podstawowym narzędziem jest szczerość ze samym sobą i akceptacja swoich zalet i wad - bo jak będę odrzucał że jestem idiotą to nie będę widział że nim jestem i nie będę miał co naprawiać - bo przecież nie jestem idiotą
. Nie będę ich za te złe rzeczy które uczyniłem przepraszać. To moja nauka życia, i uważam że każdy tak się uczy - wyciągając wnioski z porażek. Porażki są potrzebne by zdobyć doświadczenie które przydaje się w osiąganiu sukcesu. Już się nie boję mylić czy robić błędów - za każdym jednak razem staram się wyciągać wnioski jak je następnym razem naprawić.
Motywacja, chęć do życia i cel w życiu - mam określoną liczbę godzin na tym świecie nim obrócę się w proch. Trzeba działać bo życie spierdala. Czas nigdy nie zawraca a jedyne czego można żałować to brak odwagi by sięgnąć po to co się chce. Nie wierzę w życie pośmiertne - Spróbowałem różnych wyznań - Katolicyzmu, Świadków Jehowy, Zielonoświątkowców - (Ci byli ciekawi, śpiewali przy gitarce i cieszyli się z życia, na końcu pastor przemawiał życiowym tekstem z biblii). Zastanawiałem się nawet nad przejściem na Islam. Do rzeczy - ludzi co chcą żyć wiecznie uważam za chciwych. Trzeba brać to co życie daje i sięgać po to co się od niego jeszcze chce. To jest prawdziwy smak życia. I zawsze sobie przypominam że ono się kiedyś skończy. Ja i moja świadomość przestaną istnieć. Zdobędę to co będę chciał na tym świecie, będę tym kim chcę nim umrę i odejdę na zawsze. Droga do celów jest szczęściem.
Egoizm nakreśla cel w życiu, jeżeli nie myślę za siebie to inni ludzie zaczną myśleć za mnie - a wtedy zacznę żyć ich wizją życia. Nie dopuszczę do tego. Jeżeli nie będę miał własnej wizji życia to będę spełniał cudzą.
Czytałem pewien eksperyment - pytali ludzi w szpitalu którzy niebawem mieli zejść czego żałują najbardziej w życiu: Najczęściej powtarzane to te:
1. Żałuję, że nie miałem więcej odwagi żyć życiem prawdziwym dla mnie, a nie życiem, którego oczekiwali ode mnie inni.
2. Żałuję, że pracowałem tak ciężko.
3. Żałuję, że nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć.
4. Żałuję, że nie pozostawałem w kontakcie ze swoimi przyjaciółmi.
5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszy.
* - pięć podpunktów są kopiuj-wklej z bloga Michała Pasterskiego. Reszta bloga jest wyłącznie mojego autorstwa.
Można z tego wynieść odpowiednią refleksję.
3. KOBIETY
To dodatek do zadowolenia z życia, nie jego źródło - a kolejny filar do wymieniania się energią.
Kobiet się zwyczajnie rzadko pytam o zdanie. Rozmawiałem z wieloma i przy otwartości mi mówiły tak: Jak facet do mnie podchodzi i pyta się czy może mnie pocałować/zatańczyć/zerżnąć to rzucam mu kilka rad, odwracam się na pięcie od takiej pizdy i odchodzę. Ja jestem kobietą, to ON ma podejmować decyzję i ponosić jej konsekwencje a nie ja.
Ostatnimi czasy jest odwrotnie i wielu mężczyzn czeka na decyzje kobiet - podejrzewam że wynieśli to z domu. Tak jak ja i co musiałem przewartościować.
Pisałem tego bloga 8 godzin. Tydzień o nim myślałem. Za dużo czasu pochłonie wypisywanie wszystkiego w jednym blogu. Podzielę to na mniejsze części i napiszę je wkrótce w kolejnych. Bardziej dla siebie - i troszkę dla was.
Odpowiedzi
Dodam że NIE odnosiłem się do
pon., 2014-06-09 15:12 — MendozaDodam że NIE odnosiłem się do bloga TYAB-a ani Vłodarza. Przeczytałem je dopiero po dodaniu swojego.
nie doczytałem do końca ,
pon., 2014-06-09 15:16 — Penetratornie doczytałem do końca , zanudziłem się po 5 min .
Bywa - nie wszystkim się
pon., 2014-06-09 15:53 — MendozaBywa - nie wszystkim się będzie podobał.
#penetrator jak zaczniesz
pt., 2014-06-13 13:03 — Normalny#penetrator jak zaczniesz działać, to dobrze byłoby wrócić do tego bloga.
Konkret blog. Widać, że się
pon., 2014-06-09 15:50 — KonstantyKonkret blog. Widać, że się napracowałeś więc dziękuję za możliwość dogłębnego poznania Twojego punku widzenia.
Dzięki za feedback. Proszę
sob., 2014-06-14 00:35 — MendozaDzięki za feedback.
Proszę
Ładnie ładnie Swoją drogą
pon., 2014-06-09 16:16 — CreedenceŁadnie ładnie
Swoją drogą wielkie poświęcenie rzucić bogate życie by żyć na swoim. Ja chyba nie był bym gotów.
Kwestia podejścia. Nie chcę
sob., 2014-06-14 01:26 — MendozaKwestia podejścia.
Nie chcę darmowego sukcesu. Chcę sam zapracować na siebie, osiągnąć to co mi trzeba własną głową i łapkami. Prędzej czy później moi rodzice odejdą. Wtedy zostanę sam więc i tak będę musiał sobie sam radzić. Po prostu wyprzedzam fakty. Nie zamierzam czekać aż mi "skapnie sianko" od rodziców. Choć zapowiedzieli że chcą mi dać na start kilkadziesiąt tysięcy to zgodziłem się na 10. I basta.
Wzoruję się na Tacie:
Mój starszy nawet zawodówki nie dokończył. Musiał się zwijać z chaty zaraz po 18-nastce bo pieniędzy dla wszystkich rodzeństwa nie było. Pracował przez rok jako spawacz, potem zaczął sprowadzać samochody z niemiec, poznał kilka ruskich i ukraińców, poszerzyły się znajomości + miał dodatkowy rynek zbytu niż tylko polskę. Nauczył się z mowy niemieckiego i rosyjskiego. Zrobił sam z siebie kilka kursów. Ma zajebiste dojścia do aut w niemczech - aukcje na które trzeba mieć zaproszenia i byle kto nie wejdzie. Potem był jedynym importerem UAZ-a z rosji na zachodnią polskę - (z tego co mówił - dużo musiał z ruskimi pić nim dobry kontrakt dostał) - dostarczał części i samochody które trafiały również do wojska. Mu nikt nie doradził - sam szukał biznesów. Zrobił kilka większych "wałków", kilku mnie nauczył. Handlował przeróżnymi rzeczami. Doszedł do tego sam - zaczynając bez grosza przy duszy.
Chcę swój sukces zawdzięczać sobie - wiem, że będzie ciężej - ale przynajmniej ciekawiej.
PS. Chociaż z tym doradzaniem - to nie tak do końca. Zawsze jak jacyś handlarze albo "biznesmeni" przyjadą w odwiedziny czy coś załatwić to przy okazji się wymieniają pomysłami (kiedyś przy wódce, na stare lata już przy kawce).
PS2. I opowiem małą historię:
A z tymi ruskimi to bywało różnie - raz tata zwęszył jednego kolesia, że znajomość jest lipna, i urwał kontakt, mi i bratu kazał zrobić to samo (jako jego synowie, starszego znajomości również były naszymi - z tymi ruskimi balowaliśmy i piliśmy wódę a brat, jako że starszy, to jeszcze na dziwki z nimi jeździł). Brat nie posłuchał, załatwił coś raz z tym Ruskim. Niedługo potem o 5 rano wpadło do chaty CBŚ na przeszukanie i zbieranie dowodów. Szczęściem dowodzący znał się z moim ojcem z czasów wojska. Obyło się bez wywracania chaty do góry nogami. Przeszukali tylko pokój brata. Brat się na szczęście z afery wyślizgał.
Troszke, jakbym o sobie
pon., 2014-06-09 16:25 — VLTroszke, jakbym o sobie czytal
)
Mądre, życiowe... recepta na
pon., 2014-06-09 17:51 — mgkMądre, życiowe...
recepta na blogowy sukces
Ja przeczytałem tytuł bloga
pon., 2014-06-09 20:10 — TYABJa przeczytałem tytuł bloga ''miliarder mendoza'':D
Tenu tylko jedno w głowie ; d
pon., 2014-06-09 21:31 — mgkTenu tylko jedno w głowie ; d
"Dorzucę do tego muskulaturę
wt., 2014-06-10 18:33 — Garncarz"Dorzucę do tego muskulaturę - refleksja złapała mnie w ostatni weekend na plaży. Oglądałem innych ludzi, większych - mniejszych, tudzież siebie. I zastanowiłem się dla kogo ja do chuja pana ćwiczę i rzeźbię z siebie żelbetonowego klocka? Czy potrzebne mi są wielkie muły? Czy przypadkiem nie pakuję by pokazać innym żem GOŚĆ? By się wciaż wyprzedzać ile podnoszę na klatę i jakie wielkie mam Bajcepsy i łechtać tym próżną część swojego ego? Hmmm...
Nie lubię być opasły i "miękki", chcę być FIT, lekko wyrzeźbiony z widocznymi mięśniami, nie trzeba mi się porównywać z innymi co są więksi lub mniejsi. Bo takim myśleniem dojdę do takiego myślenia widząc inne osoby.
"o ale chuderlak - HAHA!"
"O kurwa, ale wielki : ((((((( "
To jest zgubne. Ćwiczę dla siebie, nie dla nich, a to jak oni chcą wyglądać to już ich sprawa, przypodobania i potrzeba.
A co do mięśni i lasek Smile - widziałem chucherkowych facetówi grubszych gości którzy są w związkach i są z dziewczynami lepszymi i gorszymi. Musklukatura to tylko dodatek, kobiety za nią ze mną nie będą - a ze względu na mój charakter."
Też jakiś czas temu miałem takie przemyślenia. Na początku oszukiwałem siebie, że robię to dla zdrowia ponieważ chciałem dać sobie jakiś powód, który nie karmi mojego "ego". Póżniej jednak doszedłem do wniosku, że tak na prawdę robię to ponieważ jest wtedy trochę łatwiej. Z laseczkami jest wtedy prościej bo same się oglądają. Może to głupie ale pani w sklepie jest trochę milsza bo każdy woli estetyczne ciało. I praktycznie każdy człowiek, o ile nie jest to "zazdrosny Jasio" jest tobie trochę bardziej przychylny. Bo wygladasz cool. Oczywista mówi tu o przypakowaniu w granicach rozsądku, a nie przepakowaniu. Oczywiście zgadzam się, że to jest tylko dodatek a podstawą jest twój charakter. Wielu myśli, że przypakują kupią beeme i dupy się same zlecą jak muchy do gówna...
W zainteresowaniu kobiet - z
wt., 2014-06-10 20:04 — MendozaW zainteresowaniu kobiet - z wypukłą klatką i wyrzeźbionym brzuszkiem jest łatwiej, racja. Rodzi się dodatkowy plus na tablicy atrakcyjności. ładne ciało przyciąga wzrok i uwagę.
Ale czy znaczna przesada jest potrzebna?
Sam lubię laski chudsze (dbające o siebie, ale mistrzyń fitnesu nie potrzebuję) - przyjemniej się takie "pcha" i bardziej oko cieszą.
Ustanowiłem sobie jednak granice w tym pakowaniu, żeby nie przesadzać, bo to czasu za dużo zabiera a w ogólnym rozrachunku atrakcyjność będzie na podobnym poziomie mając na łapce 38 czy też 48, a w drugim przypadku to już zaczyna bardziej odstraszać.
PS. Niektórzy myślą że to właśnie na ciało wyrwą dziewczyny. Ostatnio będąc na siłce słyszałem jak dwa naprawdę nieźle zbudowani goście ze sobą rozmawiali katując barki hantelkami. (z rozmowy wywnioskowałem, że się przed chwilą poznali). Rozmowa przebiegła mniej więcej tak:
-Długo już ćwiczysz?
-7 lat, a Ty?
-5 lat
...
-I co? masz kobietę?
-Wciąż nie
-Ja też nie
Aż się zastanowiłem czy im tej stronki nie pokazać.
PS2.
Cel w pisaniu o muskulaturze był taki - o tym by ćwiczyć przede wszystkim dla siebie, a podobanie się innym ma być tylko dodatkowe. Bo jak będę miał cel przypodobania się innym muskulaturą - a jakaś panienka mnie wyśmieje lub w ogóle nie zainteresuje się moimi Bicepsami - powie "hahahaha, ale mały" Lub - "Na chuj ćwiczysz?, myślisz, że mi to zaimponuje?" I w takim systemie wartości by przypodobać się komuś, moje ego leży - bo zrobiłem go zależne od tego co ktoś o mnie powie.
A jak będę ćwiczył przede wszystkim dla siebie i spotkam się z tą samą sytuacją to u mnie w głowie z automatu wyjdzie stwierdzenie -" I co mnie to ? Ćwiczę dla siebie, nie dla Ciebie." Bez żadnego dodatkowego zbędnego komentarza. I w ogóle mnie to nie ruszy, nawet udawać nie będę musiał.
Ten "dialog" który podałeś -
wt., 2014-06-10 20:31 — mgkTen "dialog" który podałeś - dawno mnie tak nic nie rozmieszyło
Można łatwo tymbardziej ustawić tą alegorię do ciuchów, samochodów i innych "podobno-na-dziewczyny-lecących" rzeczy 