Jestem nowy, więc sory jeśli zdubluję tutaj jakieś treści. Wątpliwości które tu opisze są związane z moją indywiudalna sytuacją polegającą na tym, że nie zależy mi na skutecznym uwodzeniu dziewczyn - ale na skutecznym uwiedzeniu jednej jedynej dziewczyny.
Jak daleko wskazane jest posunąć się w kreowaniu fikcji? - pytam o to czy -waszym zdaniem- dla pięknej kobiety tożsamosć "aspołeczna" a tożsamośc kogoś "porządnego" są dla siebie sprzecznymi biegunami?
Nie będę was tu zanudzał - każdy pewnie już czytał, że o ile w początkowej fazie liczy się aura agresywności, i tajemniczości o tyle - podobno - bardziej ważne jest by kobieta jaknajszybicej nabyła wiary, że jej adorator jest uspołeczniony. Czyli posiada pewien kapitał umiejętności i zachowań społecznych, np. jest sympatyczny, uprzejmy, uczciwy, stabilny - i co najwazniejsze - nastawiony na realizacje powszechnie aprobowanych celów.
No więc -moja sytuacja- polega na tym, że studiuję różne kierunki, bardzo łatwo mogę się jej zaprezentować jako młody intelektualista z pasją, z intelektualnym potencjałem, i inne tego typu kurwa farmazony. Ale to może prsynąć jak mydlana bańka jeśli pozna mój aspołeczny sposób bycia, lub jeśli gdzieś przypadkowo trafimy na któregoś z moich zdrowo pojebanych przyjaciół.
Czy ktoś z was był w podobnej sytuacji? Jeżeli zależy mi na dłuższej znajomości to jest sens już na starcie wprowadzać dziewczynę w błąd udając kogoś z jej mentalności społecznej, skoro nim nie jestem..?
Dobrze, że poruszyłeś temat kłamstwa, ono jest tu rdzeniem. Bardzo lubię kłamać, mając nieco obejścia w tej dziedzinie zgadzam się z tym co piszesz o przemieszczaniu akcentów.
Ciekawie to ująłeś "być aktorem własnej duszy". Intuicyjnie rozumiem twoją radę - w sumie to chyba jedyna rada, tyle że mój problem zupełnie nie polega na opozycji: między zamkniętym w pokoju komputerowcem a kimś energicznie kipiącym namiętnością.
Intuicja jasno podpowiada, że mój cel jest kimś na takim etapie na jakim dziewczyna szuka porządnego, stabilnego emocjonalnie, kulturalnego dżentelmena - ja natomiast nie posiadam żadnej z tych cech. Tu leży opozycja. Mogę to wszystko bardzo łatwo odgrywać -ale jak zauważyłeś fikcja się zapętla, więc wreszcie może dość do niezręcznej sytuacji która naraziła by tego anioła na kulturowy szok.
Cóż, albo szukam problemu tam gdzie go nie ma, albo faktem jest, że dla kobiet "nieporządny" i "porządny" to czarne i białe, ogień i woda, kupa i perfum.
Ze spływem kajakowym to dobry przykład
Mniej więcej na tym polega różnica między szklanką w połowie pełną i szklanka w połowie pustą....
Ale wszystko musi mieć swoje granice. Owszem można kreować się na kogoś kim się nie jest ale dla mnie tu wchodzi inna kwestia niezależna zupełnie od teo jak długo takie kłamstwo da się utrzymać, choćby i na stałe.
Kwestia szczerości ze sobą i odwagi do tego. OK, osiągnąłem coś, wygrałem, byłem pierwszy.... ale co z tego jeśli wiem że dokonałem tego nie dzięki własnym umiejętnościom ale dzięki oszustwu ...Takie zwycięstwo jest nic nie warte. Bo to nie moje zwycięstwo. Owszem granica między sprytem a oszustwem jest bardzo płynna, często jest to granica moralności danego człowieka, a ilu ludzi tyle moralności.
Chociaż tak jak mówiłem między sprytem a oszustwem jest cienka i płynna granica to praktycznie różnica będzie dość istotna: spryt pozwala utrzymać się na szczycie bardzo długo, kłamstwo na krótko...
Cokolwiek myślisz na mój temat - mylisz sie...