
Dawno nic nie pisałem. A że zmieniło się w zasadzie całkiem dużo uznałem, iż pora coś na ten temat napisać. Ku pokrzepieniu serc. Dedykuję go tym, którzy zbyt wcześnie się poddali i zbyt wcześnie zakopali topór wojenny.
Wróciła kwestia M. - tak, to ta, która zawróciła mi w głowie nie wiedzieć czemu. Może nie tyle zawróciła, co potrafiła mnie sobą zainteresować... na tyle, że nie potrafiłem się krzywić, gdy o niej myślałem.
W zasadzie M. jest jedną z tych kobiet, które w dziwny sposób są dla mnie pociągające. Ktoś, widząc mnie i ją mógłbym powiedzieć: "Stary, masz kasę, wygląd, jesteś rozgarnięty... stać Cię na więcej!". Mówcie co chcecie, że sobie wlewam, że w ten sposób szukam excusów, albo kreuję się na niewiadomo kogo.
Sęk w tym, że nie widzę powodów, by traktować siebie inaczej. Wszak nie znaczy to, że nie mam pokory. Że siadam na dupie i nic nie robię. Ba, skądś to wszystko co mam pochodzi; spędziłem wiele godzin, dni, nocy, by coś osiągnąć i mieć, mimo młodego wieku. Nauka, praca, pokora, konsekwencja.
Wiem, że mnie stać. Przypominam sobie w tym momencie zawodniczkę teakwondo... Kilka lat młodsza, ciało jak z Women's Health, lekko atletyczne, smukłe, szczupłe... Ładna twarz, ładne imię, nogi, dłonie... A.
Ale A. była dla mnie po prostu nudna. Tak samo ja D., z długimi do pasa blond włosami. Tak samo jak K., która nie potrafiła ukryć presji jaką wywierała na nią rodzina pytaniami "kiedy on się oświadczy" i przenosiła to później na mnie w postaci frustracji w gorszych momentach. Tak było z E., która miała oczy niczym wody Lazurowego Wybrzeża i potrafiła mnie nimi zjeść. Do tego ciało fitnesski. Tak samo było z inną M., która studiowała prawo, była rozgarnięta i nieźle rokowała, gdyby nie drobnomieszczańskie maniery. Tak samo R., J., i wiele innych...
Nuda sprawiała, że przestawałem myśleć o nich jak o moich kobietach, jak o obiektach seksualnych. Jak o celach moich starań, opracowywania taktyki, cierpliwego czekania na efekty zastosowanej strategii. Irytacja pojawiała się szybciej, niźli podniecenie z dotyku jej płaskiego brzucha i krągłych piersi. Nuda była niczym Valkiria, która przychodziła w pewnym momencie i decydowała o śmierci. Śmierci symbolizowanej przez mój zanik zainteresowania, lub niefrasobliwie i kompletnie bez sensu wypowiedzianych słowach przez obiekt mych westchnień. W końcu doprowadzając do śmierci znajomości. Dziwnym trafem, Valkiria nigdy nie wskazała na mnie... przynajmniej tak dzisiaj czuję, że zawsze wracałem z tarczą.
Co więcej, dokładnie wiedziałem, gdy nadchodziła chwila chwały. Widziałem, jak przekraczam Rubikon, by wkrótce rzec "kości zostały rzucone" i sięgnąć po to, co uznałem za mnie przynależne. Byłem świadom, iż skutki w przyszłości mogą nie być tak miłe jak zakładam, wszak mamy wielu wspólnych bardzo dobrych znajomych. Zakładałem i oczekiwałem optymistycznego scenariusza, nadal jednak będąc przygotowanym na nawet najgorsze.
Gdy czekałem, w ukryciu, ona sama wyszła na to pole, gdzie staczaliśmy bitwy. Rzuciła swą tarczą, miecz, spojrzała w mą stronę i wiedziałem, że chce, bym ją pojmał. Chciała się stać moją zdobyczą. Chciała być moja.
Co więcej, byłem pewien, iż zbieram owoc swej wytrwałości i bycia zdecydowanym i roztropnym strategiem. Uniknąłem bitew, które mogłyby obnażyć me słabości, jednocześnie upuszczając krew przeciwnikowi zawsze wtedy, gdy on jeszcze nie był tego świadom.
Jest ode mnie starsza, bardziej doświadczona. Jednak swym zachowaniem, umiejętnością poświęcenia czasu na budowanie atmosfery przepełnionej seksem zanim do niego dojdzie sprawiłem, że jest pierwszą kobietą, która płakała po chwilach miłosnego uniesienia. Jestem pierwszym facetem, który potrafił sprawić, że osiągnęła to, na co czekała całe życie. Razem z nią osiągnąłem ten szczyt, o który my, mężczyźni staczamy niezliczone potyczki. Mimo tylu lat, ona była tam pierwszy raz.
I zechciała tam wracać. Być tam tak często jak to tylko możliwe. Pokochała tę drogę, którą pokonywała z uśmiechem na ustach i błyskiem w oku. Pisze mi o tym listy, wzmiankuje w smsach... Czuję się jej przewodnikiem, po szlakach, które ona widziała wcześniej z innymi, ale ze mną widzi je zupełnie inaczej. Nagle okazuje się, że znalazł się taki, który to rozumie, który chce też tak jak ona, w tym samym rytmie... Który mówi jej o tym, używa głosu, dotyku, wyczuwa rytm, łapie jej oddech... Który chce z nią o tym rozmawiać, by przebyć ścieżkę w nowy sposób.
Po tym wszystkim zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi. Czuję, że w końcu jestem na tym poziomie, by powiedzieć, że rozumiem. Że wiem na czym polega kochanie kobiet. Że umiem i chcę dawać im to, czego one pragną, samemu nadal będąc wartościowym mężczyzną. Że w końcu zrozumiałem, iż moje opowieści o tym jak rozumiem swoją ulubioną muzykę, co dla mnie jest cenne w danym filmie, albo jak ciekawa jest historia pułkownika von Stauffenberga są dla kogoś interesujące
Dodatkowo zobaczyłem kolejny raz, ile warta jest szczerość. Ile znaczy dla drugiego człowieka prawda z naszych ust. Ile znaczy poszanowanie czyichś uczuć, ile znaczy czyjeś zaangażowanie.
Pewnego wieczoru powiedziała mi, że jestem tym pierwszym, który potrafił ją olać. Który bez obsypywania ją kwiatami i drogimi kolacjami, potrafił ją zdobyć sobą. Że jestem tym pierwszym, który miał odwagę i czelność, by powiedzieć jej nie.
Nie mogę powiedzieć, że jestem zakochany, bo jednak nigdy nie byłem. I być może nigdy nie będę potrafił to zrobić tak, jak to w historiach miłosnych bywa. Ale umiem szanować, umiem być uczciwy, i mam swój kręgosłup moralny. I to sprawia, że ona się czuje ważna dla mnie. Bo, choćby ta historia miała się kiedyś skończyć, zawsze będzie.
Jak i wszystkie poprzednie me lube, którym dawałem całego siebie w te gorące, mokre, niezwykłe noce.
Choćbym miał odejść, zrobię to jak mężczyzna, którym do tej pory dla niej byłem. Bo ona jest tego warta.
Odpowiedzi
Takie rzeczy czyta sie z
pon., 2010-12-13 17:00 — NewOneTakie rzeczy czyta sie z przyjemnościa. Oby wiecej takich rzeczy. Bo dla prawdziwego faceta wszystko ma wyrazne barwy, albo jest biale albo czarne i nie powinno przyjmować odcieni szarosci.