
Mała uwaga na początek: ten wpis ma w pierwszej kolejności charakter "wyznaniowy". Nie znajdziecie tutaj opracowanych samodzielnie technik o potwierdzonej skuteczności ani gigantycznego raportu na temat czterdziestu pięciu fuck close'ów z SHB 100(...)0 dokonanych podczas ubiegłego weekendu. Znajdziecie kilka przemyśleń i wniosków wysnutych przeze mnie na wskutek zapoznania się z teorią zawartą na tym portalu (tudzież innych źródeł z podobnej tematyki) i dokonywanej pod jej kątem obserwacji otaczającej mnie rzeczywistości. I mają one przede wszystkim stanowić rodzaj przestrogi przed zielonymi, którzy dopiero zaczynają przystępować do wewnętrznej przemiany, aby po kilku miesiącach nie znaleźli się przypadkiem w miejscu, w którym ja się przez swoje zaniedbanie i głupotę znalazłem.
Być może znajdą się tacy, którzy jeszcze pamiętają, jak w okolicach bodajże maja opublikowałem powitalny wpis w którym to, napędzany szczenięcym samozachwytem, pochwaliłem się przełamaniem towarzyskich barier (czytaj: moim ówczesnym przeświadczeniem o przełamaniu tychże) i directowym podejściem do pewnej dzierlatki. "Siema Heniu, podszedłem, jestem fajny, strona działa, stałem się takim alfa, że nawet Hektor nie podskoczy, hello, hura!" Z dzisiejszej perspektywy jest to nieco zabawne, ale wtedy byłem naprawdę z siebie dumny. To był rodzaj chrztu, sami wiecie jak to jest. "Ho ho ho, od dziś żadnych execusów, od teraz będę wyciągał numery jeden za drugim, zbierał jeden za drugim buziaki i co tam jeszcze, jestem PUA". Naturalnie myliłem się, ponieważ był to dopiero początek.
Z czasem ku mojemu zdziwieniu przeradzającemu się we frustrację okazało się, iż jednorazowe przełamanie się i podejście z rozdygotanym głosem, fatalną mową ciała i choćby minimalną umiejętnością odbijania testów (że o budowaniu raportu nie wspomnę) nie ma szczególnego wpływu na szeroko rozumianą Inner Game. Prawdę mówiąc nie ma żadnego. Nadal pozostałem zalęknioną w sobie łajzą z łbem przeładowanym execusami, iluzjami i słabiutką ramą. Po okresie pewnego wzlotu oraz tylko kilku (wielki błąd) nieregularnych (jeszcze większy błąd) próbach wychodzenia poza strefę komfortu, zaczęło ogarniać mnie coraz większe zniechęcenie. Zabijał mnie słomiany zapał. Brak odpowiedniego luzu, zamiast traktowania założonych sobie w planie podejść jako metody do podbijania skillu, dzięki czemu dzisiaj jestem w stanie napisać tylko o "założonych", a nie "dokonanych". Jak wielkie i do czego ono doprowadziło? Ho ho. Mam za sobą kilkumiesięczny okres gdzie szczytem dokonań było bezcelowe krążenie po mieście bez jednego idiotycznego pytania o godzinę! Wstyd mnie ogarnia, krew zalewa i cholera bierze, kiedy o tym pomyślę. Ale nie to jeszcze było najgorsze.
Jest jedna ważna kwestia, którzy kolesie prezentujący jakikolwiek poziom w relacjach z kobietami wałkują w stopniu proporcjonalnie odwrotnym od tego, w jakim stosują się do tego nowi. I nie, nie chodzi mi tutaj o mantrę "nococidodiabłamówiłem, przeczytajartykułypolewej, japierdolękurwamać, weźmugencośpowiedzbojaniewyrabiam", ale o coś ważniejszego. Zasadę 1 godzina teorii = 2 godziny praktyki. Wstyd przyznać, ale łamałem ją notorycznie. Nieliczne dokonania w terenie przygniotła porażająca góra syfu w postaci materiału. Blogi "starej gwardii", e-booki Undera, Swinggcata, David X, Feniksa, Adepta, Tupaka, paru zagranicznych "guru", do tego jakiś nlp-szmelc na mp3 mający wbudowywać w podświadomość odpowiednie przekonania, książki na temat samorozwoju, medytacji, "chuje muje dzikie węże". Co mi to dało? Ano przysłowiowego chuja dało, nie licząc może osiągnięcia statusu teoretyczno-netowego ćpuna który sporo wiedział i nic nie potrafił.
Jeżeli czyta to ktoś, kto ma podobny problem do mnie, dam mu radę: nie unikaj ślęczenia nad teorią. Serio. Przekonaj się na własnej skórze jaka to strata czasu. A potem pomyśl sobie co mogłeś robić zamiast powtarzania sobie cech "mężczyzny który jest nagrodą" według Real World Seduction?, punktów na ciele kobiety które powinieneś kolejno dotykać w trakcie eskalacji i listy najlepszych negów. Uświadom wtedy sobie, że zamiast chłonięciu tego gówna mogłeś tych wszystkich rzeczy przekonać się na własnej skórze, popełnić w chuj błędów, wyłapać kilka miękkich piłek etc. I wtedy wkurwij się na siebie i na własne lenistwo... to będzie niezły początek. Tak samo dopiero na własnej skórze zrozumiesz, że interakcja z drugą osobą (nie tylko z konkretną kobietą) ułoży Ci się najlepiej dopiero wtedy kiedy będziesz się najmniej przejmował jej przebiegiem. Ale tego się nie wyjaśni na logikę, to się z czasem poczuje.
W tym punkcie chciałbym wyjaśnić jedno: nie piszę tego wyłącznie aby się poużalać (ok., to też, ale w minimalnym stopniu
). Tym bardziej, że na przestrzeni tych siedmiu miesięcy zaobserwowałem delikatne bo delikatne, ale jednak - zmiany, w kręgu towarzystwa jeszcze sprzed czasów mojego zaznajamiania się z tematem. Nie tylko odnośnie absolutnych podstaw w postaci utrzymywania kontaktu wzrokowego (choć nadal nie zawsze go przetrzymuję - pracuję nad tym) albo lepszej postawy ciała i sposobu chodu (zdarza mi się czuć pewną sztuczność, chociaż gdyby to porównać do stylu garbiącego się kieszeniowego gmeracza jakim wcześniej byłem, hehehehe...). Coraz lepiej wychwytuję testy, coraz lepiej wychodzi mi olewanie fochów albo obracanie ich w żart. Coraz łatwiej mi złapać kontakt z ludźmi i coraz łatwiej mi ich polubić (nie chodzi mi dosłownie o nagłe zaprzyjaźnianie się z każdą osobą po dwóch minutach rozmowy, raczej pewien rodzaj pozytywnych fluidów). Co najważniejsze: uwalniam się od ciążącego głęboko we mnie przeświadczenia nt. żeńskiego gatunku oraz nt. mojej absolutnej nieatrakcyjności i braku szans na zmianę takowego statusu. Trudno mi powiedzieć, czy już czuję się atrakcyjny, ale na pewno nie czuje się nieinteresujący. Nawrót wymówek (a niektóre z nich to są napraaawdę niezłe, gadanie w stylu "jestem zbyt niski" wysiada przy tym) i momenty spadku wiary w wiarygodność artykułów z lewej nachodzi mnie nadal. Stopniowo coraz mniej. Akceptuję te nawroty, bo wiem, że pewnego dnia i tak znikną, albo przynajmniej w ogóle przestaną mi zawadzać.
Na zakończenie jeszcze jedna maleńka historia sprzed paru dni, mało może adekwatna wobec głównej problematyki strony, ale dla mnie okazała się całkiem inspirująca. W ostatnią sobotę czekam sobie na przystanku na autobus do miasta i wdaję się z gadkę-szmatkę ze starszym kolesiem. Niby nic szczególnego - kilka uwag na temat "lekkiego" (co to są te trzy kwadranse w tę czy tamtą) opóźnienia środka transportu, trochę o tym że kolo pracuje dla moich sąsiadów, pogody, różnicy systemowej pomiędzy komuną a kapitałem itp. Wszystko na luzie, z humorem, bez względu na różnicę wieku pomiędzy nami. Ale mniejsza z tym. Ważniejsze jest, że poczułem wtedy bardzo specyficzny stan emocjonalny, będący czymś w stylu brakiem lęku odnośnie reakcji rozmówcy połączonego jednocześnie z takim empatycznym nastawieniem na niego. Nie wiem, czy to miała być właśnie jakaś subtelna próbka tzw. pewności siebie w kontaktach międzyludzkich, ale jeżeli ma się objawiać w takiej oto bezwonnej i lekkiej formie, to ja poproszę pięć kilo tego. Na wynos
.
Póki co tyle.
Pozdrawiam.
Odpowiedzi
,,Tak samo dopiero na własnej
śr., 2010-12-08 20:10 — agm88,,Tak samo dopiero na własnej skórze zrozumiesz, że interakcja z drugą osobą (nie tylko z konkretną kobietą) ułoży Ci się najlepiej dopiero wtedy kiedy będziesz się najmniej przejmował jej przebiegiem.''
to by się przydało na czerwono pisać lecz takiej opcji nie ma
znam z autopsji historię o
śr., 2010-12-08 20:47 — Juniorznam z autopsji historię o takim charakterze. pozdro