Wiecie, ja jeszcze młody człowiek jestem. 21 lat. Całe życie mam przed sobą, tak mówią. Niedawno założyłem taki śmieszny temat, o tym jak zainteresowała się mną dziewczyna, ja to olewałem, ja się zainteresowałem, ona przestała się interesować. Nie pisze tego tam w tym temacie, ale ją zaprosiłem. Wystawiła mnie po 3 miesiącach dawania mi oczywistych sygnałów. Są takie chore dorosłe dzieci, które zrobią wszystko żeby coś/kogoś, a kiedy tylko pojawia się to na horyzoncie, to przestaje to już ich bawić. Zresztą, my wszyscy tak mamy 
Ale ja nie o tym. Ten jej mały, ale niespodziewany cios w mój splot słoneczny wytrącił mnie trochę z równowagi. Ale moja reakcja mnie najbardziej zdziwiła. Jeszcze 3, 4 lata temu jak założyłem konto na podrywaju, to byłem taki mały desperat. Miałem te 16,17 lat, robiłem się oczywista na starszego, no bo CZeba. Nigdy nie pieskowałem, ale taka sytuacja by mnie bardzo zmartwiła. Bardzo. Wiecie ile może się zmienić przez 3 lata? Sporo, jeszcze ten wiek to okres przejściowy, więc pod czerepikiem różne procesy chemiczne zachodzą.
Pamiętacie taki blog Easy Besia o piramidzie, sprzed 4 lat ( z przed czy sprzed?) o tym jak postrzegają go laski, że on wchodzi na tę swoją piramidkę i jest coraz wyżej, ale piramidy mają to do siebie że im wyżej tym węższe (swoją droga taki typ kobiety mi nie podpada, też tak macie?) i że na szczycie nie ma za dużo ludzi, wiatr obija się o te pustki, takie krzaczki tylko latają, jak na filmach. I że proporcjonalnie do twojego zwiększającego się poziomu, zagęszcza się sito, przez jakie przesiewasz kobiety, znajomych, środowisko etc. Easy tu oczywiście trochę poprzesadzał, ale miał rację, choć blog był kontrowersyjny.
Dla mnie to piramida ego jest. I ona istnieje. Chyba, może to tylko kolejna iluzja. Piramida Ego. Jak na nią wejść? Inner game. Ale powoli. Nie każdy może na nią wchodzić. Mijające lata tu nic mogą nie dać. Ilość kobiet w łóżku też nie. Pieniądze? Nie. Ale wszystkie te rzeczy mogą pomóc w budowaniu inner game. Czyli swojego systemu wartości. Dla mnie inner game pozwala ci zrobić taki ogródeczek za domem. Twój, tylko twój. Taki backyard. Jak cię ktoś wkurwi w domu, to ty myk do ogródeczka, siadasz, słońce świeci i już lepiej jest. Nikt nie jest cię w stanie wyprowadzić z równowagi, bo ty wtedy do ogródeczka i już się lepiej na sercu robi. Nikt tam nie ma wstępu. Nikt nie może cię w życiu zaszachować emocjami, od nikogo się nie uzależnisz, bo możesz uciec do ogródeczka. Mało wyrafinowane porównanie. Ale tak jest. Chyba.
Inner game to ego. Gra o ego. Im lepszy inner game, tym większe twoje poczucie wartości, bo przestajesz uzależniać swoje życie od tych wszystkich trywialnych rzeczy, przestajesz się uzależniać od rodziny, od kobiet, od rzeczy materialnych, od swojego wyglądu. Bo Ty to po prostu więcej niż kompleks tych wszystkich rzeczy. Więcej. Dlatego jak jakaś rzecz ci się jebie w życiu, to nie załamujesz głowy. Bo nie bazujesz swojego życia na jednej tylko rzeczy. Lecisz nad wyścigiem, jak to ktoś kiedyś powiedział 
Wiecie, ja nie miałem złego dzieciństwa. Pieniędzy w domu nie brakowało. Zdrowy byłem. Nikt mnie nie bił, nie molestował. Ale ja w głowie zawsze miałem taki natrętny, utopijny obraz rodziny. Że wszystko robią razem, że się kochają. Fajnie, nie ? Ale u mnie to było niemożliwe. W wieku 11 lat moi rodzice się rozwiedli, przy czym jak dziś pamiętam jak ja nieświadom tego co się dzieje, jechałem z moja mamą i jej gachem w jednym samochodzie, bo to „wujek” był. I on wychodzi, moja mama coś tam z nim śmiecha, gach wychodzi i zamyka drzwi, a ja mojej mamy się pytam czy go lubi, ona że bardzo. Ja na to, niby w żarcie, że chyba nie na tyle żeby tatę dla niego zostawić. Ona ze śmiertelną miną, że czemu nie. 2,3 miesiące później rozwód. Wiecie, że nic z tego okresu nie pamiętam? Pamiętam wszystko dokładnie do tego momentu i kilka miesięcy po tym momencie, ale nic w trakcie całej tej zawieruchy? Może to wyparłem, może jakaś magia, nie wiem. Generalnie nikomu nie polecam rozwodu rodziców. Ale zmierzam do tego, że rozwód jeszcze bardziej sprawił, że chciałem tego ciepła rodzinnego. Powiem Wam coś zabawnego, to śmiechniecie. Moja matka wróciła do mojego ojca, znowu się pobrali jak miałem 13 lat. Najlepszy okres mojego życia. Ale 2 lata minęły i znowu zaczęły się narzekania mojej matki na nietrafione małżeństwo. Zaczęła wyjeżdżać, zamykać się w swoim pokoju, straciłem z nią kontakt, bo zaczęła mi wmawiać, że robię się taki jak ojciec, a liczy się tylko jej szczęście i ona musi się od tego odciąć. Chciałem tego kontaktu z nią coraz bardziej i fiasko. Bo „nie mogę jej zatrzymywać i nikt nie stanie na drodze do jej szczęścia”.
Kolejna osoba do której lgnąłem to moja siostra. Przypomina trochę ojca, duża charyzma, mało uczuć po sobie pokazuje. Poleciała w wieku 18 lat do jednego z anglojęzycznych krajów, ja chyba miałem wtedy 8 lat. Życie sobie ułożyła, kupę kasy teraz zarabia w tym jej anglojęzycznym kraju. Ale zawsze jak dzwoniła do domu, to nigdy do mnie. Do ojca często, do mnie nigdy. Zawsze udawałem, że ojca nie ma i to ja odbierałem telefon, coś tam porozmawialiśmy. W końcu postanowiłem sobie, że nie będę odbierał telefonu, może sama mnie poprosi do słuchawki. Po 6 miesiącach zrozumiałem, że ona po prostu nie czuje potrzeby kontaktu ze mną i ja tego nie zmienię.
Ja pierdole, ale się rozpisałem. No ale wiecie, o co chodzi. Szukałem tego kontaktu, w końcu stałem się chorowicie uzależniony od matki i od siostry, a one na mnie lały. O matkę chorowicie bałem się, że znowu odejdzie z domu, o siostrę że nie jestem warty jej zainteresowania. Ale z ojcem miałem dobry kontakt, więc nie był to aż taki chyba dramat
Ktoś mi tam kiedyś poradził, jak już miałem te 16 lat że muszę uczucia zdusić, bo dalej będzie boleć. Ale nie umiałem.
Jak miałem te 17 lat to jeszcze wszedłem w taki związek , zakochałem się dość szybko. I wiecie, co w tym wszystkim jest piękne? Że to zakochanie sprawiło, że powoli odcinałem się emocjonalnie od domu. Przestawało mnie to gryźć. Kłótnie rodziców przestawały robić na mnie takie wrażenie. Związek oczywiście upadł, ale wszedłem już na najniższy stopień piramidki. Wtedy właśnie założyłem sobie konto na podrywaju, powymądrzałem się tu trochę przez kilka miesięcy, poznałem podstawy i zrobiłem sobie na 3 lata przerwę.
Przez te lata poznawałem siebie. Zakosztowałem ciężkiej pracy, sukcesu, porażki. Wiecie, że 3 lata to mało, nie? Ale to jakie zmiany we mnie zaszły to mi się głowie nie mieści. A wszystko dlatego bo chciałem być obojętny i zimny na te wszystkie kopy w dupę które dostałem od najbliższych. Byłem zły i zrozpaczony, więc przestałem szukać szczęścia w kontaktach z bliskimi, zacząłem go szukać w sobie. Rozkminiałem wszystko, myślałem, rozcierałem i próbowałem. Poznawałem różne światopoglądy i postawy. Poznawałem siebie i swoje reakcje. Poznawałem swój stosunek do wszystkiego i dlaczego akurat jest taki a nie inny. Zacząłem nieświadomie izolować się od środowisk, w których wcześniej byłem, bo zaczęło mnie jebać to co mają do powiedzenia ludzie o kilka poziomów niżej.
Czytałem, dużo czytałem. O przebudzeniu, o świadomości. Ciężkie tematy, które mają pomóc zagłuszyć ego. Działało.
W końcu miałem już tak wylane na sytuację w domu i na to co o mnie myślą inni i na konwenanse społeczne i na etykietę, że sam się przeraziłem. Bo zbudowałem swój świat, bezpieczny, wartościowy. Miałem swój światopogląd, swoje rozrywki, swoje cele i ambicje, swoje plany. Jak ktoś próbował mną zmanipulować, ktoś próbował mnie wykorzystać to odcinałem. Jak coś mi się nie podobało, odcinałem. Jakaś toksyczna relacja, odcinałem.
(Chyba się nie wyrobię w 1000 słowach)
Nie jestem brzydki, więc miałem całkiem spore zainteresowanie kobiet/dziewczyn. I to jeszcze podnosiło mój poziom wartości. Byłem go pewien, więc jak szło coś nie tak, to się odcinałem. I teraz taki mały zwrocik akcji, na początku pisałem o tej dziewczynie. Że wytrąciło mnie to z równowagi, bo nie jestem jeszcze tak wysoko na tej piramidzie, żeby nic mną nie ruszało. Nie jestem badass.
Ale wiecie, co się stało trochę później? Wkurwiłem się. Ha.
Na siebie, że ma to na mnie jakiś wpływ.
Ambicja mi nie pozwoliła, żeby jakaś druga osoba mnie zaszachowała, a ja się tym zacznę przejmować. Byłem tak zły na siebie, że powiedziałem dziewczynie nara, ona jak zobaczyła że ktoś zabiera jej to świeżo wytarte, dojrzałe, błyszczące się jabłuszko sprzed nosa to się wystraszyła i zaczęła nalegać na to spotkanie. Ale jej wysiłki były daremne, bo jej czas dla mnie się skończył.
I oto chodzi. Twój inner game, twoje poczucie wartości musi być większe niż twój poziom zesrania się na punkcie jakiejś laski. Wtedy jak zacznie ci zależeć, to twoje ego, ten twój innergame trzepie cię po uchu i mówi ci, że to, co ci tak sen spędza z powiek nie jest warte twojej uwagi.
1343 słowa, potknąłem się już kilka razy o puentę, więc czas kończyć.
Wiecie, ja jeszcze młody jestem. Wiele razy cierpiałem, karciłem się za zachowania innych, byłem ciągle nieszczęśliwy, brałem na siebie odpowiedzialność za rzeczy, na które nie miałem wpływu. Mam ze sobą taki mały bagaż doświadczeń, podręczny. I pewnie tych doświadczeń będzie jeszcze 3,4 razy więcej. Swoją drogą chyba zmniejszyli dopuszczalne rozmiary bagażów podręcznych na lotniskach, nie? Jakieś małe wydają się te kurestwa.
I ja będę wspinał się po tej swojej piramidce, też wam życzę tego. Żebyście mieli czas na rozkminę w życiu. Żebyście nie szli przez nie bezrefleksyjnie, z Dżakiem Danielsem w jednej ręce i dupeczką w drugiej.
Jeszcze jedno słowo o inner game. Tu nie chodzi o kupienie karnetu na siłkę zaraz po tym jak wali się wam związek i ktoś na forum poradzi wam, żeby zacząć mieć swoje życie. Ja w sumie nie wiem o co chodzi. Może czasem ktoś musi wam i mi dopierdolić, żebyśmy wszyscy mogli wspiąć się o level wyżej. Może życie jest właśnie sprawiedliwe w ten sposób, że za każdą porażką i bólem nie kryje się porażka i ból, tylko doświadczenie, które cię wzmocni. Ale moim zdaniem i tak nie jest to tego warte.
Odpowiedzi
To Snoofi co byś mu doradzil?
pon., 2016-07-11 14:09 — opos1To Snoofi co byś mu doradzil? Jak to zmienić w sobie?
Mi sie Panowie wydaje, ze
śr., 2016-07-13 14:35 — BloyMi sie Panowie wydaje, ze cala zabawa w zycie polega na tym, ze w gruncie rzeczy to mamy jako faceci przejebane. A to z tego wzgledu, ze zawsze musimy miec przytomnie glowe na karku. Kazda sytuacja w jakiej sie znajdziemy musi miec swoj lad i porzadek zgodny z nami. Mozemy odcinac sie od rzeczy, srodowisk, lasek, miejsc, ktore nam nie pasuja. Mowic, ze to nie jest zgodne ze mna i wywalic na to. Tylko, ze nie wiemy czy przez to nie ominie nas cos co niespodziewanie moze byc bardzo glebokim doswiadczeniem. Mozna a wrecz trzeba miec swoj maly backyard, ale nie po to, zeby do niego uciekac jak ktos wkurwi. Wrecz przeciwnie. Po to aby moc pooddychac SWOIM powietrzem nie zasmrodzonym szambem sasiada wtedy kiedy poprostu mamy na to ochote.
Co do "niepamietania tamtego okresu". Ja do 10 roku zycia mam nieliczne obrazy z przeszlosci. Gdy siostry, badz znajomi opowiadaja mi sytuacje, opisuja miejsca scisle zwiazane z moim dziecinstwem to moga opowiadac rownie dobrze o dzikich zwierzetach w Australii. Mi to nie mowi nic. Byl okres kiedy probowalem na sile wrocic pamiec. Obilem sie o kilku psychologow, a przy okazji o jednego psychaitre(rowniez ciekawe doswiadczenie) i nie wskuralem nic. Nadal "ogladam cudze zdjecia". W koncu wyjebalem na to bo doszlo do mnie, ze wazne kim jestem a nie kim bylem. Wiem kim chce byc. Cos moze jest w tych rozwodach az tak traumatycznego, ze nasza pamiec robi low level format i chuja z tych danych odzyskasz. To tak na marginesie:)