
Poznałem go tam, gdzie poznaje się takich gości - osiedlowa siłownia. Wiem, wiem jakie to budzi skojarzenia. Ale pozwól Drogi Czytelniku, że rozbije te stereotypy myślowe gryfem od sztangi. Otóż spotykałem tam nie tylko "koksów" - choć i takich także - bo siłownia była w pełni demokratyczna. Zdarzali się nauczyciele, niedoszli gangsterzy, dyskotekowi "bramkarze", dilerzy, niedoszli sportowcy, pracownicy SW, pracownicy SP, pracownicy WP, policjanci, ochroniarze z tych firm, co się robi 300 godzin w miesiącu i dostaje 1800 PLN, chłopacy pracujący w "korpo", studenci różnych kierunków.
Ale on wśród nas faktycznie się wyróżniał, nie tylko definicją mięśnia, ale pracowitością wręcz fanatycznym podejściem do treningu. Martwy ciąg w jego wykonaniu w szczycie formy to była uczta dla oka, po prostu terror - nie znajduję lepszego określenia na to, co widziałem. Terror. Chodził po plaży w wakacje i wyróżniał się tym wyglądem. Nie były to zalane mięśnie jak to wygląda u tych, co w ciągu miesiąca robią progres o 40 kg na ławce - oczywiście na czysto. Coś pięknego.
Jak zawsze w życiu jest jakieś "ale" i w tej historii też jest. Chłopak był biedny. Miał problemy ze znalezieniem pracy, a znalezienie pracy, która mogłaby egzystować z jego pasją graniczyło z cudem. Zdarzało się, że rozmawialiśmy sam na sam. Była 21:00. Wieczór. Wkurwiał się, że przyjdzie do domu, a w lodówce znów pusto. Ale ta siłownia go trzymała. Miał super sylwetkę, ciężko pracował na tej siłce, ale w życiu krucho, bieda. Tłumaczyłem, pasja, pasją, ale życie życiem, przecież ludzie będą mieli w dupie Twoje osiągnięcia, zresztą zawsze powiedzą, że to wynik "koksowania", a nie pracy. Nie wiesz już jak jest z kulturystyką, że to niewdzięczna kochanka i kontuzjogenny sport. Nie słuchał - robił swoje. Może dobrze ?
Tak sobie czasem myślałem, że ta siłownia, to pomieszczenie 7 na 12 metrów (na oko) to było jedyne miejsce, gdzie był kimś, gdzie bywał królem. Życie nie dało mu bogatego tatusia, dobrze usytuowanej rodzinki, spadku po rodzicach, kontaktów umożliwiających znalezienie normalnej pracy na etacie. Za dzieciaka nikt na niego nie chuchał i nie dmuchał, nie wysyłał do dobrych szkół, na kursiki i tym podobne - w zamian miał takie zwykłe, chujowe życie jak to ma większość w moim miasteczku.
Czasem myślę, że tacy jak on ambitni, ale bez koneksji są znakomitym narybkiem dla różnego rodzaju grup z podziemia. No bo jeśli masz ambicje, a wszędzie dostajesz kopa w dupę, bo miejsca są pozajmowane przez "członków dobrych rodzin", a rzeczywistość proponuje Ci pracę na jakiejś linii za 1500 PLN z dojazdami, co zajmują Ci cały dzień. No to łatwo zejść na złą drogę. I nie chodzi tu o pieniądze, ale bardziej o to, że jest się wreszcie kimś, że można się zdefiniować.
Wróćmy do bohatera. A może do jego życiowej tragedii. Potem zaczęło się pieprzyć. Przy którymś ćwiczeniu stawy nie wytrzymały i potężna kontuzja. Zbagatelizował. Coś poszło, coś źle się zrosło.
Widziałem go ostatnio. Chudy jak patyk. Kto ćwiczy ten wie, że wystarczy na dwa, trzy miesiące zaprzestać ćwiczeń i wraca się do poprzedniej (naturalnej) sylwetki.
5 lat ćwiczeń i marzeń, a efekt taki, że stał ostatnio i czekał na przystanku na autobus do jakiejś roboty "na czarno".
Niech każdy sam sobie wyciągnie wnioski z tej historii dla siebie.
Ja czasami myślę o tym i myślę o tych wszystkich chłopcach, którzy wożą się samochodami swoich starych, bądź kupionych przez tatusia. Myślę o tych co dostali mieszkania po babci, a etat po wujku. Szanuję tych którzy to szanują. Którzy już widzą, że nic w życiu nie ma za darmo. A myślę też o tych co się lansują za pieniądze "starych", co czują się lepsi, a na tej siłowni spuchli by przy nim. Też przypominają mi się te hasła: "o uczciwej pracy", która ma spowodować, że człowiek osiągnie szczęście i niezależność. I myślę też o tym, jak ten świat jest ułożony, że jeden zapieprza i gówno ma, a drugi ma swój raj i idąc ulicą ludzie kłaniają się mu i mówią: Dzień dobry. Popieprzone to wszystko.
Odpowiedzi