
Blog w delikatnej opozycji do ostatniego wpisu TYAB'a. Z dużą częścią się zgodzę, ale jest kilka rzeczy które zwyczajnie aż mnie rażą po oczach. Przede wszystkim generalizowanie w takim stopniu że aż głowa boli, brak szerszego spojrzenia na sytuacje niektórych ludzi, no i mam wrażenie że nadmierna wiara w samą instytucje pieniądza i "statusu". Nie mam tu zamiaru nikogo pouczać bo jestem ledwie 19-letnim szczylem, który w życiu pracował jedynie dorywczo i nigdy nie miał zbyt ciężko, ale opisze tu swoje spojrzenia na sprawę, wspierając się na kilku przykładach z mojego otoczenia.
Na pierwszy ogień może przytoczę mojego ojca, który jak to rodzic konsekwentnie działa mi na nerwy, ale jest też dla mnie swego rodzaju wzorem w wielu aspektach. Pochodzi ze wsi, głęboka prowincja na wschód za Krakowem. Rodzina rolnicza, 5 rodzeństwa, on najmłodszy, jak można się domyślać kolorowo nie było. Mój ojciec chodził do szkoły, rano pomagał przy gospodarstwie, po szkole nie raz zasuwał z ojcem w polu, a uczył się wieczorami. Lekko nie miał, ale poszedł do technikum i je ukończył. Wtedy zaszokował całą rodzinę, bo postanowił iść na studia, jako jedyny się wyłamał. Studiował na AGH w Krakowie, zapieprzał dorywczo przy czym się dało bo kasy na studia nie było, właśnie tak, tyrał, tyrał i tyrał. W wolnym czasie zawsze wracał pomagać w rodzinnej wiosce, gdzie też wszyscy tyrali. Moją matkę poznał bodajże na ostatnim roku studiów, ona już wtedy miała zrobiona magisterkę na uniwerku ekonomicznym i pracowała w jakiejś firmie. Warto dodać że moja matka pochodzi z kolei z rodziny gdzie sytuacja zawsze była dobra, dziadek i babcia ze stabilna, bardzo dobrze płatną pracą, studia sfinansowane, wyedukowana leksykalnie, a dodatkowo już pracująca. To tak dla kontrastu. Poznali się kiedy mój ojciec wracał ujebany jakimś błotem po robocie czy praktykach, a matka stała na przystanku z jakąś tam swoją znajomą, którą przypadkiem kiedyś poznał. Przywitał się i tak to jakoś wyszło, myślę że miał głęboko w dupie fakt iż wygląda jak 7 nieszczęść, wymowa ma wieśniackie naleciałości, a jego status jest co najmniej nieadekwatny. Studia skończył, ja się urodziłem, mieszkaliśmy w bloku z wielkiej płyty, luksusów nie było, mama pracowała w jakiejś firmie ojciec w państwówce i tak to szło. Mój ojciec zapragnął mieć auto, było coraz bardziej potrzebne, więc nie robił nic innego niż tyrał i ciułał, aż kupił to znienawidzone audi a4. A przecież mieszkaliśmy w bloku, mógł kupić coś tańszego i gorszego, tylko pytanie po co? Ja myślę że za dużo się nad tym nie zastanawiał. Urodził się mój brat. Potem przyszedł czas kiedy mój ojciec stwierdził że zamiast pracować w państwówce, zostanie niezależnym specjalistą do wynajęcia. Rzucił pracę, na początku nie szło wydawało się że nic z tego nie będzie, dwójka dzieci na utrzymaniu, a matka nie pracowała bo mój brat miał wtedy może kilka miesięcy. No ale ojciec się nie złamał i w końcu znalazł pierwsze zlecenie, a za nim przyszły kolejne. Zaczął jeździć po świecie, dostawać kontrakty i zarabiać naprawdę duże pieniądze. Wybudował dom, zmienił auto, nie kupił nic zbędnie wypasionego chociaż miał na to pieniądze. Nigdy specjalnie nas nie rozpieszczał, jeśli chce coś sobie kupić to muszę albo sobie na to zasłużyć w jakiś sposób, albo posiadać odpowiedni wkład własny i dopiero wtedy może mi do niego dołożyć. Dom też jest zwyczajny w każdym tego słowa znaczeniu, mógłby być wypasiony, ale jak zawsze powtarza mój ojciec "komu to potrzebne? bo na pewno nie mi". Na pieniądzach nigdy mu specjalnie nie zależało, wie że sa potrzebne i wie że warto mieć ich więcej, ale nie są one dla niego żadnym wyznacznikiem, myślę że takich ludzi jest naprawdę wielu. Jeśli chodzi o ciuchy to nie raz chodzi w poobdzieranych dżinsach i jakiś trepach, trochę też wymaga tego od niego praca, nie raz zdarza mu się chodzi w ubrudzonych roboczych ciuchach, koszulki kupuje od lat w internecie po 19 złotych za sztukę. Telefon to 15 letnia nokia 6210, taka cegła której bateria trzyma 3 tygodnie i jak na ironie klapka z tyłu jest podklejona taśmą żeby nie odpadała. Jedyną ekstrawagancją w jego wykonaniu jest używane BMW M3 e92, zawsze mu się podobały, kupione by jeździć dla przyjemności w weekendy. Jako że stoi ono pod wiatą i czasem używa go by gdzieś na szybko podjechać, zdarzyło się nie raz że dotankowywał je później za jakąś znikomą ilość pieniędzy, żeby następnym razem móc bezstresowo sobie pojeździć. Myślę że mój ojciec wysiadając ze swojego samochodu w obdartych dżinsach, swoich ulubionych 7 letnich adidasach i białym t-shircie za 19 zeta, rozmawiając z matką przez 15 letni telefon i dotankowując 6 litrów do 420-konnej sportowej bryki, miałby gościa który "zaśmiał się głośno" albo głęboko w dupie, albo za jakiegoś pajaca który śmieje się sam do siebie.
Zupełnie nie rozumiem zasadności w ocenianiu ludzkich zachowań w wyżej wymienionym blogu. Każdy ma prawo robić to co chce. Dlaczego patrząc na młodą dziewczynę pracująca w sklepie z ciuchami i bawiąca się wypasionym smartphonem za 3 koła mam myślec że postępuje ona jak biedak. Nie znam ani jej, ani jej sytuacji, mogła telefon dostać w prezencie, mogła też na niego uzbierać, może mieszkać nadal z rodzicami i stać ją na to żeby sobie taki kupić, co mnie to w ogóle obchodzi. Czy mój kumpel który jest zajarany autami, marzy o BMW e46, chciałby zabrac dziewczyne nad morze, a niestety w domu się nie przelewa , więc kiedy może chwyta się jakiejś pracy, TYRA na kasie we freshu i skrupulatnie sobie odkłada mam nazywać biedakiem? Bo co, bo chce sobie kupić 12 letnie stereotypowe auto zamiast 5-letniej micry która pewnie pojeździ dłużej i taniej? No nie wydaje mi się. Gościa który pracuje na kasie w biedronce za 1200 zeta mam nazywać biedakiem? Niby z jakiej racji, przecież nie znam ani jego, ani jego historii, ani jego sytuacji. Ludzie znajdują się w różnych położeniach, nie każdy może nadrobić do innych w 3 miesiące, rok, dwa a może nawet i pięć, zawsze powinniśmy o tym pamiętać. Niektórzy chcą sobie dorobić bo zwyczajnie w danym momencie nie mogą sobie znaleźć lepszej pracy i nigdy nie powinniśmy ich pod takim kątem oceniać. Myślę że każdy zdrowo myślący człowiek ten status społeczny powinien traktować z dużym dystansem, bo mogą z tego potem wychodzić różne nieprzyjemności. Powinniśmy przestać mierzyć ludzi pod katem ich pracy, zaradności, zamożności, każdy jest tylko człowiekiem, a większości z nich nie znamy i nie wiemy jak wygląda ich życie, w ogóle uważam że nie powinno nas to obchodzić, to jest ich sprawa i nie powinniśmy się w to zagłebiać. Mówi się że każdy jest kowalem swojego losu, jest to prawda, ale pamiętajmy że nie każdy kuje tak zręcznie, nie każdy miał odpowiedniego nauczyciela i nie każdy posiada odpowiedni warsztat, więc kimże jesteśmy by ich oceniać?
Ojciec nauczył mnie sporo, ale przede wszystkim tego że "Żadna praca nie hańbi" i "Szata nie zdobi człowieka", a także tego że każdemu należy się szacunek bez względu na to kim jest. Mawia też że miarą człowieka jest nie to kim jest, jak wygląda, ani co robi, ale to jak potrafi się zachować w kryzysowej sytuacji. I chociaż blog TYAB'a jest mądry i porusza wiele ważnych kwestii, to jeśli chodzi o niektóre z nich, pozwolę sobie pozostać przy swoim.
Odpowiedzi
Ale ta przerwa jest jak
wt., 2014-06-10 19:06 — PerryAle ta przerwa jest jak najbardziej aktualna, przeczytaj mój najnowszy temat to się wszystkiego dowiesz (zresztą założyłem go pod twoim natchnieniem Em DŻi Keju
)
Status/y zakładają same w
śr., 2014-06-11 11:18 — BladyMamutStatus/y zakładają same w sobie porównywanie i pakowanie ludzi w konkretne szufladki według jakichś tam standardów.
Kwestia jakie kto ma standardy(kto je tworzy i w jakim celu) i jakimi wartościami się kieruje i kim dla niego jest drugi człowiek, człowiekiem czy etykietką/numerem/slupkiem w kolumnie.
Chyba głównym problemem jest to, że większość jak nie wszyscy żyje iluzja w tym i ja sam. Jedni dostrzegaja pewne rzeczy szybciej, inni wolniej, a jeszcze inni wcale.
Pierwszym etapem do zmiany jest akceptacja.
Mój pradziadek miał takie
śr., 2014-06-11 19:20 — zivetarMój pradziadek miał takie fajne powiedzenie "Jak się nie udasz brudno, to na bogato trudno".
Ileż to razy wracałem z jakiejś pracy umorusany jak ostatnia łajza a udawało się ogarnąć fajną dziewczynę. Ba, zauważyłem, że pewna część jest wtedy totalnie zainteresowana!