
... but is shit really shit?
Maksyma podsumowująca w pewien sposób buddyzm. Ciut... życiowa.
Tydzień zaczął się dla mnie dość źle. Zapomniałem oddać pracę na fakultet, wciąż nie napisana praca na seminarium.
Dziewczę od gitary, poznane z miesiąc temu, potem umówione na ostatni czwartek (gadanie, gadanie, więcej gadania) nie dawało znaku życia od weekendu, choć mieliśmy się widzieć we wtorek.
Środa to było apogeum. Nie ogarnąłem terminu składania podań na program MOST, który miał być życiową szansą. Wyjazd do Krakowa, który miał mnie kopnąć życiowo w dupę, zmusić do znalezienia pracy i opuszczenia domu, który miał zapewnić mi nowy start w nowym środowisku, ogółem - lepsze życie, przejście w etap dorosłości.
Chuja tam.
Okazało się, że spóźniłem się 4 dni, mimo przedłużenia terminu składania tychże podań.
Dość rozgoryczony, zagubiony, poszedłem do dziekana.
I tu moje fatum się odmienia, los się uśmiecha. Kilka telefonów, potem kolejny, wykonany przeze mnie z domu - do centrali MOST. Są miejsca gdzie chcę jechać, i specjalnie dla mnie otwierają jeszcze na chwilę terminy składania podań. Zasuwam z powrotem do miasta z podaniem, zdyszany składam je u koordynatorki.
Dupa, brak średniej ocen z całego toku studiów. Koordynatorka jednak okazuje się być w porządku, dzwoni do mojego dziekanatu, każe sobie natychmiast tą średnią oficjalnie wysłać na maila. Mam to z czapy.
Nazajutrz, czyli w czwartek, odzywa się dzioucha. Ustawiamy się na piątek, czyli na dziś.
Dla przybliżenia, bo pewnie nikt nie śledzi namiętnie moich poczynań - spotkałem ją, idąc do psychologa, na Starym Mieście. Siedziała pod jakąś kamienicą z kumpelą, i grały na gitarze. Ja, mając gitarowy post, przyczepiłem się, zmacałem wiosło, pogadałem, ale miałem problemy z poczuciem wartości (i nadal mam), i poszedłem dalej. W najbliższej bramie spotkałem kumpla, który później powiedział mi, kto to był.
Godzinę przed moim wyjściem zaczęła się burza. Myślałem sobie, po jabłkach, ale fartem akurat jak już wychodziłem, to przeszła, a w mieście nie było po niej śladu.
Spotkaliśmy się, zaczynamy jakimiś zdjęciami dla odmiany (ostatnio po prostu siedzenie w barze, ona herbata, ja piwo, i gadanie o duperelach), śmiejemy się z nieudanych zdjęć, dziwnych zaułków, ludzi ujebanych zielonym proszkiem z festiwalu kolorów. Gofry, historyjki z dzieciństwa na placu po farze, idziemy do baru - i tu się powtarza to samo, co na poprzednim spotkaniu.
Ja tego nie chciałem, bo nie lubię deja vu. Wyciągam rysunki, jakieś przekomarzanie się, bazgrolenie, iiiiii...
Nadchodzi moment, kiedy odprowadzam ją na autobus.
Wiecie, co w tym jest zabawnego, jaka jest pointa, morał i w ogóle?
Niemal zero dotyku. Żadnej mowy o KC.
A ona mnie kręci, cholernie mnie kręci, myślę, że ja ją też, ale... do czasu.
Bo czuję, że jeśli na następnym spotkaniu nie wejdzie nic więcej, to zwyczajnie wpadnę do Strefy Przyjaźni, będzie ze mną gadała o innych chłopcach, o zakupach, o pieskach i kotkach.
A ja nie umiem jej domknąć, bo raz że wciąż ze mnie jednak miękka faja, a dwa, że to katoliczka jest i poprawna dziewczyna.
Nosz kurwa mać.
Odpowiedzi
Que? Znaczy - masz coś
sob., 2014-06-07 21:32 — RotQue?
Znaczy - masz coś konkretnego na myśli, tylko mój poziom percepcji nie chwyta metafory, czy też po prostu zwykła, cięta, dżejzi riposta?
Racja. Tym bardziej nic nie
ndz., 2014-06-08 10:10 — RotRacja.
Tym bardziej nic nie tracę, że w październiku zmieniam miasto. Choć trochę szkoda by było zepsuć - jej siostra to moja dobra koleżanka.
Lock'n'load. Target
ndz., 2014-06-08 18:22 — RotLock'n'load.
Target acknowledged, preparing for assault...
Jasna sprawa. Będzie dobrze, a jak nie będzie to też będzie dobrze.
W ogóle zorientowałem się, że trochę mi zależało, mimo że jej w ogóle nie znałem. Teraz zależy mi mniej, co nie znaczy że nie chcę jej jako swojej kobiety, bo chcę, i to bardziej niż po prostu zaruchać. Może za miękki jestem.