
Z góry przepraszam za rozpierdol stylistyczny osoby, które podejmą próbę przeczytania poniższej treści. Artykuł zawiera jedynie własne przemyślenia.
Wielu z nas ma za sobą związki z różnymi typami kobiet. Każdy ma lepsze lub gorsze wspomnienia związane z tymi epizodami życia. Jedni są zdania, że nie stworzyliby idealnego związku z kimś kto będzie miał inne cechy charakteru i poglądy niż oni sami, inni natomiast nie wyobrażają sobie bytu z życiową partnerką z zespołem zachowań tak przecież znanych z ich własnego życia. Patrząc z mojego punktu widzenia stanowczo mogę stwierdzić, że „przeciwieństwa raczej się przyciągają”.
Zastanawialiście się kiedyś jak to jest, że facet zazwyczaj szukając materiału na żonę lub przynajmniej życiową partnerkę częściej wybierze swoje przeciwieństwo aniżeli odzwierciedlenie w kobiecym ciele? Czy to dlatego, że mężczyzna ( nawet jeżeli ma strasznie wygórowane mniemanie o sobie) uważa, że wcale nie jest taki idealny jak partnerka której wyobrażenie ma w swojej głowie? Poniżej skupię się jedynie na przeciwieństwie przedstawiającym sytuację, kiedy to facet jest czynnikiem wnoszącym więcej szaleństwa do związku. Nie będą rozwodził się nad przypadkiem kiedy to kobieta jest tą szaloną, ponieważ w przeważającej ilości wypadków takie związki nie trwają zbyt długo, a mężczyzna z kategorii grzeczniutkiego misia koala sprowadzany jest do pułapu zwykłego pizdusia, który w pewnym momencie zostanie zastąpiony gachem trzymającym swoje jaja w garści, lub kolejną naiwną ciapą.
Często rozmawiając ze znajomymi, czy to bliższymi, czy dalszymi, mogłem usłyszeć, że odkąd znaleźli miłość swojego życia, mniej imprezują, szaleją i robią mniej nieodpowiedzialne w ich mniemaniu rzeczy. Opowiadając jednak swoją sytuację w związku, nie mówili o tym z przekąsem, czy smutkiem. W ich oczach można było znaleźć swojego rodzaju radość i spokój, odkąd odnaleźli osobę z którą mogą się szarpać o część kołdry leżąc razem na łóżku. Może to było to, czego całe życie szukali tułając się po klubach i obcując z dziewczynkami z których ubranie samo spadało wraz z zamykającymi się za nimi drzwiami od mieszkania?
Po przeprowadzeniu kilku rozmów wnioski przyszły same. Ludzie którzy wcześniej byli „szaleni” dopiero po wejściu w związek ze swoim przeciwieństwem poczuli prawdziwą radość i harmonię w swoim życiu. Ta druga osoba, która wkroczyła w osobisty świat faceta zharmonizowała jego życie dopełniając je tym samym czymś, czego tak bardzo mu brakowało…miłością. On natomiast wprowadził do jej wcześniejszego, ustabilizowanego na pozór życia trochę szaleństwa i spontaniczności. Można by rzec, że złoty środek został osiągnięty (a przynajmniej fajnie by było wierzyć, że tak się stało). Jednak nie wszystko układa się w piękny wzór i mimo, że zespoły zachowań i podejście do życia dwóch kompletnie różniących się od siebie osób można stosunkowo łatwo zgrać, to już z dostrojeniem pewnych zasad wyniesionych z domu, czy też nabytych przez lata wychowywania się w takim, czy innym środowisku mogą pojawić się pewne schody. Nikt nie mówił, jednak że będzie tak łatwo i różowo. Moim zdaniem w tym miejscu potrzebna jest już pewna cecha, która musi łączyć ze sobą dwoje ludzi. Jest to mianowicie sztuka pójścia na kompromis. Bez tego związek oczywiście będzie ciekawy, burzliwy i na pewno nie pojawi się nuda, czy monotonia, ale czy tego właśnie chcemy? Do takiego „układu” potrzeba dwojga ludzi, którzy w życiu codziennym są odpowiedzialni, wyrozumiali i rozsądni (czyli posiadają pakiecik podstawowych cech pożądanych u życiowego partnera niezależnie od tego czy jest to facet, czy kobieta). Wiara w te same prawdy pozwala dojść do tego samego kresu wędrówki innymi drogami, a efekt końcowy jest ten sam- szczęśliwe życie u boku drugiej osoby.
Krocząc swoją drogą, za każdym razem, kiedy wchodzę w nowy związek lubię kierować się pewną zasadą odnośnie relacji międzyludzkich, że „związek jest jak dwie pomarańcze w jednym koszyku, a nie jak dwie połówki jednej złączone w całość”. Śmiem twierdzić, że osoby, które kierują się jedynie w myśl drugiej części powyższego zdania same nieświadomie oddziałują w sposób destrukcyjny na swoje relacje z „drugą połówką”, bo przecież i tak się nie uda. Zamiast akceptować i doceniać partnerów za to jakimi są, sprawiają, że różnice stają się głównym elementem związkowych „wojen” i zapalnikiem wszelkich frustracji. Bo niby po cholerę dbać o to co nas tak różni. Łatwiej się przecież postawić jak zbrojona betonowa płyta i wszystkiemu się sprzeciwić, albo spróbować niczym kameleon dostosować sztucznie do otoczenia, ale oczywiście nie siebie… „Niechaj to partnerka się dostosuje, bo ja nie muszę w sobie nic zmieniać” . Przez takie nastawienie fundamenty związku stają się coraz słabsze a druga osoba zaczyna czuć się lekceważona, krytykowana, a niekiedy nawet niekochana. Tchórzostwo i lenistwo partnerów sprawia, że nie potrafią oni uczciwie odnieść się do swoich problemów i zwyczajnie porozmawiać, a brak dialogu wiadomo jak się kończy…
Podsumowując( o ile jest co), szanujmy nasze związkowe przeciwieństwa, ponieważ ta nasza druga Pomarańczka posiada cechy które w pewnym sensie są dla nas atrakcyjne, a sami ich nie posiadamy. Nie wierzmy jednak ślepo, że miłość( nawet ta najprawdziwsza) przezwycięży wszystko. W szarej codzienności do wspólnego kroczenia przez przeciwności losu potrzebujemy jednak kogoś kto w zasadniczych wyborach będzie się z nami zgadzał, a nawet jeżeli nie to będzie potrafił pójść na kompromis, mimo że tak wiele będzie was dzieliło.
Pfff.. ale bajka.
Pozdrawiam
Odpowiedzi
Trzy sprawy. Pierwsza:
wt., 2013-02-26 23:18 — hideoshiTrzy sprawy.
Pierwsza: "Kompromis to przegrana dwóch stron" cytując klasyków zajmujących się demokracją. Obie strony tracą coś co chciały ugrać, po to by móc ze sobą egzystować. Ale to już filozoficzna rozkmina.
Druga: według ewolucjonistów kobiety szukają mężczyzny, który ma jak najbardziej różne od nich geny, gdyż to jest gwarantem zdrowego potomstwa (oczywiście podświadomie). Dlatego tak dziwnie, duża część z nich, "leci" na obcokrajowców, zwłaszcza tych bardziej egzotycznych.
Trzecia: To co Ty nazywasz harmonią i radością w związku, ja bym nazwał raczej tylko harmonią osiągniętą kosztem spontaniczności. Ludzie w związkach faktycznie są spokojniejsi (zwłaszcza mężczyźni), ale czy szczęśliwsi? Na krótką metę na pewno. Co też się tłumaczy tym, że mężczyźni wolni mają w sobie więcej testosteronu przez co skłonni są do bardziej ryzykownych zachowań (czytaj odpierdalania i spontanu).
Natomiast jak ja osobiście patrzę na niektóre związki, zwłaszcza ludzi, którzy byli wcześniej pełni energii, a po wejściu w związek tylko kocyk i kakałko z "drugą połówką" to rzygać mi się chce i odechciewa wszelkiego rodzaju związków. Nie chce tym ludziom się już wychodzić, poznawać ludzi i tak dalej, bo i po co? (ich zdaniem). "Zasiadują" się. Dramat. I takie panuje przekonanie. Ty to nazywasz harmonią i szczęściem.
Przeciewienstwa sie
śr., 2013-02-27 00:39 — KarlitoPrzeciewienstwa sie przyciagaja na krotke mete.
ja bym powiedział, że
śr., 2013-02-27 12:50 — kilroyja bym powiedział, że przeciwieństawa sie przyciągają tylko do pewnego stopnia. Może te różnice które wzajemnie dostrzegamy na początku mogą się wydawać atrakcyje, pociągające,ale na dłuższą mete potrzebna jest solidna wspólna baza. Na kompromisy owszem, trzeba i należy chodzić ale jeśli charaktery, zainetresowania okażą sie zbyt duże to będziesz sie tylko męczył w ograniczeniach narzuconych sobie przez daleko idące kompromisy. Wzajemne uzupełnianie - TAK, ale to jeszcze nie przeciwiestwa. No chyba że krótki gorący, namiętny romans...
Och, jaki ciekawy blog i
śr., 2013-02-27 14:03 — UndergroundOch, jaki ciekawy blog i obserwacje! Bardzo mi się podoba
Tak, rzeczywiście: znam mężczyzn, którzy kochają i są kochani w długich, stabilnych związkach. Dokładnie tak jak piszesz: mają w oczach spokój. Coś, co chyba śmiało mogę nazwać szczęściem
I znam takich, którzy ciągle szukają, zmieniają, skaczą z kobiety na kobietę, z relacji w relację... W ich oczach, kiedy się im głębiej przyjrzeć, widzę pustkę. Smutek. Mimo tych wszystkich pięknych, głośnych romansów z roznegliżowanymi, napraszającymi się kobietami.
Ale - niestety - większość związków, które znam, szczęścia ani mężczyznom, ani kobietom nie daje. Bo nie ma tam uczuć, takich pierwotnych, czystych. Nie ma naturalnego przyciągania się, tylko jakaś zgoda na siebie nawzajem dla dobra dzieci, dla pieniędzy, dla świętego spokoju, żeby nie być samemu.
Mimo to obserwacje masz nadzwyczaj trafne
Mysle, że na pewno musimy
czw., 2013-02-28 12:50 — VanityFairMysle, że na pewno musimy miec trochę roznic aby sie czyms wymieniać, czyms wiecej niż potem i spermą w w łozku
. Fatalnie jest gdy dwie depresyjne, spokojne osoby sa razem bo na dłuższą metę się wciągają w dół, nikt nie ma siły wyjsc z domu albo dodac troche spontanu. Ale to juz przypadek skrajny. Oczywiscie w pewnych kwestiach zycia, poglądow musi byc pewna zgodnosc aby codziennosc dała sie ugryść. Hmm im jestem strasza jednak uważam że rzeczywiscie połaczenie przeciwstawnosci jest ciekawe, daje wiecej zaskoczenia i kazdy wnosi do calosci cos innego ale potrzebnego.
dzięki temu druga osoba może nauczyc sie nowego postrzegania problemow, sportow, cokolwiek.. gorzej jak ta odmienosc staje sie "wkurwiajaca" bo np. poukładanej i punktualnej osobie ciezko zyc z luzakiem bez zegarka na reku.. ten zawala wazne sprawy i nawet sie nie przejmuje gdy ta druga osoba wewnatrz sie gotuje..
troche pokreciłam, ale odpowiedz nie jest taka prosta. wydaje mi sie że powinno byc kilka roznic ale takich ktore jestesmy w stanie zaakceptowac i wniesc do swoich zasad