
Mój blog o tym jak skutecznie rzucić uzależnienie trafił na główną... Bardzo fajnie, bo tytuł kłuje mnie teraz w oczy, po każdym zalogowaniu.
Opisałem proces rzucania ponieważ poznałem mechanizm fizycznego i psychicznego uzależnienia, ale jak to często w życiu bywa nie dodałem jednej istotnej rzeczy, która ostatnio przyjebała mi w ryj czymś bardzo ciężkim.
Mianowicie nie napisałem nic o wierze i jej pierdolniętej córeczce - łatwowierności.
Idąc dalej śladami mojej „twórczości” - w blogu o pewności siebie zaznaczyłem, że wiara może stanowić fundament pewności siebie i dobrze mieć coś, o co można się oprzeć - korpus przekonań i wartości, których jesteśmy w stanie bronić do ostatniej kropli krwi.
Zestawiając ze sobą te dwa blogi miałem wrażenie, że wykonałem spory krok naprzód i że mam już dla siebie gotową receptę na całkowite pozbycie się frajerstwa.
Tylko właśnie. Uciekł mi mały detal. Nie przeorałem swoich fundamentów, no i okazało się, że nie wszystko w co wierzę nadaje się żeby za to umierać. Moja wiara jest dotknięta wirusem łatwowierności i naiwności, który niszczy mi podstawy pewności siebie – bo moje oparcie nie jest w tym momencie stabilne.
Dlaczego nagle na to wpadłem ? W listopadzie napisałem tu sobie, że mam dosyć porypanej znajomości z koleżanką i olewam staranie się o nią. Wiedziałem, że ona i tak po jakimś czasie wróci sprawdzić co tam słychać u psa. No i oczywiście pojawiła się niedawno znowu, po 4mcach nieodzywania się.
Chciejstwo
Wróciła. Zagadała w typowy dla siebie sposób, że pewnie nie mam czasu, ale jeżeli jednak mam, to czy mógłbym na chwilę z nią wyskoczyć ew. żebym powiedział kiedy mam czas. (Przecież nie powiem, że nigdy..)
Skończyło się naprawdę krótkim wyjściem w trakcie, którego powiedziałem, że jak chce dalej gadać, to zapraszam do mnie na winko. Podziękowała za zaproszenie, ale oczywiście nie skorzystała. Normalnie wcześniej w takich sytuacjach pisałem z nią jeszcze eski, próbowałem składać jakieś propozycje itd. tym razem nic. Po rozmowie cisza. Nie robiłem tego wbrew sobie, po prostu zwyczajnie nie miałem ochoty.
Wyciągała mnie jeszcze ze dwa razy na takiej samej zasadzie, doprowadzając do sytuacji, w której w pewnym momencie powiedziałem, że nie chcę z nią rozmawiać o rzeczach, o których ona chce mi mówić. Przeprosiła, powiedziała, że faktycznie nie powinna i że poradzi sobie beze mnie. _No, że niby mnie potrzebowała i że zawiodłem_ Normalnie w takich sytuacjach zawsze chciałem się jej przypodobać, pisałem, narzucałem się oferując swój czas, dyktując jej mądre życiowe recepty, tym razem powiedziałem tylko „dokładnie”. Ponownie - nie zrobiłem tego mając na myśli jakąś z zasad - P&P i innych – po prostu nie chce mi się i nie widzę sensu powielać schematów, które do niczego nie doprowadziły.
Więc pytanie - po ch.. w ogóle znowu bawię się w coś, co zupełnie nie ma sensu i o czym wiem, że nie ma sensu ? Przecież to pojebane ! Właśnie dlatego, że przemawia przeze mnie tytułowe chciejstwo – tak nazwałem postawę wiary w niemożliwe. _No, że niby mnie potrzebowała i że zawiodłem_ oznacza zajebistą karmę dla łatwowiernego myślenia, że możliwe jest coś, co sprawi że to kosmiczne ciało i twarz zostanie wyposażone w tak samo zajebistą duszę, albo że po prostu ona da się przelecieć i zniknie na zawsze.
Śmieszne kurwa. Zbieram tu jebane plusiki radząc innym, co mają robić w takiej sytuacji, bo znam tę sytuację oraz możliwe scenariusze na wylot, mimo to sam nie potrafię pozbyć się tego chciejstwa.. Wchodzę do szafy setny raz wierząc, że może w końcu przeniosę się do Narnii. Wierzę w bajkę.. tylko, to taka bajka, w której przez 2 lata nic się nie wydarzyło.. Wiem, że święty Mikołaj nie istnieje, ale kładę list na parapecie.. bo a nóż coś mi przyniesie..
Niechciejstwo
Mimo chciejstwa i wiary, że wydarzy się coś niemożliwego, tak naprawdę ja nie chcę żeby się to wydarzyło.. Bo to oznacza konsekwencje, których nie potrzebuję. Tak samo jak ci goście, co czekają na UFO. Myślę, że zesraliby się ze strachu gdyby zobaczyli zielonych ludzików robiących im na żywo trepanację. Wiara po prostu potrzebuje potwierdzenia. Po co ? Żeby miała sens. A czy ta konkretna ma sens ? Nie ma bo jest naiwnością.
Zabawne, ale rozsądnie rozkładając tę znajomość na czynniki pierwsze, ja tak naprawdę nie widzę szans nawet na chwię szczęścia z tą dziewczyną. Wiem, że moje zauroczenie nią minęło, wiem, że jestem już na zupełnie innym etapie rozwoju, widzę że ona stoi w miejscu i łapie deprechy jest coraz starsza i po prostu mnie wkurwia. Ale mimo to, właśnie jako strzęp kobiecości, nad którym mam już jako tako przewagę sprawia, że aktywuje się moja naiwna postawa, w której CHCĘ IŚĆ JEJ Z POMOCĄ - bo księżniczka Fiona ostatecznie okazała się super laską... Naiwność stała się samozwańczą wiarą i jako taka szuka swojego potwierdzenia.
Chciejstwo-niechciejstwo.
Żal kurwa to wszystko pisać. Ale nie jest też tak, że zmarnowałem czas od listopada. Po prostu wiedziałem, że nastąpi ten moment weryfikacji.. w międzyczasie naprawiając inne części siebie, przypadkowo przeciąłem kabelki nie w tym miejscu co trzeba. Finalnie zjebałem, bo nie powinienem o niej zapominać, wręcz przeciwnie powinienem pamiętać ze szczegółami, tylko stracić naiwną wiarę.
Wszystkim w podobnej sytuacji polecam wreszcie wyjść z szafy. Trzeba zrozumieć, że nie ma tam przejścia do magicznej krainy. Naszym problemem nie jest fakt siedzenia w szafie, tylko wiara w to, że może kiedyś otworzy się magiczny portal. Naiwność nie wiara.
Ja w listopadzie wylazłem z szafy, nie myślałem o szafie, wkurwiałem się na myśl o siedzeniu w szafie, ale ciągle wierzyłem w istnienie magicznej krainy.
Pytanie na przyszłość, po którym już wszystko będzie dla mnie jasne i proste – co ja bym kurwa robił w tej magicznej krainie ?
P.S.
W jednym z komentarzy w listopadzie Ananas zarzuciła mi niespójność. Dziewczyno - jeżeli tobie wtedy chodziło o to, o czym piszę teraz, to muszę przyznać „czapki z głów”.. Ja wtedy o wierze zamarkowałem w mojej odpowiedzi instynktownie, ale zupełnie nie poszedłem w tym kierunku..
P.S. 2
(nie pytajcie mnie o inne panny, bo w przypadku innych nie wkręciłem sobie nigdy aż tak grubej iluzji. Kiedy dziewczyny pojawiają się albo znikają z dnia na dzień, to mnie to w ogóle nie rusza.. Dlatego „ona” zawsze wywierała na mnie inne wrażenie i cóż teraz wiem, że ja.. po prostu odbierałem to w jakimś sensie mistycznie - dlaczego ? chuj wie.. dlatego jeszcze trochę muszę tu z Wami posiedzieć...
pozdro
Odpowiedzi
Powiem ci, że czego innego
wt., 2014-03-18 15:16 — RotPowiem ci, że czego innego oczekiwałem po tytule tego dzieła.
Miałem nadzieję na niezawodne remedium na chorobę "niechcemisię", ale to co tu napisałeś też jest ważne i też ma sens.
Pamiętam jak w gimnazjum miałem pełno iluzji o kobitach, szczególnie takich dwóch - nawet wybrałem liceum i klasę tak samo jak jedna z nich, choć zupełnie nie było mi po drodze z tym, co w dalszej perspektywie zachciało mi się robić.
I w liceum też przeżywałem trochę chorą fascynację nią, aż w końcu zwyczajnie znienawidziłem ją poniekąd.
I w tamtym czasie taki właśnie miałem stosunek do dziewcząt, które nie chciały mnie zauważyć i docenić - dalej zacząłem się jeszcze bardziej alienować ze środowiska, przez co teraz mam lekko zrytą banię, trochę problemów ze sobą i lekką niechęć do poznawania kobiet.
Autentycznie.
Cholernie prawdziwe.
wt., 2014-03-18 16:29 — DepartedCholernie prawdziwe. Momentami mam wrażenie, jakbym czytał o sobie. Kwestia złudnego rozwoju, kiedy masz wrażenie, że z dnia na dzień, życie jest coraz bardziej "profesjonalnie" prowadzone, że coraz mniej może Cię zaskoczyć. Później przychodzi jeden moment, kiedy uświadamiasz sobie, że popełnia się stare błędy. Może mniej, może rzadziej, może w przypadku kogoś innego...
Ale z kolei czy jest złudny? Gdyby taki był, to nie było by momentu refleksji i przyznania się, że ma się słabość w niektórych kwestiach.
No i te jebane plusiki.
Bardzo mi się podoba ten
wt., 2014-03-18 16:53 — OrbitBardzo mi się podoba ten blog. Przypomniał mi o tym, że przy kobietach o ślicznej urodzie, a charakterze zupełnie mi nie odpowiadającym mam złudne nadzieje że "możliwe jest coś, co sprawi że to kosmiczne ciało i twarz zostanie wyposażone w tak samo zajebistą duszę, albo że po prostu ona da się przelecieć i zniknie na zawsze". Dzięki autorze
Czuję jakbym sam pisał tego
wt., 2014-03-18 20:07 — AlCzuję jakbym sam pisał tego bloga. W moim przypadku był (jest?) to efekt idealizacji i wykreowania we własnej głowie nieprawdziwego obrazu. Do tego dochodzi niedostępność, która powoduje proporcjonalny do niej przyrost pożądania. Poza tym szczypta braku konsekwencji (ile to razy obiecywałem sobie, że zrobiłem coś ostatni raz, by po kilku miesiącach stwierdzić 'co mi szkodzi') i mamy efekt jaki mamy. Pewien specyficzny rodzaj naiwności połączony z brakiem umiejętności definitywnego kończenia pewnych rzeczy, życie złudzeniami. Długo by wymieniać
Tyle kobiet, tyle randek, tyle dni w międzyczasie, a nadal mam ochotę wleźć do szafy... A co bym zrobił, gdybym przeniósł się w końcu do magicznej krainy - pojęcia nie mam...
Przechodziłem ostatnio
wt., 2014-03-18 20:54 — M4rassPrzechodziłem ostatnio dokładnie to samo w ostatniej znajomości. Prawda o tym, że ślepo się wierzy w coś co nigdy nie będzie miało miejsca, czyt. że laska jednak nie okaże się su... Egoistyczną materialistką i manipulantką oczywiście boli.
Chyba dlatego nasz rozum nie chce jej do siebie dopuszczać i cały proces trwania w gównie trwa dłuższy czas. Nie potrafiłem tylko określić tego tak dobrze jak Ty w swoim blogu. Good job! 
Dlaczego mi się to
śr., 2014-03-19 19:30 — ElpsyCongrooDlaczego mi się to przytrafiło? Czasem mam wrażenie że ludzie prości mają "prostsze problemy".
Gdy zabraknie wam wiary w oczekiwaniu na cud, to jest właśnie moment aby ugiąć nogi i się odbić.
Pisząc tego posta siedzę w swoim pokoju, właśnie wróciłem z treningu na który nie chciało mi się iść - ale gdy pomyślałem o niej dostałem wkurwienia połączonego z nadzieją.
To chyba źle, powinienem to robić tylko dla siebie.
W tle leci jakiś smutny blend którego nigdy nie słuchałem. I zaczyna się, godzina 20.30 posiedzę tak pewnie do 22 z myślą o dziewczynie która miała mnie w dupie.
Kurwa jak sobie o tym myślę to jestem pieprzonym sukinsynem. Mam przed sobą łososia, tuńczyka, i nawet charakterną piranie a dalej marzę o pieprzonej pandze pływającej w vietnamskim mule bez celu.
Idiotyczne porównanie...
Mam w telefonie numer inteligentnej dziewczyny, z podobnymi pasjami z którą da się porozmawiać i która czeka na spotkanie ze mną. A ja dalej siedzę w szafie i czekam na ufo....
Ja na razie nie będę pisał za
czw., 2014-03-20 01:02 — BigBastardJa na razie nie będę pisał za dużo na stronce. Wpadłem w "związek". Ale myślę trzeźwo i nauczyłem się "rzucać i być rzucanym".
Więc nie boję się i chuj!
Septo - mentalna szafa? Sam bym tego lepiej nie wymyślił.
P.S. Jesteś z Poznania? I ja Cię jeszcze nie znam ?
No fuckin way!
Świetny blog. Ja też jestem
pt., 2014-06-13 06:46 — irensŚwietny blog. Ja też jestem właśnie naiwny. Dokładnie: NAIWNY. Siedzę w szafie i czekam, aż otworzy się magiczny portal. Już kilka lat. Czas przyznać się przed sobą, że portal się nie otworzy, a od siedzenia w szafie bolą mnie już wszystkie kości.
Dokładnie znam to uczucie, które opisałeś w tym blogu. Naiwność i łatwowierność, nadzieja, że jednak coś się zmieni, że jednak to o czym tak marzymy, a raczej o kim tak marzymy, w końcu będzie z nami. Ale co wtedy ? Czy rzeczywiście tego chcemy ?
O kim wtedy będziemy marzyć, zanurzać się w fantazji chwili, myśleć godzinami o kimś kto nęci, zachęca, jest tuż tuż, by za chwilę zniknąć i zostawić tylko pustkę.
A do dupy z tym wszystkim.