
Mów do mnie inaczej
I część mów do mnie pytając co czuje
Przez długi czasu uważałem, że z kobietą należy rozmawiać jak z kumplem. Bez spiny, swobodnie, na każdy temat, bez skrępowania. Nadal uważam, ze to jest dobra droga. Zwłaszcza na początku. Zwłaszcza na randkach. Bez względu na urodę kobiety czy jej stanowisko lub koneksję. To jest nieważne. Nie będę krył swoich myśli, nie będę krył swojego ja, bo to na pewno wyjdzie jeśli ona okażę się fajna i będzie coś więcej. Nie przymilałem się, nie kryłem swego stanowiska, nie zgadzałem się jeśli mi coś nie pasowało. Mam podobny styl od zawsze, z natury, tu na forum też to widać, to się sprawdza z kobietami. Miałem kumpla co się podlizywał laskom, nie grał zespołowo tylko na siebie i laski zawsze wolały moje towarzystwo. Nie zapomnę pozy dziewczyny, której nie da się opisać, gdy nagle wypaliła po godzinnej rozmowie ze mną: my, nie mamy ze sobą nic wspólnego. To był koniec randki? Nie, dopiero lepszy początek. Nigdy też nie ściemniałem, ze mam 190, willę z basenem, a w garażu stoi mi buggati, bo może można, może to działa, ale na krótki dystans. Pokazywałbym, że tego chcę za wszelką cenę, ale jestem beznadziejny, bo tego nie mam, umiem tylko ściemniać o tym. Wyrywanie oszukując nigdy nie było dla mnie wyzwaniem. Nigdy tak nie robiłem, bo to by świadczyło, że się wstydzę siebie. Wyzwaniem było pójść dla mnie na randkę kiedy wszystko się waliło i nie obarczać drugiej strony swoimi problemami, ale uśmiechać się i robić fajną atmosferę, pokazywać swoją wesołą stronę, odciąć się na chwilę od złych rzeczy i spędzić miło czas z kobietą. Kumpla nie ściemniam, to dziewczyny też nie wypada.
Jednak kumpla nie pytam się co czuje. Jeśli masz problem z kobietą? Często się kłócicie? Wybuchasz? To masz problem ze swoimi emocjami. Mężczyzna jest uczony od dziecka: bądź twardy, nie okazuj uczuć, chłopaki nie płaczą (przy kobiecie nawet się nie waż, to będzie jak kastracja. Na osobności waląc w ścianę ze złości by pozbyć się emocji śmiało, nikt nie widzi, jesteś ty i twoje emocje). Ogólnie od małego uczą cię, ze masz być robot, skała. Aż mi się ciśnie tekst z filmu Perfect Opposite: „czemu baby wszystko muszą obgadać, a nie jak my, zamknąć się w sobie i umrzeć na raka”? Chcesz umrzeć na raka?
I w takich sytuacjach wchodzi komunikacja emocjonalna. Jeśli twoja kobieta zachowuje się absurdalnie, wybucha, a ty nie wiesz o co kaman, to nie reaguj negatywnie. Mężczyzna w takich sytuacjach, albo zaczyna na logicznym poziomie myśleć co się stało, albo reagować agresywnie – zaczyna się z nią kłócić lub uspokajać na siłę. Opracowałem lepszy system: co czujesz? Proste pytanie. Zadajesz do skutku aż ona zwerbalizuje swoje uczucie: czuję się zła, smutna, zraniona itd. Dlaczego czujesz się zła? Wtedy kobieta ci powie dlaczego stała się podenerwowana. Najlepiej sobie gdzieś stanąć w ustronnym miejscu,jak się otwiera już, werbalizuje uczucia, stoicie naprzeciwko i i delikatnie trzymasz ją za dłonie. Jeśli ty wybuchasz to zanim zaczniesz potok żali to zacznij od słów czuję, że… I dlaczego tak się czujesz. Mężczyźni nie gadają o swoich uczuciach. Kłębią je w sobie i się nakręcają. Kobiety zaś chcą rozmawiać o swoich uczuciach. Mężczyźni chcą zaś rozpracowywać wszystko na poziomie logicznym. W relacjach d-m nie chodzi o logikę, ale o emocję, uczucia i odczucia.
Zazdrość temat rzeka. Co oznacza zazdrość? Utratę poczucia stabilności. Czujesz się niepewnie. Jak dotąd czułeś się pewnie i komfortowo to nagle coś wybiło cię z tego rytmu. Zabrano ci poczucie stabilizacji. Jeśli sobie nie radzisz z zazdrością to usłyszysz: nie przejmuj się, zajmij się sobą. Super rady, nie przeczę, tylko trudne do realizacji. Nie okazuj zazdrości. No jasne, że dziewczyna idzie na imprezie z koleżankami, ty zgrywasz supermana, że cię to nie rusza i całą noc obgryzasz paznokcie: mam rogi, nie mam rogów. Masz na pewno chore jazdy, albo beznadziejną dziewczynę, która faktycznie niedorosła do poważnego związku i może zrobić takie świństwo. Pomijam jakieś zabranianki, kontrole. To nie twoja własność. To jest chore. Jednostkowa zazdrość jest normalna. Chroniczna już nie, bo świadczy o tym, że stawiasz tę dziewczynę wyżej niż siebie. To ona jest nagrodą. To ty masz więcej do stracenia jak odejdzie. Jeśli tak myślisz to sygnał, że twoja pewność siebie rypła. Musisz ją wzmocnić, zająć się sobą, ale musisz też wiedzieć, że masz prawo do odczuć. Możesz powiedzieć do kobiety, ufam ci, ale jakoś się czuję niepewnie, tak mam, tak czuję, co poradzę, że dzisiaj tak czuję, ale idź, baw się dobrze, bo ci ufam. Zazwyczaj jednak czujesz się niepewnie, ale musisz ostro zgrywać, że czujesz się pewny. Ja tu widzę niezły bajzel emocjonalny. Rozdźwięk, który powoduje, że twoja zazdrość jeszcze buzuje. Ale jak to masz powiedzieć, że czujesz się niepewnie przecież facet choćby srał pod siebie to musi być pewny. Może trząść się jak osika, ale musi mówić, że jest pewny. Czasem kobiety wzbudzają zazdrość i nawet o tym nie wiedzą. Ty im nie zwrócisz uwagi, że poczułeś się właśnie niepewnie, bo nie możesz mówić o swoich uczuciach. Masz je tłumić. To jak ona ma nie wzbudzać twojej zazdrości jak ona nie wie czy ją wzbudza czy nie? Jeśli kobieta wywołuje specjalnie zazdrość, gra na emocjach, sprawdza czy tobie zależy na niej, bo będziesz o kogoś zazdrosny to zmień ją, powiadam ci, że masz toksyczną dupę. Normalna kobieta doceni, że jej mówisz o swoich uczuciach. Nie odbierze tego jako zarzut, nie walnie fochem, bo masz prawo do uczuć. Zapewne wytłumaczy ci spokojnie, że coś sobie wkręcasz. Nie musisz się o nic martwić, ona cię kocha, jest jej z tobą dobrze, a jak jakiś koleś podejdzie po numer fona to mu powie spadaj choćby ferrari podjechał i znał stronę na wylot. I to jest moim zdaniem recepta na radzenie sobie z zazdrością kiedy ty sobie sam sobie z nią nie dajesz rady. Nie jesteśmy zazdrośni kiedy jesteśmy sami. Zazdrość to nie tylko twój męski problem, ale także kobiety odczuwają zazdrość. Nawet częściej. To jest problem obojga płci. Jeśli ona się czuję zazdrosna to mówisz wprost: nie musisz czuć się niepewnie, bo możesz mi ufać. W zdrowej relacji chodzi o zaufanie, dobrą komunikację i poczucie stabilności. Każdy chce się czuć pewnie.
Ostatnia część do komunikacji. Każdy wie, że liderowanie jest ważne. Masz być samcem alfa. Ty prowadzisz, ty wiesz co robicie, jesteś kapitanem na tym okręcie. Tylko to jest super w momencie kiedy kobieta nie wie co macie robić, gdzie iść, jak podążać. Jeśli kobieta ma swoje zdanie, a ty swoje to polecam tekst: ustąpię ci jak gentleman. Kobieta jest zadowolona jak dziecko. Nie ma sporu, nie ma głupich kłótni. Czy ja ciągle ustępuję? Często tym tekstem i jeśli coś jest dla mnie ważne to stosuję dużo rzadziej tekst: tyle razy ci ustępowałem, że teraz twoja kolej. Nie trafiłem na taką upartą i w sumie głupią, żeby się zacietrzewiała. Ona wie, że ona i tak jest do przodu, częściej jej ustąpię. Ten nawyk zaoszczędził mi masę głupich kłótni. Nie czuję się zebytyzowany, bo skoro ustępuję to automatycznie to ja coś mam i coś odstępuję. Gentleman zaś to dobry wzorzec zachowania. Ciągnięcie do góry, nie do dołu.
Reasumując trzy teksty warte wplecenia:
- co czujesz?/ Ja czuję, że...
- czujesz się niepewnie? Nie masz powodu, możesz mi ufać/ Ja czuję się niepewnie, ale ci ufam.
- ustąpie ci jako gentelman
Dominnikow polecił mi dawno temu książkę: Porozumienie bez przemocy" Rosenberga. Zacna lektura. Jeśli ktoś chce mieć zdrowe związki to lektura obowiązkowa.
Bonus do tej części:
Mam takie rozróżnienie. Spotkanie – zapoznanie z kobietą, jak kumpel. Randka – wiadomo czyste rendez vous. Zazwyczaj pytam kobietę czy to na początku czy w trakcie czy to jest randka czy spotkanie? Akurat za pierwszym razem mam najśmieszniejsze związane z tym wspomnienie. Zapytałem przed wyjściem co to ma być? Wytłumaczyłem rozróżnienie. Ona odparła: powiem ci pod koniec jak się u widzimy. Pytam się jej tego dnia, a ona do mnie: to była randka, na spotkanie to można iść z babcią. I nie usłyszałem będąc z kobietą, że jesteśmy na spotkaniu, a w sumie nie miałbym nic przeciwko, bo lubię poznawać ludzi. No offence. Aczkolwiek jednocześnie dostaję pewną flarę. Ona nie patrzy na mnie jak na kumpla. Rozpatruję mnie w innych kategoriach.
II część mów do mnie w innym języku
Na początku relacji kobieta i mężczyzna są jak dwie tajemnice, które zgłębiają się nawzajem. Ich rozmowy to konwersacje na przeróżne tematy. Jednak przychodzi szarość dnia w którym zaczynają się przewijać tematy: dom, praca, edukacja. Typowe ble ble bla bla. Wkrada się rutyna. Właśnie w tym momencie można pomyśleć o subtelnej acz rewolucyjnej zmianie. Można sobie wyznaczyć jeden, dwa dni w tygodniu w którym będziecie rozmawiać ze sobą np. po angielsku. Ma to ten walor, że nawet nudne tematy w innym języku nabierają kolorytu, zwłaszcza jak opowiadasz coś na około lub tłumaczysz, bo ci uciekło słowo. Nie raz można wybuchnąć śmiechem. Zwłaszcza, że kobiety zazwyczaj jeśli chodzi o umiejętności językowe stoją na wyższym poziomie niż mężczyzna. Dodatkowo razem się rozwijacie, bo używany język sam się niejako polepsza.
Paradoksalnie to może być remedium dla tych najbardziej rozgadanych i słitaśnych bluszczów, bo po polsku łatwo nawijać godzinami, ale po angielsku to już trud.
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że teoria teorią, a praktyka lubi zaskoczyć. Propozycja wydawało się, że ma tylko same walory, okazało się, że ma plusy dodatnie i plusy ujemne. Aczkolwiek popełniłem dwa błędy. Po pierwsze zbyt ambitnie chciałem rozmawiać tylko po angielsku. Zasada, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu tutaj sprawdziła się z całą surowością. Po drugie, co ważniejsze zawiódł mój timing. Wybrałem zły moment na wplecenie tego, bo nie spostrzegłem, że relacja już się wypalała. To był katalizator o dziwo, by kobieta szybciej odeszła. Sumą sumarum faktycznie plus ujemny, bo to już było nie do uratowania w tym roku. Następowałby rozkład powolny i postępował etap gnilny. Parę razy przy kawie miałem przyjemność nadmienić o tym kobietom i reakcję były pozytywne. Zazwyczaj dostawałem vlepkę: ambitny. To nie jest jednak trick na początek czegoś nowego.
Tekst podobny do po prostu do vibe - http://www.podrywaj.org/blog/po_..., ale napisany dużo, dużo wcześniej.