Portal Uwodzicieli
Witryna poświęcona relacjom damsko męskim oraz budowaniu międzyludzkich więzi emocjonalnych.
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit END.

Z deszczu pod rynnę. by hideoshi

Portret użytkownika hideoshi

Na początku wypadałoby przywitać Was wszystkich, drodzy użytkownicy, z racji mej świeżakowatości na tej stronie Smile Po przebrnięciu przez wszystkie rytuały przejścia, którymi raczy nas ten portal, w końcu mogę uzewnętrznić swoje rozterki w postaci bloga. Taaak, upragniona chwila Wink

To nad czym chciałbym się porozwodzić będzie próbą odpowiedzi (a właściwie poszukiwania tej odpowiedzi) na proste pytanie: "jak żyć?". Operacjonalizując to pytanie: jak żyć z wiedzą, którą się posiada o stosunkach damsko - męskich oraz jak znaleźć w tym wszystkim szczęście? Moja wiedza, trochę różni się od wiedzy z portalu, choć jej skutki są podobne.

Panowie i Panie! Zacznijmy od początku.. Pierwszym krokiem w zdobyciu wiedzy o relacjach ludzkich, jest chęć wyjścia, a potem wyjście z osławionej już iluzji. Czymże jest ta iluzja? To są wszystkie normy, zwyczaje i schematy postępowania, których uczymy się przez całe życie. Innym słowem - socjalizacyjne brednie. Jednak, żeby wyjść z iluzji trzeba mieć pewną alternatywę, gdyż nikt nie jest w stanie egzystować w próżni. Co może być tą alternatywą? Otóż mogą nią być tzw. systemy eksperckie, które pomógł nam zdefiniować nie kto inny, ale sam Anthony Giddens (tak, to ten od trzeciej drogi). Czym są te systemy eksperckie? Jest nim na przykład ta strona. Daje ona nam wiedzę, jak można żyć inaczej.. Albo inaczej - bardziej skutecznie o! Co więc wynika z takiej wiedzy, którą przekazują nam systemy eksperckie? Ano wynika, że faktycznie stosując się do kilku ogólniejszych porad, które dopasowujemy do konkretnych sytuacji (w tym wypadku kobiet - i to skuteczność tego dopasowania nazywamy praktyką) może żyć dużo skuteczniej. Łatwiej się nawiązuje kontakty, łatwiej buduje związki. Właśnie - czy łatwiej się buduje związki?

Powoli więc zbliżamy się do sedna tego wpisu. Pozostało mi jeszcze wytłumaczenie Wam, moi drodzy czytelnicy, jak ja rozumiem szczęście z kobietą. Otóż moi drodzy - o ile dobrze rozumiem przesłanie strony, kobieta ma być tylko dodatkiem do życia, zgadza się? Tak. Moim zdaniem tak nie jest. Jak to się pytacie? Ano tak to, że mając już za sobą proces zbudowania siebie, wyrobioną pozycję, pasje, zawód i szczęście z samym sobą zaczyna brakować osoby, z którą można to szczęście dzielić. Można być mega silnym dla siebie, dobrze czuć się w swoim towarzystwie. Można. Jednak to nie uchroni nas przed nieuchronnym i naturalnym stanem, który nazywa się samotnością. Wracamy do pustego domu i co się okazuje? Że nasze szczęście jest niewiele warte jeżeli nie ma go z kim dzielić. Traktując kobiety jako dodatek do swojego życia, ten dziwny demon, zwany samotnością nie odejdzie. Tworzy się więc pustka. Można co prawda tą pustkę zapełniać doraźnie, spotykając się dużą liczbą kobiet, jednak to będzie jak jedzenie serka homogenizowanego na obiad. W konsekwencji pustka nie przeminie. Dlatego też związek oparty na traktowaniu kobiety jako dodatku jest tym samym. Będąc z jedną kobietą, która jest dodatkiem jemy ten serek.

Dlatego też moim zdaniem, dojrzały związek powinien opierać się na tym, że kobieta jest częścią Naszego życia. I to częścią integralną, taką dzięki której system zyskuje kolejny mechanizm, który go napędza. Tylko w ten sposób można tą pustkę zapełnić.

I teraz przechodzimy, moi drodzy wytrwali czytelnicy do sedna. Jesteśmy w związku z kobietą, która nam odpowiada i tak dalej. Fajnie co? Ano fajnie. Tylko zamiast się tym cieszyć zaczynamy podpasowywać go pod swoją wiedzę i schematy, które zafundował nam system ekspercki. Mamy taką wiedzę, że nie cieszymy się chwilą, tylko stosujemy te wszystkie metody by związek ten był trwały. Nawet gdy już jest trwały, to tak dla zasady i z bojaźni przed przyszłością, dalej brniemy w schematy i metody by bardziej go utrwalać. Czy jesteśmy wtedy szczęśliwi? Przedkładając emocje nad schematy postępowania? Wpadliśmy więc w kolejną iluzję. Iluzję budowania szczęścia. Polega ona na tym że stosując te wszystkie metody i schematy osiągniemy w końcu wymarzone szczęście. Jednak tak naprawdę będziemy tylko ciągle dążyć do jego zbudowania. Takie never ending story. Lub przerost formy nad treścią. Czy więc iluzja socjalizacyjna jest taka zła? Może nie daje nam władzy i kontroli. Żyjąc w niej popełniamy całą masę błędów interpersonalnych. Tylko właśnie jest taka zasadnicza różnica. Ona pozwala nam naprawdę żyć. Naprawdę poczuć szczęście, mimo że to szczęście obiektywnie nie istnieje, jeżeli spojrzeć z perspektywy wiedzy - tylko co z tego? Ważne, że istnieje subiektywnie. Ta iluzja nie daje nam narzędzi by kontrolować i ciągle zmuszać się do refleksji. I tutaj właśnie moi drodzy, jeszcze bardziej wytrwali czytelnicy, rodzi się pytanie: "Jak żyć panie premierze"? Jak być szczęśliwym z taką wiedzą?

Polski filozof, Leszek Kołakowski zauważył kiedyś, że w naszej kulturze ludzie coraz bardziej odwracają się od religii. Konsekwencją tego jest zjawisko, które nazwał on "odwetem sacrum". Polega ono na tym, że religia dawała pewny obraz rzeczywistość, który dzielił ją na pewną dychotomię: biało - czarności. Postępowało się tak, żeby było biało i człowiek był szczęśliwy. Żył w iluzji, ale nie przeszkadzało to odczuwać mu autentycznego szczęścia. Kiedy człowiek natomiast odwraca się od religii i jej systemu aksjomatyczno - normatywnego, pozostaje zagubioną myszką w polu, która mimo większej świadomości życia, nie bardzo wie gdzie ma iść, jak i w ogóle co ma ze sobą zrobić, żeby się w tym życiu odnaleźć.

W tym przypadku możemy mówić o odwecie iluzji socjalizacyjnej. A pytanie pozostaje to samo.

Krótka notka o autorze: autor jest bacznym obserwatorem życia społecznego, który odkąd pamięta próbuje rozgryźć i zrozumieć stosunki międzyludzkie. Ostatnio jednak stara się pogodzić swoją wiedzę z życiem i potrzebą szczęścia.

Odpowiedzi

Portret użytkownika expat

Bardzo ciekawy tekst, jeden z

Bardzo ciekawy tekst, jeden z bardziej wartościowych. Odniosę się tylko do jednego punktu a mianowicie roli kobiety w naszym życiu...z mojej perspektywy i doświadczeń wynika, że kobieta, aby związek funkcjonował harmonijnie nie może być ani dodatkiem do naszego życia ani nie może stanowić jego celu. Kluczem jest równowaga i trzymanie "lejców" w związku z odpowiednim pociąganiem w lewo i w prawo jak zachodzi tego potrzeba. Kiedyś ktoś napisał, że wszystko co mamy jest gówno warte, jeżeli nie mamy się tym z kim podzielić i to prawda...tu powiem coś może kontrowersyjnego, ale sytuację ratują bardzo mocno...dzieci. Możliwość patrzenia jak rosną, przekazywania im pasji i wiedzy to coś co daje niezły napęd na dobrych kilkanaście lat.
Pozdrawiam serdecznie.

Portret użytkownika hideoshi

No właśnie to "trzymanie

No właśnie to "trzymanie lejców w związku" jest istotą tego wpisu. Jak można cieszyć się obecnością drugiej osoby, razem celebrować swoje szczęście, skoro nie można "normalnie żyć" tylko cały czas analizować jej zachowania?
Ja osobiście, od kilku lat podchodzę do tego w ten sposób, że wartościowa kobieta jest jednym z celów w moim życiu (oczywiście chronologicznie najpierw trzeba "ogarnąć siebie" - z tym przesłaniem strony się zgadzam). Natomiast w praktyce różnie do bywa. I tutaj przyszła pora na kwestię tych dzieci. Nie wiem czy to nadinterpretacja Twoich słów z mojej strony, ale wychodzi z tego, że kobieta jest tylko środkiem do osiągnięcia celu, jakim jest potomstwo, które nadaje nam sens życia? Zgadzałoby się to z założeniami neodarwinizmu Smile

Portret użytkownika Dazwid

Bardzo ciekawy tekst z którym

Bardzo ciekawy tekst z którym się w pełni zgadzam. Jeżeli będziemy wciąż siebie kontrolować, chyba nigdy nie będziemy tak do końca szczęśliwi. Kobieta owszem nie może być naszym celem w życiu ale w moim przekonaniu powinna być jego bardzo ważną częścią. Dlatego pełne szczęście osiągną Ci którym wszystko będzie przychodziło w naturalny sposób, którzy będą podejmować decyzje intuicyjnie. Związek z kobieta ma dopełniać nasze życie i czynić nas szczęśliwszymi, a nie przynosić tylko utrapienie. Dlatego trzymajcie emocje na wodzy ale nie postępujcie według schematów. Wrzućcie na luz i czerpcie przyjemność Wink

Religia aż tak znacząco

Religia aż tak znacząco wpływa na postępowanie i wartości ludzkie? Przecież system narzuca nam również normy postępowania. Tyle, że mamy inną drogę do szczęścia niż w przypadku drogi wiary.
Czy Polak mocno wierzący w chrześcijaństwo będzie szczęśliwy sam ze sobą? Bez rodziny, z warunkiem pozwalającymi jakoś żyć? Pytam się, bo osobiście nie znam takiej osoby. Brakuje mi argumentów do tej części bloga.

Portret użytkownika hideoshi

Już śpieszę ze sprostowaniem.

Już śpieszę ze sprostowaniem. Termin Kołakowskiego został tutaj użyty (a właściwie zapożyczony trochę) bardziej w formie w jakiej wypisałem, czyli z akcentem na odwet systemu wartości (religia ma tu mniejsze znaczenie). Jednak o ile dobrze pamiętam tekst tego filozofa, a czytałem go jakieś 1,5 roku temu, chodziło mu o czasy, kiedy religia taką formę właśnie pełniła. Nie chodzi tu o samą wiarę (która przybiera coraz bardziej indywidualną formę) lecz o przyjęcie całego systemu normatywnego wiążącego się z religią katolicką. Zapewne chodziło o czasy bliższe feudalizmowi niż kulturze konsumenckiej w Polsce, gdzie religia była jedynym uniwersalnym systemem wartości postępowania. Ale odsyłam tutaj do tekstu: Lech Kołakowski "Odwet Sacrum w kulturze świeckiej" jeżeli chcesz rozwiać swoje wątpliwości co do roli religii.
Pozdrawiam!

Fakt, pan Kołakowski dłużej

Fakt, pan Kołakowski dłużej stąpa po tej planecie ode mnie, dlatego też ma inne spojrzenie na świat. Warto uczyć się od starszych, postaram się przeczytać ten tekst polecony przez Ciebie. Niech stanowi dopełnienie powyższej wypowiedzi.

Udało Ci się rozwiać wszelkie niejasności w tym niezrozumiałym dla mnie fragmencie bloga, za co dziękuje. Miłego dnia!

Portret użytkownika Rafał89

Z tą religią to poniekąd jest

Z tą religią to poniekąd jest prawda. Kiedy ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że żadnych wróżek i innych czarownic nie ma to pojawiła się pewnego rodzaju pustka. Tym bardziej nasiliło się pytanie - o co w tym wszystkim chodzi? Ano o nic nie chodzi. Po prostu jest, a ja się staram przeżyć swoje życie najlepiej jak potrafię. W moim przypadku trwało to coś koło roku (pustka).