(Ostrzeżenie: blog całkowicie początkującego - nic ciekawego).
Sporo czasu minęło od ostatniego wpisu. Do niedawna nic wielkiego się nie wydarzyło. Kilka poznanych dziewczyn, które jednak mają chłopaków (a ja nie chcę się mieszać do czyjegoś związku). Jakaś wymyślona rutyna, która nawet działa, ale przestałem jej używać, bo używanie ciągle tego samego schematu mi nie pasowało. No i zmieniłem swoje podejście, co chyba przynosi bardzo fajne skutki.
Po kolei... Krótko po moim ostatnim wpisie założyłem sobie zeszyt, który nazwałem "Dziennik treningowy". Codziennie zapisuję sobie, co w podrywaniu chcę danego dnia osiągnąć, a wieczorem krótkimi punktami opisuję jak mi to poszło, podzielone na części "sukcesy", "porażki" i "wnioski". Nie wiem, czy mi to pomaga, ale na pewno nie szkodzi. Chyba dzięki temu trochę poważniej podchodzę do całej sprawy. No i jak w końcu będę lepszy, to miło będzie poczytać i zobaczyć, ile mi się udało osiągnąć.
Poznałem też nową dziewczynę: Pojechałem do swojego ulubionego centrum handlowego i chwilę się kręciłem, bojąc się zagadać. W końcu się wkurwiłem na siebie i wypaliłem przygotowany otwieracz do pierwszej mijanej dziewczyny - pytanie gdzie tutaj mogę kupić naboje do pióra. Zaraz zaczęła mnie oprowadzać po centrum i razem szukaliśmy odpowiedniego sklepu, trochę przy tym rozmawiając. Właściwie to ta rozmowa nie bardzo mi wychodziła, ale ona pomagała. Chyba chciała mnie poderwać. W końcu się okazało, że nigdzie atramentu nie kupię. Zamiast tego zaproponowałem, żebyśmy poszli teraz razem na kawę. Najpierw drobna wymówka z jej strony, ale łatwo się zgodziła.
I to już poszło świetnie. Świetny raport i attraction, dobre kino pod koniec. Po kilku dniach zadzwoniłem i kiedy się przedstawiłem, usłyszałem jak jej głos szczerze zmienia się na bardzo radosny. Umówiliśmy się na piątek wieczorem (dzwoniłem w poniedziałek). Tylko ona nie wiedziała jeszcze o której będzie kończyć pracę, więc miała do mnie zadzwonić jak się dowie. Po tej rozmowie byłem dosyć niezadowolony, bo było słychać, że jestem zestresowany - bo naprawdę chciałem się z nią spotkać, a poza tym to był jeden z moich pierwszych telefonów w tutejszym języku.
Dziewczyna nie zadzwoniła. Kilka dni potem wysłałem jej SMS-a (była akurat za granicą, a poza tym przez trudności z językiem w rozmowie pewnie wypadłbym gorzej): "Tam skąd pochodzę, ludzie się informują kiedy postanowią odwołać spotkanie :-/ Powodzenia na rozmowie" (akurat miała mieć rozmowę kwalifikacyjną do ważnej firmy). Żadnej odpowiedzi. Szkoda, wydawała się naprawdę ciekawą i fajną dziewczyną, no i mieliśmy sporo wspólnych tematów i zainteresowań. Nie była co prawda jakąś super pięknością, ale dosyć ładna. A poza tym, chciałem posmakować trochę egzotycznych kuchni, a ona pochodziła z Karaibów i miała kilka fajnych cech urody typowych dla tamtych okolic.
No i najważniejsze - okazało się, że pracuje w tamtym centrum handlowym, więc od tego czasu już tam nie jeżdżę - jakoś głupio by mi było ją spotkać albo coś próbować na jej oczach.
Zdołowany jej brakiem odpowiedzi, postanowiłem napisać do dziewczyny, o której wspominałem w poprzednim wpisie (bardzo ładna i bardzo mną zainteresowana, pogadaliśmy tylko trochę i umówiliśmy się, że się spotkamy jak wróci w styczniu do miasta). "Hej! Mam nadzieję, że nie zmieniłaś zdania. Ja wciąż się cieszę na nasze spotkanie
Co u Ciebie?". Tak, wiem. Ale chciałem sobie poprawić humor po tamtej piratce z Karaibów. Nie wyszło, bo i ta dziewczyna nie odpisała (później, kiedy mimo to zadzwoniłem po jej powrocie do miasta, nie odbierała).
Ponieważ centra handlowe mi odpadły, znalazłem fajną ulicę, na której zazwyczaj kręci się dużo atrakcyjnych dziewczyn. Więc prawie codziennie tam jeździłem. Wymyśliłem sobie taki schemat:
Ja: Przepraszam, czy wiesz gdzie jest K? (nazwa popularnej kawiarni)
Ona: Bla bla bla, tam.
Ja: Dużo o niej słyszałem. Wiesz czy jest w niej coś specjalnego?
Ona: Bla bla bla.
Po tym już zazwyczaj wiedziałem, czy chcę daną dziewczynę poznać. Jeśli tak, to pytałem, czy ma ochotę na kawę. Czasami dziewczyna akurat szła w tą stronę, więc mnie odprowadzała i można było nawiązać trochę dłuższą rozmowę. Jednak w ten sposób potrafiłem zagadać niewiele dziewczyn. Wciąż wiele excusów.
Postanowiłem oprócz notatek w "Dzienniku Treningowym" codziennie zapisywać też proste statystyki: ile fajnych dziewczyn zagadałem, przy ilu stchórzyłem. Ile atrakcyjnych (po zagadaniu) dziewczyn zaprosiłem na kawę, a przy ilu stchórzyłem. To był świetny pomysł. Do tej pory tłumaczyłem się, że spotykam codziennie mało atrakcyjnych dziewczyn. Teraz zobaczyłem, że mógłbym zagadywać codziennie kilka razy więcej dziewczyn. No i kiedy rano zapisałem sobie w dzienniku, że na plan na dzisiaj to wpisać sobie wieczorem zero niezagadanych dziewczyn, to działało motywująco.
Mimo to, nie byłem zadowolony. Ciągle waliłem tym samym wyuczonym tekstem. Poza tym, żeby zagadać dziewczynę w trochę innych okolicznościach (np. na przystanku) albo innym, ale równie prostym otwieraczem, musiałem się długo i mocno spinać. Niby poznałem kilka dziewczyn, ale albo miały chłopaków/narzeczonych (chociaż były chętne na kolejne spotkanie) albo się potem nie odzywały.
Jednego dnia było tak zimno, że zamiast na ulicę, pojechałem do centrum handlowego. I całkiem się załamałem - nie odważyłem się zagadać do żadnej dziewczyny, choć tego akurat dnia widziałem dużo bardzo atrakcyjnych dziewczyn w świetnych okolicznościach. Zrozumiałem, że przez ten cały czas nie zrobiłem prawie żadnych postępów - tylko wymyśliłem kilka sztuczek, jak obchodzić swój strach. Zupełnie nie w ten sposób chciałem się rozwijać. Wróciłem do siebie z ogromnym dołem, powłóczyłem się po okolicy, bo co innego robić. Chwila zawahania, czy sobie nie odpuścić. Po godzinie z hakiem: Ale przecież jak odpuszczę, to dalej będzie taka sama pustynia w moich kontaktach z kobietami, więc pewnie depresja wróci. Trzeba coś z tym zrobić, ale teraz zupełnie innymi metodami.
I w tym momencie chyba otworzył się w moim życiu zupełnie nowy rozdział. Teraz kiedy o tym myślę, to brzmi to jak z jakiegoś głupiego filmu dla zakompleksionych nastolatków. Ale ponieważ pisanie idzie mi strasznie wolno, to już napiszę w kolejnym wpisie, tym razem już chyba bez tego ostrzeżenia na górze, bo zajebiście jestem z siebie dumny 