Portal Uwodzicieli
Witryna poświęcona relacjom damsko męskim oraz budowaniu międzyludzkich więzi emocjonalnych.
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit END.

Some Myself

Portret użytkownika Boreae

Wycinek pochodzący z mojego nowo założonego bloga. Jak się komuś chce to niech czyta.

---

Pierwsze pytanie, jakie nasuwa mi się w danym momencie na myśl brzmi „po co piszesz tego bloga?”. Wypadało by na nie odpowiedzieć. Podczas tworzenia domeny uznałem, że chcę tu obnażyć cząstkę własnej duszy… cóż, to by była trafna myśl. Myślę że jest ona prawdziwa, o ile cokolwiek w moich myślach jest prawdą. A co mnie skłoniło by odsłonić to co kryje się w moim umyśle? Zwykła rozmowa, jedno dość zaskakujące dla mnie zdarzenie… ale to były tylko bodźce.
Właściwą część wpisu zacznę od polecenia piosenki którą katuję od prawie dwóch godzin… Breaking Benjamin – The Diary of Jane. Kocham rock za takie brzmienia, za to przesłanie, za intensywność która wbija się w rytm moich myśli… Ale to tak przy okazji. Przejdźmy do właściwego wpisu.

W tym wpisie postaram się sam sobie odpowiedzieć, czego szukam w życiu. Postaram się to zanalizować sam, bo przed chwilą rozmawiając z przyjaciółką doszedłem do tych przemyśleń. Teraz je wykrystalizuje, uporządkuję i zachowam tu na tym wpisie.
Miłość. Czy ja ją jeszcze potrafię poczuć? Mam wątpliwości po dzisiejszym dniu. Zauważyłem w sobie spore zmiany, które zaszły zapewne już dawno, ale dzisiaj uderzyły mnie jaskrawą barwą po oczach. Dostałem dziś wiadomość od koleżanki. Wiadomość ta była przekazana od osoby, którą cenię chyba najbardziej na tym świecie. Od dziewczyny, którą uważam za jedną z nielicznych, z którą mógłbym kiedyś być. Wiadomość doszła po długiej przerwie spowodowanej problemami ów przyjaciółki. Dowiedziałem się z niej, że jest szczęśliwa, że jakoś sobie radzi z problemami (była dosłownie katowana przez matkę, sprawa została zgłoszona na policję i jak na razie jest w toku), że jej rodzina dostała kuratora, a ona sama chce się przenieść do internatu. Była jeszcze jedna informacja… ma chłopaka. Cóż, gdy to przeczytałem, poczułem ukłucie w okolicy serca. Na chwilę brakło mi tchu. Ułamek sekundy. Zaraz potem naszło mnie uczucie spokoju. I szczęście. Serce przyśpieszyło i wiedziałem, skąd się to wzięło. Cieszyłem się, że ma kogoś przy sobie. Kogoś, kto może jej dać wsparcie, przytulić… Tak, kocham ją. Ale myśląc nad tym głębiej zastanawiam się, czy nie jest to miłość taka przyjacielska. Zależy mi na jej szczęściu, ba… pociąga mnie jej charakter, ale nie poczułem zazdrości. Ucieszyłem się z tej wiadomości, choć w głębi duszy to szczęście paradoksalnie mnie zasmuciło. Czemu nie odczułem zazdrości? Myśląc trochę o tym zauważyłem, że czuję to nie pierwszy raz. Spotykałem wiele dziewczyn, kilka jest dla mnie do tej pory niesamowicie bliskich, ale gdy przychodził taki moment że nasze drogi się rozchodziły, gdy ze związku, prób mimo dobrych chęci i zapewnień nie wychodziło nic… ja nie czułem zazdrości. Gdy słyszałem słowa „nie mamy przyszłości” nie czułem tego negatywnego uczucia. Gdy dziewczyna mnie informuje ‘ale fajnego chłopaka spotkałam dzisiaj… taki przystojny…’ ja nie reaguję. Do tego stopnia jestem obojętny, że słyszę pytanie „zależy Ci choć trochę na mnie?” na które odpowiadam szczerze „tak”. Nie potrafię tego zrozumieć, że nie mam problemów z zazdrością. Kiedyś… kiedyś go miałem. Cierpiałem przez to. Dwie pierwsze miłości były niczym odurzenie. Jak narkotyk. Poczułem wtedy smak uzależnienia, tego uczucia które sprawia że chcemy robić rzeczy których zwykle się baliśmy. To było dużo lepsze niż alkohol. Lepsze niż wszystko co czułem wcześniej. Od tego uczucia, szybkich uderzeń spłoszonego szczęścia można się uzależnić. I skończyło się to przy drugim zakochaniu. Byłem typem człowieka zamkniętego w sobie. Kogoś, kto unikał imprez, wychodzenia z domu… Byłem romantykiem, przykładem romantyka książkowego – wzdychającego do wybranki i idealizującego ją ponad wszelkie możliwości. I gdy postanowiłem wyznać swoje uczucie – spotkałem się z reakcją dość delikatną (przynajmniej widziałem że stara się mnie nie zranić), lecz dosadną. Jej słowa w zasadzie miały jedno przesłanie – chłopaku, jak się nie pozbierasz, nie zaczniesz żyć to całe życie sobie spierdolisz. Nie jesteś teraz ciekawy dla nikogo.

Bolało. Ogromnie. Cały tydzień załamania, depresji. Nie chciałem jeść, nie mogłem spać… aż do czasu, gdy postanowiłem się zemścić. Tak, upadłem wtedy tak nisko, że chciałem mścić się na dziewczynie. Aczkolwiek nie w taki sposób jak reszta chłopaków. Ja od zawsze byłem subtelny. Chciałem jej udowodnić, że straciła kogoś wartościowego. Chciałem jej pokazać swoją wartość, udowodnić jej że się myliła. Więc zacząłem szukać w internecie sposobu na podrywanie kobiet. Znalazłem. Strona dość ciekawie była przedstawiona. Sposoby klarowne. Dostałem do ręki klucz. Jednakże już wtedy rzuciła mi się pewna swego rodzaju maksyma tej strony – „Kochaj kobiety, nigdy nie krzywdź”, przy czym często dodawano „nie popełniaj ich błędów, ucz je!”. A co było tym kluczem? Kilka cech charakteru: Pewność siebie, silny charakter, zasady, uśmiech, błyskotliwość, dbanie o sferę emocjonalną kobiety… postanowiłem spróbować. Cóż… to wszystko okazało się prawdą, co na prawdę było dla mnie grubym zaskoczeniem. Dostałem rozwiązanie do rąk, które działało! Zacząłem z niego więc korzystać. Poznawałem kolejne kobiety. Moja lista znajomych wydłużyła się o wiele nazwisk. Przestałem bać się ludzi. Zacząłem wychodzić na dwór, bawić się życiem, cieszyć się momentami, ulotnością chwili. Ta euforia, ta możliwość zachłyśnięcia się życiem… to jest dla mnie do tej pory największą wartością w życiu. Gdzieś jednak w moim wnętrzu zaczynało dziać się coś, czego nie zauważyłem, a co właśnie dzisiaj odkryłem. Ten sposób działał na każdą kobietę. Wystarczyła spontaniczność, upór, humor, siła przebicia i szczerość. Nauczyłem się do tego kontrolowania ludzkich emocji. To było cudowne. Miałem wreszcie władzę nad własnym życiem! Wtedy zacząłem szukać wyzwań, udowadniać sobie że mogę więcej. Zacząłem robić rzeczy, których nie wypada. Łamać tabu. Byłem na przekór panującym w społeczeństwie zasadom. Były rzeczy małe, jak choćby wracanie ulicą tyłem i śpiewanie utworów zespołu Metallica. Były i większe, jak wracanie po kilku piwach spokojnie obok radiowozu, bez strachu (mimo że jestem niepełnoletni i oni mnie wtedy obserwowali). Czułem, że mogę wszystko. Że jestem Bogiem. Zwiększałem poprzeczkę. Akrobatyka. Wiele siniaków. Jutro jadę na pierwsze spotkanie ze sztuki walki – Capoeiry. Wciąż usiłuję rozbić swoje słabości. Walczę z nimi. Ale zwiększając moje pragnienia zwiększyłem również wymagania co do kobiet. Teraz to zauważyłem. Nie potrafię już się zakochać. Nie umiem tak bez pamięci, po prostu żyć nią, oddychać… nie czuję już tego. Mimo, że mam to, czego od zawsze chciałem i czuję się szczęśliwy to brak mi tego uczucia. Wyzwoliłem się od uczuć zazdrości, złości, nienawiści, smutku… czy to jest na prawdę dobre? Teraz mam wątpliwości co do tego. Czuję że coś obok mnie przemija, przemyka mi poza zasięgiem moich dłoni a ja nic nie mogę z tym zrobić. Czy byłem kiedyś w związku? Chwilami… zaraz jednak szybko uświadamiałem sobie że to nie jest to czego szukam. A czego pragnę? Miłości. Jakiej? Tej wspaniałej, wzniosłej. Chcę się w niej pogrążyć do cna. Dotknąć tej esencji szczęścia. Ale jakoś nie znalazłem do tej pory żadnej kobiety, która mogłaby mi to dać. Żadna nie jest na tyle nieprzewidywalna, żadna nie rozumie mnie na tyle bym mógł dla niej mówiąc wprost oszaleć. Pragnę kobiety, która kochałaby tak jak ja tą grę zwaną uwodzeniem. I która znałaby zasady i chciała w nią grać. Która by po prostu nie reagowała jak poparzona na słowa ‘uczę się uwodzenia’ i nie chciała słuchać wyjaśnień. Bo wyjaśnienie jest takie, że robię to właśnie dla kobiet. Chcę być profesjonalistą. Dać im szczęście. Pragnę po prostu nieść ten płomyk obdzielając innych jego światłem. Chcę być tym chybotliwym płomykiem. Czy to tak wiele? Chcę kobiety która potrafiłaby mnie zaskoczyć, która wyszłaby poza schemat. Która nie dałaby się pokonać w kilku prostych ruchach, lecz toczyła grę bardzo długo. Najlepiej całe życie. Uważam, że z miłością jest jak z grą w szachy… nauczanie młodzika jest nudne. A ja nie chcę dziewczyny zielonej w tej grze. Chcę mistrza. Nie sztucznego mistrza który wykuł te zasady na pamięć. Chcę kobiety, która ma to w duszy. Która ma intuicję. Która zrozumie to, co czuję. I czego pragnę. Może i szukam ideału, ale czy to jest właściwie ideał? Dla mnie nie. Sam znam małżeństwo, które opiera się na podobnym zrozumieniu. Które kocha swoje wspólne pasje. To jest piękne. Tego chciałbym posmakować choć jedną, krótką chwilę. Myślę że to nie jest zbyt dużo. Więc czemu nie potrafię tego odnaleźć? Może jeszcze nie ten czas, nie ta pora… a może po prostu miłość to iluzja, złudzenie, gra hormonów? Być może. Ale ja i tak będę szukał. Aż znajdę.
Boreasz