Po kolei.
Po jakimś dziwnym ukąszeniu, w zeszłą niedzielę zrobiłem sobie test na boreliozę. Test wyszedł "w zasadzie" negatywnie, ale jednak coś było na rzeczy. Konsultacje wykazały, że to prawdopodobnie toksoplazmoza.
M. miała kota. Nie cierpiałem go, w ogóle jak można w M2 trzymać kota. Po co?! Kot zaczął w pewnym momencie sikać: do wanny, na kanapę, do wyra. Przypał: idziesz zrobić prysznic do kuwety kota.
Wyciągnięcie zawleczki, granat nadal w ręku:
W poniedziałek, po konsultacji, na ostrym wk*rwieniu pojechałem do M., powiedziałem co z wynikami. Powiedziała, że pozbywa się kota.
Granat wypuszczam z ręki:
Mówię jej, że to koniec. Siedzę u niej w mieszkaniu ok godzinę (błąd), rozmawiając o tym, że mam dość. Argumenty padają różne. Naczelny jest taki, że nic do niej nie czuję.
Przez ostatni czas widziałem, jak się kompletnie zatracała. Była na moje każde skinienie, robiła co ja chciałem, żadnych większych kłótni, a jeśli już, to i tak byłem zwycięzcą ze swoimi argumentami.
Może to był główny powód zerwania. Brak wyzwania - stworzyłem coś, co mieć zawsze chciałem, związek niemal marzenie. Przestraszyłem się sytuacji, którą stworzyłem. Połączenie wiedzy z tej strony, mojej osobowości, dopasowania charakterów, upodobań seksualnych i wzajemnego pożądania.
Ma wiele cech, których szukam u kobiet. Owszem, wady też są, ale nie są to rzeczy, z którymi nie da się żyć, albo poprawić, trochę zmienić.
Skąd ten okropny ból? Dlaczego to tak boli?
Dzisiaj w pewnym momencie poczułem się jakby ktoś mi bliski umarł. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to, co zrobiłem, było świadome. Wyrzuty sumienia wielkie jak płetwal miotają mną na lewo i prawo.
Jedna część mnie chce wsiąść w samochód, pojechać do niej, przytulić i powiedzieć, że będzie jak wcześniej. Teoretycznie - idealnie.
Natomiast druga część mnie, już jakiś miesiąc temu, stwierdziła, że spotkam kogoś innego i to będzie to, czego szukam. Ciągnie mnie do poznawania kolejnych kobiet. Odezwała się intuicja, czy pierdolone ego?
W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy jestem do końca świadom tego, co się dzieje. Czy nie jest to powód, by doszukiwać się symptomów choroby psychicznej, skoro nie jestem spójny w tym, co myślę.
Dlaczego będąc - wydawać by się mogło - sytuacji niemal idealnej, widząc jej uczucia zarządziłem ewakuację w trybie natychmiastowym. Bez ostrzeżenia, bez preludium, bez jakichkolwiek oznak nadchodzącego końca.
Zatem, dlaczego to tak boli?
Czy to moje ego fałszywie mną kieruje, i powoduje, że jestem ubezwłasnowolniony? Czy straciłem kontrolę nad samym sobą, i pojawiły się we mnie uczucia, których nie mogę już zatrzymać? A mózg podpowiada inne - w jego mniemaniu - racjonalne, aczkolwiek sprzeczne z uczuciami, rozwiązanie?
A może - skoro "kłócimy się" (bo nigdy tak naprawdę tego nie było) raz na pół roku, to upomniałem się o dawkę emocji?
Na co dzień nie mam takich problemów. W sensie - nadal potrafię nawiązywać kontakty i rozmawiać z kobietami. Np. wczoraj, na imprezie, było jak kiedyś, przed M. - czysta zabawa i przyjemność z interakcji z kobietami.
Wiem, że cierpi. Nie było jej w pracy cały tydzień, pojechała na 2 dni do domu (8h pociągiem), prawie nie je. Czuję się, jakbym wyrządził drugiemu człowiekowi największe skurwysyństwo. Jakbym ją zdradził, oszukał.
Twierdzi, że daję jej wszystko, czego pragnie. Że jestem tym, czego chciała i szukała. A nie usłyszałem tego nigdy, od nikogo.
Założyłem ten temat z następujących powodów:
1. By sobie to wszystko wypisać, przeczytać, spojrzeć na to z nieco innej strony. Często to dobra metoda na analizę jakiegoś problemu.
2. By dowiedzieć się, czy to, co robię, zdarzyło się któremuś z was? Czy tak to wszystko wygląda?

Zwykły ból po rozstaniu. Spędzasz z człowiekiem dużo czasu, doświadczając wspólnie wielu przygód, odkrywając nowe sytuacje. Więzi się zaciskają.
W mgnieniu oka ten człowiek znika. Znika w tobie i w twoim bliskim otoczeniu i życiu. Czujesz, że czegoś brakuje.
Dopada nostalgia, żal, poczucie winy, jest ci źle.
Rana goi się całkowicie, zostaje blizna. W pamięci. Czy będzie to nauka, czy pogrążenie, zależy od ciebie i charakteru.
Bogatszy o pewne doświadczenie poznajesz kogoś innego.
Wtedy albo koło się zatacza, albo budujesz z tym człowiekiem wspólne życie. Albo pogrążasz się i jesteś sam.
Suma sumarum, nic nadzwyczajnego. Do wszystkiego trzeba mieć dystans.
Per aspera ad astra
"Suma sumarum, nic nadzwyczajnego. Do wszystkiego trzeba mieć dystans."
Poprawiłeś mi humor
Co do tematu to może masz wyrzuty sumienia, ze z nią zerwałeś. Z resztą to co opisujesz przydarzyło się też mnie, lecz ja nie zerwałem a byłem nadal z tą dziewczyną, była na każde skinienie, denerwowało mnie to, że jak powiem zrób to, zrób tamto to to robiła. ALe później role sie zamieniły, ja myślałem, że tak będzie zawsze, rozleniwiłem się i to ona przejęła stery. Rozstaliśmy się, ot co. Kto by się spodziewał, nie?
Pozdro 
Rozstałeś się, koniec, nie wracaj do tego.
Kobiety dojrzewają do 10 roku życia, potem rosną już im tylko cycki
Tak zdarzyło, idealnie to samo, tylko bez kota. Nawet 2 razy : ) I nie żałuję tych decyzji.
Uważaj na myślenie typu "przecież ona naprawdę mnie kocha" "a może by tak jeszcze raz" etc.
Jeśli raz w głowie zapaliła Ci się dioda od funkcji "niby mam wszystko, ale chce czegoś innego" to nie wracaj. Nie myśl. Daj jej święty spokój. Tak będzie lepiej dla każdego.
Moja zrobiła sobie nawet tatoo " bądz twardy", po niemiecku na nadgarstkach^^. Spotkaliśmy się po paru latach, niby mieszkała już z innym, ale wiadomo jak to się skonczyło xD
Przeczytaj jeszcze raz "jak rozkochać w sobie byłą" i uważaj, bys nie stał się ofiarą tego tekstu w odwróconej roli.
Lepiej jest mieć szczęście. Ale ja wolę być dokładny. Bo wtedy, jak szczęście przychodzi, jesteś gotów.
"Po jakimś dziwnym ukąszeniu, w zeszłą niedzielę zrobiłem sobie test na boreliozę. Test wyszedł "w zasadzie" negatywnie, ale jednak coś było na rzeczy. Konsultacje wykazały, że to prawdopodobnie toksoplazmoza.
M. miała kota. Nie cierpiałem go, w ogóle jak można w M2 trzymać kota. Po co?! Kot zaczął w pewnym momencie sikać: do wanny, na kanapę, do wyra. Przypał: idziesz zrobić prysznic do kuwety kota.
Wyciągnięcie zawleczki, granat nadal w ręku:
W poniedziałek, po konsultacji, na ostrym wk*rwieniu pojechałem do M., powiedziałem co z wynikami. Powiedziała, że pozbywa się kota."
Okej, reasumując - dla mnie, powodem rozstania była choroba - taki mój pierwszy wniosek.
"Mówię jej, że to koniec. Siedzę u niej w mieszkaniu ok godzinę (błąd), rozmawiając o tym, że mam dość. Argumenty padają różne. Naczelny jest taki, że nic do niej nie czuję."
Patrz co napisałem wyżej.
"Przez ostatni czas widziałem, jak się kompletnie zatracała. Była na moje każde skinienie, robiła co ja chciałem, żadnych większych kłótni, a jeśli już, to i tak byłem zwycięzcą ze swoimi argumentami."
Rozumiem, że to było przed tym, że niby jesteś tam jakoś śmiesznie chory tak? Bo jeśli tak, to miałeś najzwyczajniej w świecie za dobrze - i nie było to dla Ciebie już żadnym fenomenem, apetyt rośnie w miarę jedzienia. A jeśli po tym jak okazało się, że jesteś chory tak - to teraz szukasz głupiego usprawiedliwienia swojej decyzji, a taki publiczne wyznanie jest legitymacją tego, że chcesz tylko i wyłącznie naszego rozgrzeszenia...Ahh te relacje damsko - meskie - trudna sprawa.
"Może to był główny powód zerwania. Brak wyzwania - stworzyłem coś, co mieć zawsze chciałem, związek niemal marzenie. Przestraszyłem się sytuacji, którą stworzyłem. Połączenie wiedzy z tej strony, mojej osobowości, dopasowania charakterów, upodobań seksualnych i wzajemnego pożądania."
Dla mnie to teraz jesteś mało wiarygodny.
"Ma wiele cech, których szukam u kobiet. Owszem, wady też są, ale nie są to rzeczy, z którymi nie da się żyć, albo poprawić, trochę zmienić."
Związek polega według mnie na wzajemnej akceptacji , jasne tak jak mówisz próba poprawy wad, lekka korekta - ale to jest bez większej przyszłości.
"Skąd ten okropny ból? Dlaczego to tak boli?"
Taka już ludzka natura, ale nie martw się - przyzwyczaisz się do bólu, człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić. Trochę mi hipokryzją zalatuje już nie pierwszy raz - tu taka dziewczyna, związek jak marzenie tak? A teraz co? Ból...? Nie bądź pyszny.
"Dzisiaj w pewnym momencie poczułem się jakby ktoś mi bliski umarł. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to, co zrobiłem, było świadome. Wyrzuty sumienia wielkie jak płetwal miotają mną na lewo i prawo."
Aha, ale okej czytamy dalej.
"Jedna część mnie chce wsiąść w samochód, pojechać do niej, przytulić i powiedzieć, że będzie jak wcześniej. Teoretycznie - idealnie.
Natomiast druga część mnie, już jakiś miesiąc temu, stwierdziła, że spotkam kogoś innego i to będzie to, czego szukam. Ciągnie mnie do poznawania kolejnych kobiet. Odezwała się intuicja, czy pierdolone ego?"
To ciekawe, ale czytamy dalej.
"W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy jestem do końca świadom tego, co się dzieje. Czy nie jest to powód, by doszukiwać się symptomów choroby psychicznej, skoro nie jestem spójny w tym, co myślę."
Ale co , zarzucasz sobie teraz chorobę psychiczną tak? To w ramach jakiejś pokuty czy jak? A może podświadomie chcesz sobie zarzucić jakąś tam przypadłość - co usprawiedliwiło by Cię , ze wszystkiego złego co robiłeś?
"Dlaczego będąc - wydawać by się mogło - sytuacji niemal idealnej, widząc jej uczucia zarządziłem ewakuację w trybie natychmiastowym. Bez ostrzeżenia, bez preludium, bez jakichkolwiek oznak nadchodzącego końca.
Zatem, dlaczego to tak boli?
Czy to moje ego fałszywie mną kieruje, i powoduje, że jestem ubezwłasnowolniony? Czy straciłem kontrolę nad samym sobą, i pojawiły się we mnie uczucia, których nie mogę już zatrzymać? A mózg podpowiada inne - w jego mniemaniu - racjonalne, aczkolwiek sprzeczne z uczuciami, rozwiązanie?
A może - skoro "kłócimy się" (bo nigdy tak naprawdę tego nie było) raz na pół roku, to upomniałem się o dawkę emocji?"
Powiem tak, powiem to raz, jeden, jedyny - byłbym najszczęśliwszy na świecie gdyby moja partnerka była najzwyczajniej w świecie szczęśliwa...Dla mnie jedną z legitymacji szczęśliwego związku jest właśnie taka harmonia, arkadia - i na prawdę wolałbym coś takiego niż np: wieczne kłótnie , brak konstruktywnych rozwiązań , wieczną wojnę - a znam takie przypadki...Nie ważne.
A może...może ty nie chcesz widzieć negatywów? Wtedy byś bardziej cierpiał tak..co w konsekwencji potem mógłbyś powiedzieć np : "wycierpiałem tak? dajcie mi spokój"
"Na co dzień nie mam takich problemów. W sensie - nadal potrafię nawiązywać kontakty i rozmawiać z kobietami. Np. wczoraj, na imprezie, było jak kiedyś, przed M. - czysta zabawa i przyjemność z interakcji z kobietami."
Ja też nie mam problemu z relacjami pozornie...a czy to mnie uszczęśliwia?
"Wiem, że cierpi. Nie było jej w pracy cały tydzień, pojechała na 2 dni do domu (8h pociągiem), prawie nie je. Czuję się, jakbym wyrządził drugiemu człowiekowi największe skurwysyństwo. Jakbym ją zdradził, oszukał."
I te sztuczne poczucie winy...
"Twierdzi, że daję jej wszystko, czego pragnie. Że jestem tym, czego chciała i szukała. A nie usłyszałem tego nigdy, od nikogo."
Widzisz ten kontrast? Kurde, ludzie to jednak głupi są.
"1. By sobie to wszystko wypisać, przeczytać, spojrzeć na to z nieco innej strony. Często to dobra metoda na analizę jakiegoś problemu."
Nie prawda, ani to nie jest dobre,ani nie pomaga - znam to z autopsji.
"By dowiedzieć się, czy to, co robię, zdarzyło się któremuś z was? Czy tak to wszystko wygląda?"
Będzie jeszcze gorzej...
Dużo mądrości życzę.
I w tym kawałku kłamią - pokory nie pogody, czas uczy nas.
E3 - dzięki za krytykę.
Może jest tak jak mówisz, ale to co napisałem jest tym, co odczuwam. Jest to dokładnie to, co siedzi w mojej głowie.
W tej chwili i z moimi [życiowymi] doświadczeniami nie jestem w stanie tego wszystkiego ocenić.
Ale dlaczego zarzucasz mi sztuczne poczucie winy? W czym ono jest sztuczne? Samym faktem, że jest?
Albo hipokryzję...
Jeżeli jest tak jak mówisz, to kawał gnoja ze mnie.
I co z tym kontrastem? Uważasz, by lepiej było nie dawać jej tego wszystkiego? Zgrywać od czasu do czasu frajera i łajzę, żeby nie poczuła się zbyt szczęśliwa?
Najlepsze są te kobiety, które są cnotliwe wobec obcych, a rozpustne wobec męża.
Znałem kobietę z takim zezem, że jak płakała, to łzy ściekały jej zza uszu.
Skurwysyństwo to byś wyrządził i sobie i jej będąc w tym związku na siłę ziom. Zerwałeś, spoko, chociaż jesteś szczery sam ze sobą.
Robiła dla Ciebie wszystko, sielanka trwała długo i tak właśnie się dzieje, gdy w związku jest za dużo cukru. Słodzić można, ale jeżeli zachowane są proporcję innych smaków.
Laska Ci się po prostu, najnormalniej w świecie znudziła bo była na każde skinienie. Tym razem to ona nie dawała Tobie wachlarza różnych emocji, pieskowała (hmm suczkowała?). Nie było kłótni, ewidentnych różnic charakteru. Istne eldorado. Nuda.
A co zrobiłeś? Ewakuowałeś się. Jak związek jest dobry to problemy takie jak nuda rozwiązuje się we dwoje.
Parę miesięcy temu również zerwałem z dziewczyną, do której naprawdę wiele czułem, ale wkurwiała mnie niesamowicie. Wkurwiała mnie aż za bardzo:) No i boli do dzisiaj, aczkolwiek brak czasu, inne otoczenie i dużo nowości w moim życiu sprawdza się. Również czasem mam ochotę wsiąść do auta i do niej pojechać. Wiem, że też by tego chciała i ma podobne myśli, jednak w momencie ataku tych podłych wyobrażeń ciągnących mnie w jej kierunku umawiam się z kim innym. Jak pomoże to dam znać;)
Pozdro
"Laska Ci się po prostu, najnormalniej w świecie znudziła bo była na każde skinienie. Tym razem to ona nie dawała Tobie wachlarza różnych emocji, pieskowała (hmm suczkowała?). Nie było kłótni, ewidentnych różnic charakteru. Istne eldorado. Nuda.
A co zrobiłeś? Ewakuowałeś się. Jak związek jest dobry to problemy takie jak nuda rozwiązuje się we dwoje."
Jakąś godzinę przyszło mi to samo do głowy. I w tym samym momencie - swoiste olśnienie - że trzeba było porozmawiać albo zrobić korektę działań i poprowadzić to wszystko innym torem. Wilk syty i owca cała.
Ty zerwałeś, bo Cię wkurwiała - ale czym? Nieprzestrzeganiem Twoich zasad, czy tak jak w moim przypadku - "pieskowaniem"?
Tak jak przez ostatnie dni było całkiem ok, tak dzisiaj mam kryzys. Nie mogę spać i mam nieodparte wrażenie, że popełniłem błąd. I mentalnie obieram kurs na przywrócenie sytuacji, która do zeszłego poniedziałku była codziennością i mi się najnormalniej w świecie podobała.
Najlepsze są te kobiety, które są cnotliwe wobec obcych, a rozpustne wobec męża.
Znałem kobietę z takim zezem, że jak płakała, to łzy ściekały jej zza uszu.
W moim przypadku to raczej była różnica poglądów, na które jakiś czas wcześniej mieliśmy takie samo spojrzenie.
Dobrze się zastanów czego chcesz bo jeśli do niej wrócisz to istnieje możliwość, że za miesiąc, dwa, pół roku znów z Twoich ust padnie stwierdzenie, że należy ją eksmitować z Twojego życia. Wtedy i Ty, i ona będziecie przechodzili znów przez to samo piekło. Dlatego nie działaj pochopnie. A kto wie? Może drzwi powrotne zostały już zamknięte? Gorzej jeśli zamurowane.
Z reguły takie szybkie rozstania i powroty kończą się wielką ilością żalu i goryczy między zainteresowanymi, a nie wszystkie spięcia da się załatwić w łóżku...