Portal Uwodzicieli
Witryna poświęcona relacjom damsko męskim oraz budowaniu międzyludzkich więzi emocjonalnych.
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit END.

Jak ze skrajnej zajebistości popaść w otchłań beznadziei

26 posts / 0 new
Ostatni
PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0
Jak ze skrajnej zajebistości popaść w otchłań beznadziei

Witam

Mimo, że jest to mój pierwszy post na tym koncie, to nie jestem nowym użytkownikiem. Na podrywaj.org trafiłem kilka miesięcy temu- mimo to, lewa," święta" strona tego portalu była mi znana i okazała się jedynie przypomnieniem( polubiłem czytanie Waszych blogów Wink). W bardziej odległej przeszłości trafiłem na chyba jedną z najstarszych polskich stron na temat uwodzenia, gdzie treści tam zawarte obróciło moje myslenie o 180 stopni. Właściwie jest to jakby cała lewa strona tego portalu, podana jednak według mnie( być może z przyzwyczajenia) w bardziej spójnej wersji. Jednak tutaj nie o tym. Długo zastanawiałem się, czy opisać moją sytuację, lecz uznałem, że skoro pomimo upływu czasu sytuacja się nie zmienia, być może znajdzie się ktoś, kto przeżył podobną historię i na podstawie własnych doświadczeń jest w stanie mi pomóc.

Kilka miesięcy temu poznałem ją. Nazwijmy ją M. M trochę była młodsza ode mnie. HB 8.5 z którą początkowo nie wiązałem żadnych dalekobieżnych planów- otóż byłem wtedy na etapie wprowadzania w życie wszystkiego o czym przeczytałem, co wsiąkało we mnie jak gąbka. Byłem na fali i wydawało mi się, że jestem władcą świata bo miałem entuzjazm i pewność siebie z którą udawało mi się wszystko- każde podejście. Na pierwsze spotkanie przyszła z koleżanką( mieliśmy ją jedynie odprowadzić na przystanek). Wiem z doświadczenia, że target nigdy nie weźmie ze sobą ładniejszej od siebie koleżanki- ale ona akurat była HB-1. Pierwsze spotkanie trwało godzinę, gdzie zdążyłem się zaprezentować ze świetnej strony- byłem niesamowicie pewny siebie, przejawiałem bardzo wysoką wartość i to siebie stawiałem w roli nagrody, dobre kino. Nie miałem żadnych oporów, gdyż od początku poznałem, że dziewczyna wie o co chodzi w te klocki- pełno testów, prób ustawienia mnie" pod siebie", liczę, że wiecie o co chodzi- po prostu bardzo pewna siebie dziewczyna doskonale znająca swoją wartość, jak się później okazało, potwierdził się moje przypuszczenia, że była bardzo doświadczona w kontaktach z mężczyznami, wiedziała jak kokietować i co robić by wzbudzić zainteresowanie. To wywołało w mojej głowie reakcję" wszystko albo nic", po prostu uświadomiłem sobie, że muszę być skrajnie zajebisty Wink Na drugim spotkaniu powiedziała mi, że ma chłopaka( widziałem o tym wcześniej). Wytoczyła swoje najcięższe działo by sprawdzić moją pewność siebie( sama mówiła to z uśmiechem na ustach)- odparłem z uśmiechem- " Jakoś specjalnie to moim światopoglądem nie wstrząsnęło, albo inaczej: mam to w dupie, co mnie obchodzi Twój chłopak?" Zdębiała. Od tego momentu niemal zupełnie skończyły się testy i manipulacje, a ona cały czas powtarzała" niesamowite, nigdy nie spotkałam kogoś tak pewnego siebie i mającego gdzieś to co inni powiedzą czy pomyślą". Ja dążyłem do eskalacji emocji i sprawy" nas" mnie nie obchodziły. Była sielanka- mimo, że" byliśmy" parą, oficjalnie nie prowadziliśmy na ten temat rozmów- ona wyraźnie czekała na mój krok jednak to nie ja mam do niego dążyć Wink W pewnym momencie ona sama zaczęła na ten temat rozmowę, że chce mieć mnie na wyłączność, tylko dla siebie, że chce ze mną być i zaczęła pytać i naciskać bym się zaangażował. Otworzyła się przede mną bardzo, opowiadała mi o sobie wszystko, doskonale się rozumieliśmy. Właściwie pierwszy raz zaangażowałem się w prawdziwy związek. Byłem niesamowicie pewny siebie, spontaniczny, otwarty, pełen optymizmu- słowem taki, jakim zawsze chciałem być. Powtarzałem sobie z niedowierzaniem w duchu, że to niesamowite jak zasady które sobie wpoiłem potrafią zminić życie, że to rzeczywiście działa. Gdy szedłem z nią gdzieś, kobiety, nawet idące z mężczyzną się do mnie uśmiechały się do mnie uśmiechały- nie dlatego, że ona była niesamowicie piękna i robiła mi świetny social tym, nie dlatego, że ja im się jakoś wyjątkowo podobałem- dlatego, że ona idąc obok mnie promieniała. Zawsze ten sam schemat- spojrzenie na nią a potem szeroki uśmiech do mnie- i rzecz, która najbardziej do tej pory ucieszyła mnie podczas mojej zabawy z uwodzenie: mijaliśmy parę, ja zauważyłem jedynie prawdziwą SHB idącą za rękę z facetem. Szli z przeciwka, z daleka widziałem, że obserwuje nas, lecz gdy się mijaliśmy, w uśmiechy patrząc sobie w oczy, nasz kontakt nie urwał się- z uśmiechem odwociła się przez ramięi patrzyła na mnie, trzymając za rękę swojego faceta- sami wiecie, jak działają takie oznaki uwagi. Przedstawiła mnie kiedyś swojej najlepszej( właściwie jedynej) przyjaciółce. Szliśmy w trójkę, M poszła do sklepu. Przyjaciółka opowiadała mi, że to niesamowite, że przy mnie chodzi jak w zegarku, że jej się to w głowie nie mieści, bo zawsze pomiatała facetami, a już napewno za nimi nie latała( przeszkadzało mi w pewnym momencie, że była nawet trochę namolna- ciąga kontrola przez smsy itd). Opowiedziała mi, że tak mnie sprawdza i się stara gdyż pod żadnym pozorem nie chce mnie stracić, a jest przekonana, że" taki" facet jak ja z pewnością obraca kilka dup w tym samym czasie i napewno nie jestjedyna( nigdy nie dawała mi o to spokoju). Innym razem jej koleżanki opowiadały mi, że to niesamowite jaka ona szczęściwa chodzi i jak promienieje i że nie wiem jak to robię i w jaki sposob na nią działam, ale żebym nie przestawał bo nigdy jej takiej nie widziały. Dziewczyna była na maxa zajawiona, nie chciała mnie nawet puścić na wyjazd klasowy( a po 4 latach zorganizowano nam pierwsza wycieczkę...), bo ona wie co ja tam będę robił i wie kogo te wszystkie dupy będą podrywać. Dosłownie. Przy niej byłem niesamowicie pewny siebie, pełen luzu i optymizmu, stuprocentowy alfa- po prostu wzór tego jak powinno się" to robić". Niesamowicie imponowała mi ta wersja siebie. Nigdy taki nie byłem a wcześniej moje kontakty z kobietami zwykle ograniczały się do imprez, jednorazowych numerów, a poznawanie nowych do tego, gdy zaczepiały mnie same lub pisały na portalach społecznościowych( z racji- podobno- niezłego looku, lecz mimo wszystko i takie sytuacje niekiedy potrafiłem zjebać). Dopiero po wgłębieniu się w temat zacząłem dostrzegać te wszystkie IOI, którymi kobiety naprawdę bombardują facetów( oczywiście jeżeli widzą u nich najważniejsze co mogą ocenić nie znając ich- mowę ciała). Przy niej byłem kimś innym, kimś mniesamowitym, kimś kim zawsze chciałem być- i przeniosło się to potem na inne aspekty mojego życia- byłemn taki zawsze i wszędzie. Po prostu byłem szczęśliwy, dostrzegałem zmianę i dostrzegło ją także całe moje otoczenie- znajomi, koleżanki, mówili mi to na każdym kroku. Gdy byłem z nią, zwłaszcza wracając ze spotkania, byłem tak niesamowicie naładowany pozytywną energią, że nawet bez żadnego myślenia czy podejsć do dziewczyny, która mi się podoba- po prostu robiłem to i jakby to była najbardziej naturalna czynność w życiu, rozmawiałem z nimi, obcowałem, brałem numer i patrzyłem jak błyszczą im oczka z radości gdy podchodzę. Robiłem to raczej dla sportu- byłem z M i nie widziałem możliwości spotykania się z kimś innym i użytek zrobiłem może z dwóch numerów( zdarzyło mi się nawet, że zaczepiła mnie na mieście dziewczyna, której nie pamiętałem ale mi się podobała, powiedziała, że dała mi numer a nie dotrzymuję słową bo obiecałem się odezwać gdy mi go podawała- i mam jej to jakoś wynagrodzić- chciała od razu ustalić termin spotkania, bo powiedziała, że drugi raz mnie nie puści, ale cała akcja włącznie z tym co potem to raczej historia na osobny blog Wink). Z M a to miałem sielankę, gdyż ustawiłem ją sobie tak, że odpuściła wszelkie testy i manipulacje- realnie bojąc się, ze ją zostawię, bo powiedziała mi nawet kiedyś siedząc na ławce, że jest świadoma tego, że gdy mnie wkurwi, ja jestem w stanie wstać od niej i podejść do innej dziewczyny i póść w pizdu. Rzeczywiście tak było- i gdybym kiedykolwiek chciał zatrzymać w czasie i miejscu jakąś" wersję mnie" to był ten okres. Miałem niesamowitą energię w sobie mając świadomość, że potrafiłem bez najmniejszego trudu uwieść taką kobietę jak ona a do tego utrzymać ją przy sobie i to w taki sposób- doskonale widziałem jak działała na innych facetów. Jednak nigdy nie byłem zazdrosny, tyle, że sam nie wiem, czy wynikało to z mojej postawy, czy z tego, że byłem święcie przekonany o tym, że panna w żaden sposób w chuja nie poleci( jestem pewien, że mieliście sytuacje w których mieliście kobietę, która nie zrobi absolutnie żadnego złego kroku by nie narazić się na utratę Was)

Pewnego dnia nastąpiła kłótnia, wkurwiła mnie- zerwałem z nią. Kilka dni później postanowiłem się z nią jednak spotkać. Miałem doła po rozstaniu z nią i postanowiłem wrócić. Przyszedł na spotkanie- pan świata, rozłożył się na połowie długości ławki i z rozbrajającym uśmiechem i wyluzowaniem powitał swoją lubą( opisuję to w ten sposób, gdyż byłem zadowolony, że udało mi się poprzez kotwicę odtworzyć stan umysłu który miałem kiedyś, gdyż gdybym przyszedł w nastroju chociażby z dnia poprzedniego to mógłbym przekazywać jedynie negatywne emocje). Przez 30mins spaceru nir przejawiałem nią żadnego zainteresowania, oglądałem się za innymi kobietami cały czas komentując je i mówiąć" Co? Przecież nie jesteśmy razem" i cały czas byłem kwitowany jakże pochlebnym komentarzem( albo raczej wyrzutem)" facet". Zbliżaliśmy się do centrum handlowego, cały czas dostawałem pytania, czego chcę, że napewno muszę mieć jakiś cel w tym spotkaniu bo każde moje działanie zawsze miało jakiś cel( tu ją pochwaliłem, że rzeczywiście- ma rację Wink). Starała się robić z siebie nagrodę mówiąć, że" może Ciebie to nie rusza, ale za taki spacer ze mną niejeden wiele by oddał". Widziała, że nie ja- chociaż jak diametralnie różne było to, jak wyglądałem na zewnątrz a to co było w mojej głowie. W pewnym momencie przystąpiłem do działania i oczywiście- wszystko skończyło się happy endem. Powiedziała wtedy słowa, mając łzy w oczach, których nigdy nie zapomnę: " Nie wiedziałam co mam bez Ciebie robić. Nie mogłam o niczym myśleć, cały czas chodziłam taka przymulona". Spotkanie się skończyło, wróciliśmy do siebie. Ja odzyskałem to co na te kilka dni straciłem." Znów" byłem tym zajebistym gościem- jednak wtedy wiązałem moją niedyspozycję tym, że jednak trochę musi upłynąć zanim otrząsnę sie ze związku.

Ledwo po tygodniu nastąpiła jednak akcja, która wszystko zniszczyło. Po prostu głupia sprawa- sam wszystko spierdoliłem, raniąc ją przy tym, jednak wtedy sie tym zbytnio nie przejmowałem. Uznałem- trudno, trochę boli, zaraz przejdzie i będzie next. Byłem sobie wdzięczny za to doświadczenie i to kim się stałem będąc z nią. To był początek listopada, definitywne zerwanie- sam na nią ostro najeżdżałem, lecz koniec końców to ona odeszła, bo powiedziała, że nie może być tak traktowana( rzeczywiście, trochę przesadziłem... No może nie trochę). Rozstaliśmy się a dni mijały- jeden za drugim. Sam nie mogłem tego przeboleć. Nie myślałem, że tak to będzie, że będę miał aż takiego doła. Po dwóch tygodniach zadzwoniłem do niej. Powiedziałem" Wiesz co mi się w Tobie podobało? To, ze byłaś inna, byłaś poza tą konwencją grzecznych i poprawnych dziewczynek, że nie byłaś jak każda inna" Usłyszałem w słuchawce szloch" Dlaczego mi to mówisz...? Dlaczego akurat teraz?". Odparłem" Co Ty myślałaś, że jestem z Tobą dlatego, że miałaś ładne usta, fajny tyłek? Daj spokój, to dobre dla niewyżytego małolata, są rzeczy, które ciężej znaleźć u kobiet niż ładne opakowanie". Wtedy usłyszałem już płacz i mówienie przez łzy, że dlaczego mówię jej to dopiero teraz, że ona cały czas była przekonana, że mam ją w dupie i nie traktuje jej poważnie. Że się nie liczy a była mi potrzebna tylko do jednego. Kilkadziesiąt minut po naszej rozmowie zadzwoniła. Drżącym głosem, z przerwami na szloch powiedziała, że nie zdaje sobie sprawy jak ona się z tym wszystkim czuła. Że nie mam pojęcia jakie miała myśli, ile łez wylała i że nie mogła sobie z tym poradzić. Że nie wiem przez co przeszła. Zdębiałem, nie wiedziałem, że aż tak to przeżyła. Słuchałem jej płaczu w milczeniu, gdyż bez przerwy przerywałą sobie i mówiła, że ona nie chce przez to wszystko jeszcze raz przechodzić, juz nigdy... Na koniec zadała mi pytanie" dlaczego wtedy pozwoliłeś mi odejść?", po czym rozłączyła się. A ja siedziałem i wpatrywałem się w ścianę, mając w głowie jej pytanie- dlaczego pozwoliłem jej odejść... I zastanawiałem się nad tym wbity w jeden punkt w ścianie, nad tym, dlaczego zadała mi takie pytanie, w momencie, gdy nie mogłem sobie uświadomić, jak mogłem byc taki głupi, że pozwoliłem na to co się stało...

Nasz kontakt urwał się na dobre z początkiem grudnia. Początkowo myślałem" jakoś to będzie, trzeba żyć dalej", mimo, ze rozum podpowiadał co innego. nie dopuszczałem do siebie myśli o' zakochaniu' czy' kochaniu' bo wiedziałem, że to nie było to. Jednak mój problem trwa do dzisiaj... Gdybym powiedział, że myślę o niej codziennie- skłamałbym... Skłamałbym mówiąc, że myślę co niej każdej godziny, gdyż nie ma kwadransa w ciągu tych ponad dwóch miesicy(!) bym o niej nie myślał. To jest dla mnie chore. Nie mam absolutnie żadnej chęci do życia, nic mnie nie cieszy, nawet moje hobby. Gdy widzę jakąkolwiek inną kobietę nie ciągnie mnie do niej w żaden sposób. Mimo, że wiem, że jest ona atrakcyjniejsza od M- po prostu w żaden sposób się dla mojej subiektywnej oceny do mniej nie umywa. Lepsza historia- spotkałem kiedyś na mieście koleżankę, rozmawialiśmy, szliśmy akurat w tym samym kierunku. Ona była umówiona z koleżanką- studentka pierwszego roku pedagogiki- niesamowita piękność- wszystko na swoim miejscu. Rozmowa z koleżanką wprowadziłą mnie w dobry nastrój- gdy zobaczyłem jej znajomą, z którą sięumówiła, postanowiłem, że odkurzę trochę niemal nie ruszane od kilku tygodni zagadnienia z uwodzenia- robiłem wszystko podręcznikowo, przy czym nasza dalsza wspólna podróż trwała 15 minut. Nie miałem żadnych dalszych planów co do tej dziewczyny- znajomej mojej koleżanki, chciałem wyłącznie poćwiczyć, po prostu obojętność. Kilka dni później dostaję od koleżanki sms- a, czy może podać Kasi( tak miała na imię) mój numer, bo ją o to prosiła. Zgodziłem się i mimo, że wielu skakałoby ze szczęścia( pewnie nawet ja w normalnym stanie) to mnie to w żadnym stopnu nie rusza. Mimo, że 99% mężczyzn( bo są różne gusta) uznałoby Kasię za lepszą od M, ja jej po prostu nie chcę. Inaczej- nie ciągnie mnie do niej. Po prostu w żaden sposób w mojej głowie nie umywa się do M. Mimo wszystko umówiłem się z nią na sobotę- zobaczymy jak to będzie.

Jednak ta pewność siebie, lekkość, luz, optymizm- to wszystko wraca tylko gdy naprawdę to na siebie wymuszę. Tzn na siłę zaczynam myśleć o czymś zupełnie innym niż sceny z mojego związku z M. Niż o niej samej. Doszedłem do wniosku, który mnie bardzo przeraził- że to dzięki niej nie tylko wyrobiłem w sobie to wszystko, ale też dzięki niej to wszystko miałem. Gorzej- że bez niej tego miał nie będę. Postanowiłem sobie jednak dać czas i z myślą" to przejdzie". Jednak nie przechodzi. Leci już trzeci miesiąc gdy nie mogę sobie poradzić nie tylko ze swoją głową, ale także ze wszystkimi innymi obowiązkami- po prostu ich wykonywanie nie ma dla mnie sensu. Nie wiem co w tej sytuacji zrobić- tak, czytałem wielokrotnie artykuł" jak odkochać się w byłem", nawet dopuściłem tę myśl, że byłem" zakochany"( nie mylić z" kochaniem"). Sęk w tym, że podczas trwania w związku nie czułem tego, co czuję w tym momencie, Być może związane jest to z tym, że nie do końca uczuciowo wyrażałem siebie- dawkowałem jej emocje i uczucia, nigdy nie odkrywałem się do końca. Po prostu nie wiem jak sobie z tym poradzić.

Jak tow jednym ze swoich blogów napisał Pure- O, byłem w jej oczach facetem ociekającym zajebistością. Byłem, bo ostatnie działania by ratować to co było mogły to naruszyć, bo zacząłem mówić o" uczuciach", jednak nie w tymstopniu, by ten mój obraz w jej głowie zburzyć. Bo sama pytała mnie, dlaczego nie dam sobie z nią spokoju, że jest przekonana, że nie jedną maniurkę od tego czasu" pukałem". Owszem, od kilku tygodni mam" dziewczynę" z mojej strony żadnego pociągu emocjonalnego, tylko rozładowanie fizyczne i to wzięte z racji tego, że zbliżał się sylwester. Gdy się z nią spotykam, to- może to chore- ale cały czas mam w głowie" a jakby teraz to wyglądało z M". Mam teorię co do tego, dlaczego tak myślę- bo tak naprawdę M była pierwszą i jedyną osobą, która myslała o mnie w ten sposób, w jaki się od początku do końca przedstawiłem. Jestem więcej niż przekonany, że ona nawet nie jest sobie w stanie wyobrazić, że mogę mieć takie przemyślenia. Każdy tylko nie ja. Podczas naszej ostatniej rozmowy, już ponad miesiąc temu, powiedziałą mi, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja i wie, że już nie spotka, ale ona nie chce tego znowu przeżywać. A ja od ponad dwóch miesięcy żyję niemal jak roślina... Emocjonalnie. A wiecie co w tym wszystkim jest najlepsze? Wiecie, ile trwał ten związek? Z przerwą, 1.5 miesiąca. Zaskoczeni? Ja nie. Było krótko lecz intensywnie. Piszę, że żyję emocjonalnie jak roślina dlatego, że wiem jaki zajebisty byłem- taki, jakim być zawsze chciałem, a teraz jestem pogrążony w poczuciu, że już nigdy się do tego nawet nie zbliżę. Że nie mam przed kim taki być. Jedyne co mi pozostało, to social wśród jej znajomych( bądź też tych, którym jej źle życzą) w jej szkolę- na pewnym portalu społecznościowym pisały do mnie już dwie dziewczyny z jej szkoły... Co z tego, skoro ja nie chce niczego innego? Skoro po okresie dłuższym niż trwał sam związek nie widzę nawet sposobności, by być szczęśliwym w ogóle- co dopiero z kimś innym.

Wiecie co zmnotywowało mnie do tego obszernego wpisu? To, co wydarzyło się dzisiaj, a właściwie co sobie uświadomiłem. Zawsze miałem nienaganną mowę ciała- dlatego kobiety czasami same mnie zaczepiały( ktoś, głównie koledzy i koleżanki mówili, że to kwestia looku- ja dalej będę się upierał przy mowie ciała). Pewny, spokojny krok, głębokie spojrzenie w oczy i do tego najwiązniejsze- uśmiech. Lecz co si ę dzisiaj okazało? Przechadzałem sięcentrum handlowym, nie mogąc zająć myśli niczym innym niż ona... Okazuje się, że wszystko mam w nawyku, krok, pozycja gdy siedzę, spojrzenie- ale nie potrafię się uśmiechnąć! Nie potrafiłem nawet wymusić tego na sobie- przeraziło mnie to. Z niesamowqitej pewności siebie, lekkości i luzu popadłem w otchłań( tak już mogę powiedzieć po czasie który upłynął- i nic nie zmienił) beznadziei. Nie wiem jak sobie z tym poradzić. Naprawdę, już nie mam pomysłu- liczyłem na czas i kontakty z kobietami- nic nie zmieniło, wyglądałem na zadowolonego tylko w ich towarzystwie, później powracała szara rzeczywistość. Nie wiem dlaczego tak jest, ale po to jest ten wpis- by ukazać kontrast między tym co było, a co jest i żeby być może znaleźć tu kogoś, kto spotkał się z podobnym problemem i go rozwiązał. Na to liczę- i nawet nie pomyśliałbym, że sytuacja zmusi mnie do tak desperackiego ruchu- ale juz naprawdę nie wiem co zrobić by było tak jak wtedy- jedynym ratunkiem wydaje mi się to, że musiałbym na powrót z nią być. Jednak doskonalę zdaję sobie sprawę co to znaczy na dłuższą mętę- dokładnie to samo, się stanie z tym, że socjalistyczne rządy naszego świata( US, UE) pompują miliardy w upadające gospodarki, po prostu dodrukowywując je- a to spowoduje tylko jeszcze mocniejsze pierdolnięcie o glębę, tyle, że w późniejszym czasie. Bo póki jesteśmy w spadającym samolocie, pikujemy- jest zajebiście, odczuwamy stan nieważkości. Jednak w pewnym momencie następuje zderzenie z ziemią. Dla mnie chyba już nastąpiło, bo przez moją głowę przechodziły różne myśli, i do tej pory nie chcą jej opuścić. Nie piszę tego, by się wygadać( chociaż może- kto wie?), lecz liczę, że ktoś zetknął się z podobnym przypadkiem- i udało mu się z tego wraku, który pierdolnął o glębę wygrzebać i żyć dalej. Bo mnie zabija myśl o tym, że już nigdy nie będzie tak zajebiście jak było wtedy- że już nigdy ja taki nie będę. Bo nie wiem jak to odzyskać.

Wielki szacunek dla kogoś, komu udało się to przeczytać Wink Prawdopodobnie jesteś najlepiej poinformowaną osobą na temat mojego aktualnego stanu. Jeżeli coś przychodzi Ci na myśl, po prostu napisz.

Wybaczcie obszerność tekstu- ale właśnie w taki sposób chciałem to ukazać.

Pozdrawiam i życzę szczęścia Wink

Przemson
Portret użytkownika Przemson
Nieobecny

Dołączył: 2010-12-08
Punkty pomocy: 0

Może problemem było to, że całą swoją wartość i pewność siebie budowałeś na podstawie relacji z jedną kobietą? Wiem co masz na myśli, po prostu jest to jedyna osoba, która traktowała Cię w ten sposób, dla której byłeś taki, jakim zawsze chciałeś być. Ona odeszła to odeszło i to co z nią...

Dlaczego budowałeś poczucie własnej wartości jedynie na relacjach z tą jedną kobietą? Wydaje mi się, że nie tędy droga.

Pozdrawiam, Przemek

Marciano
Portret użytkownika Marciano
Nieobecny
Ta osoba pomogła w składce na serwer
Płeć: mężczyzna
Wiek: 27
Miejscowość: Kalisz

Dołączył: 2009-11-21
Punkty pomocy: 15

Hmm przeczytałem. W sumie trudno mi Ci pomóc. U mnie jest problem, że ja nigdy nie czułem do kobiety tego co Ty. Chyba odcinam wszelakie emocje w kontaktach z nimi. Nie czuje nic. Może to był powód rozpadu u mnie. Nie okazywałem zainteresowania. Za dużo odepchnięcia a za mało przyciągnięcia. Ale mam nadzieje, że się pozbierasz. Bo ja teraz muszę jakoś odkorkować tą rurę. Nie mogę odcinać emocji i uczuć w 100 % Ale życzę powodzenia i mam nadzieje, że napiszesz jak będzie lepiej.

* Świat jest tragedią dla tych co czują, a komedią dla tych co myślą.
* Kontroluj swoje emocje a nie odwrotnie.
* Zwyciężają ci, którzy wiedzą, kiedy walczyć, a kiedy nie.

mati07120
Nieobecny
Wiek: 17

Dołączył: 2010-11-15
Punkty pomocy: 0

ale długie i do tego jak na spowiedzi Smile

Azazel
Nieobecny

Dołączył: 2009-02-10
Punkty pomocy: 0

Miałem bardzo podobnie jedna dziewczyna potrafi cie naladowac taka energia, magia ze laski dosłownie wyrywasz samym spojrzeniem.Posiadasz cos czego się po sobie nigdy nie spodziewaleś. Kurewska pewność siebie ze zadna kobieta nie jest w stanie Ci sie oprzeć. Ja właśnie tez próbuje to odnalezc znowu. Ale co powinno byc mottem prawdziwego faceta??Rob to wszystko na co masz ochote i nie ogladaj sie na innych.
Moze ktos powie ze to frajerstwo ale ja bym probował zawalczyc jeszcze o nia. Jezeli bylo wam tak dobrze to co stoi na przeszkodzie zeby do tego wrocic. Jestes prawdziwym facetem i masz prawo do błedu.Powiedz jej to ze popelniles blad i ze chcesz go naprawic.Sam powiedziałes ze to twoja wina wiec nie wyjdziesz na pieska tylko czlowieka ktory zrozumial swoj blad.Ale zawsze pamietaj inne tez maja:P

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

Wielkie dzięki za odpowiedzi.

Azazel trafiłeś w sedno- właśnie tak na mnie to oddziaływało. Niestety to raczej nie do odzyskania, za dużo słów padło. Z obydwu stron.

Czy buduję swoją wartość na jednej kobiecie? Tego nie wiem. Ale rezultat jest jaki jest. Wiecie co jest najgorsze? To, że idąc ulicą, centrum handlowym czy gdziekolwiek indziej, mam świetną mowę ciała, poza jednym, najważniejszym czynnikiem. Uśmiechem. Niejednokrotnie zwracałem uwagę, że dana kobieta na mnie patrzy, a ja idąc z lekkością, beztroską i cieniem lekkiego pół uśmiechu zauważyłem, że na mnie spogląda- obdarowywałem ją szczerym, przyjacielskim uśmiechem- i wiedziałem, że wszystko już pójdzie jak należy, samo to emanowało pewnością siebie. Teraz nie mogę się uśmiechnąć- jestem po prostu wszystkim przygnieciony. Próbowałem nawet grać, udawać, wymuszać na sobie uśmiech- na nic się to zdało, nawet nie wyglądało to sztucznie- nie mogłem utrzymać tego dłużej niż 3 sekundy, bo coś we mnie pękało.

Pamiętam, jak podczas gdy kiedyś jechałem autobusem, a ludzie patrzyli na mnie na jak na jakiegoś niepełnosprytnego-" z czego on się cieszy? jaki ma powód do radości?" a ja byłem zwyczajnie zadowolony życiem, wiedziałem, że wszystko jest takie jak być powinno. Było mi żal wszystkich tak samo wyglądających ludzi, szarych przechodniów bez twarzy. Teraz jestem jednym z nich- przygnieciony emocjonalnie- to nie jest stan, który powinien się udzielać dziewczynie idącej obok mnie. Jestem taki sam jak inni, szarzy ludzie- a nawet gorzej, jak mawiał pisał Ostry-" 1 na 100 tworzy dno, pozostali zamulony". Kiedyś byłem ponad nimi wszystkimi, teraz nawet nie jestem wśród tych 99- czuję się fatalnie, mam świadomość tego, że to ja jestem tym tworzącym dno. Bo tak naprawdę wszystko mi się zawaliło- ją doceniłem dopiero po rozstaniu, sama nawet nie miała świadomości, że choć w najmniejszym stopniu traktuje ją tak jak o tym piszę tutaj. Straciłem motywacje do wszystkiego, do pracy nad sobą, rozwoju, spełnianiu marzeń czy wykonywaniu zwykłych, rutynowych obowiązków, zawaliłem szkołę. I brnę w to. Mimo, że zdanie to wypowiedział ktoś w książce na temat finansów, odnośnie długów- pasuje ono do każdego aspektu życia. " Jeżeli jesteś w dziurze- przestań kopać" Ale ja nie potrafię. I to jest problem.

Wiecie na czym spędziłem ostatnie 2 miesiące życia? Na znalezieniu czegoś, co może mnie cieszyć. Pasji. Uznałem, że poprzednia może po prostu wygasła. Ale nie, to chyba moja psychika odmawia współpracy ze światem toczącym się dalej- bo tu już nie chodzi o nią, tylko o beznadzieje w jaką wpadłem. A najgorszy jest brak mentalnych przekonań na przyszłe perspektywy. Czy ich nie widzę? Gorzej, jestem przekonany, że ich nie ma.

Za Fokusem:" Przekonanie, że po pewnym ciosie się nie wstanie, ej ej co jest grane? Aha, czasem głupie pytanie". Nigdy nie przypuszczałbym, że ten cios tak mnie sponiewiera. A najbardziej rusza myśl, że mimo, że z początku wstrząsnęło to ją o wiele bardziej niż mną, to jej życie toczy się dalej- moje stoi w miejscu.

Tyle, że wiem co powinienem odzyskać, by wrócić na właściwy tor- i wiem, że to gdzieś tam na mnie czeka. Ale za cholerę nie wiem jak po to sięgnąć.

Niedawno spotkałem koleżankę, której nie widziałem od czasu, gdy byłem Z M., poznała ją. Pyta co mi jest, bo ostatnio widziała mnie w o wiele lepszej formie. Zdążyłem tylko spojrzeć wymownie, a usłyszałem:" Przecież taki gość jak Ty na pewno znajdzie sobie lepszą". I mnie ten tekst zabolał jak cholera. Bo ta właśnie koleżanka zna mnie takiego, jakim byłem przy M., jakim byłem gdy byłem z nią i te słowa nie były ironią. Nie wkurwiło mnie to, że podkopałem tym trochę swój wizerunek w jej oczach. Wkurwiło mnie to, że doskonale wiem, codziennie mogę spotkać świetną kobietę. Ładniejszą, lepiej się ze mną rozumiejącą niż M. Ale wiem też jedno- jaka by ona nie była, to nigdy nie będzie ona. To nigdy nie będzie ta sama relacja. To nigdy nie będzie ten sam wzrok patrzący na mnie w chwilach absolutnej ciszy, mimo, że obok słychać zgrzyt i szum pędzącego świata- w końcu to tylko ławka w parku. Że to nie będą te same wspomnienia. I nie ma argumentów trafiających do mnie, że ta kobieta może być lepsza od tamtej- bo mijam kobiety codziennie, patrzę na nie, niekiedy się nimi zachwycam, ale zawsze jakaś część mojej jaźni obrazuje mi stojącą przy niej M. Jak myślicie, mam wtedy wątpliwości, do kogo wolałbym podejść? Wiem, ze mój umysł sam mnie blokuje. Ale to jest chyba spowodowane tym, że jest świadom tego, że nie odzyska już tego samego co miał kiedyś. I tego, co dzięki temu otrzymał. To jest sedno

Pozdrawiam

rybakmj
Nieobecny
Wiek: 24
Miejscowość: Grajewo

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: -1

Przeczytałem całość.Przedstawiłeś bardzo szczegułowo model swojej osobowości.Przyjacielu zauważ,jak bardzo się zmieniłeś,jak bardzo dziewczyna "M" zmotywowała ciebie do zmiany i co najważniejsze to TY chciałeś się zmienić.To TY miałeś marzenie i wyobrażenie siebie takim jakim byś chciał być.Nie jestem jakimś wielkim podrywaczem,ale na wrażliwości emocjonalnej troche się znam.Moim zdaniem,stałeś się kimś kim chciałbyś byc,ale zupelnie nie potrzebnie upatrujesz w tym sukces tylko dzięki "M".Podkreślam to ty sprawiłeś tą przemianę,to ty się zmieniłeś.Ona była tylko bodźcem,motorem do przemiany.Powiem ci więcej,nie straciłeś tej " zajebistości" wraz z rozzstaniem.Ty poprostu,jesteś przeświadcozny o tym,że bez " M" nie dasz rady być tym zajebistym gościem,którym jesteś nadal! Zrobiłeś z niej narkotyk uzależniając się jednoczesnie.Mom zdaniem nie połączyło ciebie z nią uczucie,tylko własnie ta przemiana,to dzięki tej przemianie uważaleś ,że musisz z nią być ,by nie przerwać tej sielanki twożenia swojej nowej osobowości.Powiedz co do niej czułeś? Czy czułeś coś do niej naprawdę ?? Uważam ,że nie,inaczej nie pozwolił byś " jej odejść".Mogęsię mylić,ale uważam że jest tak jak napisałem i z czasem się otrząśniesz.Najwązniejsze byś znalazł znowu bodziedz do bycia" zajebistym",ale znalazł go nie w kimśtylko w sobie.

Od takie moje przemyslenia.Zauważyłem,że znasz się troche na kobietach,jeśli mogęcię prosić ,podpowiedz mi cośw tym wątku:

http://www.podrywaj.org/oporna_s...

Pozdrawiam i trzymaj się.Nie warto tracić swoich najlepszych cech z powodu kobiety.

ciągle próbujący

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

Dzięki Rybak za trafne uwagi. Powiem szczerze, że sam nie wiem co do niej czułem. Przez cały okres bycia z nią byłem takim" zimnym, czułym" draniem. Takie słodko kwaśne połączenie. Wiem, że idealnie wpasowało się w to, czego oczekiwała, sama mówiła o mojej pewności siebie, o tym, że nikogo takiego nie poznała. Może to jest ten bodziec uzależnienia- bo cała ta" zajebistość" rozpoczęła się właśnie z momentem poznania M. Tak naprawdę po pierwszych spotkaniach, gdzie starałem się uniknąć jakichkolwiek błędów i" płynąć" w temacie, byłem gotowy napisać petycje do Sztokholmu o przyznanie Nagrody Nobla ruchowi PU. Bo przyznam, że wierzyłem, że to przez to, że wręcz książkowo realizowałem to o czym czytałem- w co sam zresztą nie mogłem uwierzyć- nie zjadły mnie emocje, bo wiedziałem, że do tego dojdę, nie wiedziałem jednak, że skutek przyniesie to od razu. Ale tak to jest- gdy jesteś czegoś absolutnie pewien, wiesz, że ma być tak a nie inaczej, jesteś przekonany o słuszności swoich działań- to idziesz po torze prosto do celu, a sama świadomość tego dodaje Ci niesamowitej pewności siebie.

Dostałem kiedyś wiadomość, że wydaje jej się, że jej na mnie nie zależy. Zadzwoniłem, płakała. Powiedziała, że wie, że na pewno nie jest jedyna, że" taki" ktoś jak ja ma z pewnością pełno lasek i nie traktuje jej poważnie. Powiedziała, że pierwszy raz się rozkleiła w tej sprawie, bo to zwykle ona trzymała mężczyzn krótko- i chociaż ma świadomość tego, że niesamowicie ją przy sobie trzymam i doskonale wiem co robię- strasznie ją to pociąga i nie chce tego zmieniać. Powiem szczerze, że chociaż zawsze wczuwałem się w sytuacje, nigdy nie dawałem poznać po sobie emocji tak jak naprawdę bym tego chciał- to przez całą przemianę, gdyż wcześniej byłem trochę za bardzo miękki- takie ciepłe kluchy i później unikałem tego jak ognia. Trzymałem ją na dystans, właściwie całe moje zachowanie to było klasyczne p&p. Ale było to naprawdę naturalne- taki po prostu byłem. Taki chciałem być. Zawsze. Zero needy, idąc po ulicy szedłem pełen wigoru i optymizmu, czułem się naprawdę władcą i panem świata( jak pisał lover- jeśli naprawdę to zrozumiesz, tak się stanie). Ona wiedziała, że jeden zły ruch i może mnie stracić- ale nie była to zagrywka, tak było naprawdę, nawet rozstając się wyglądałem na" pewniaka", ale w środku, tuż po odejściu, zaczynało się gotować. Potem cały świat wraz ze swoim Panem zwalił się do Hadesu. Wiesz co bolało po rozstaniu? To, że nie daliśmy sobie tego, co naprawdę mogliśmy sobie dać. Wtedy zacząłem żałować, że nie oddawałem swoich emocji tak, jak czułem je naprawdę- i chociaż wiedziałem, że to trochę zburzyłoby mój nienaganny wizerunek- to już był związek, i mogłem, ba, powinienem był sobie na to pozwolić. Powinienem to zrobić. Żałowałem tego, że nigdy więcej nie zobaczę jej uśmiechu, tego błysku w oczu i rozszerzonych źrenic gdy na mnie patrzy, nie usłyszę jej charakterystycznych słów, nie zobaczę jej gestów- i bolało jak cholera, że" już nigdy".

Wtedy jeszcze doskonale zdawałem sobie sprawę, że mogę jakąkolwiek inną kobietę doprowadzić do tego samego stanu, by wywoływać w niej takie same emocje, że mogę rozbudzić pożądanie równe temu. Ale wiesz co się wtedy stało? Widząc każdą kolejną, mimo, że ładniejsza, z dłuższymi nogami, z większym biustem- to nie była ona. To nie ta osoba. Nie ten uśmiech, nie te gesty, nie ten ton głosu, nie te rozmowy i setki tematów. Rozumiesz o co mi chodzi?

A potem zacząłem już rozpaczać nad sobą jak cipa. I im bardziej widziałem na ile to żałosne i próbowałem wstać, to zanim podniosłem mordę wbitą w ziemię, kolejna myśl o niej kolejny raz przygniatała mnie do podłoża. I właśnie to poczucie beznadziei- że bez niej nie będę tą samą osobą. Wiesz dlaczego tak uzależniłem myślenie o tym od niej? Bo tak naprawdę była ona jedyną osobą na świecie, która postrzegała mnie w ten sposób. Dokładnie takim, jakim zawsze chciałem być i że stałem się tym samym całym jej światem- wiedziałem, że jest to po coś i dla kogoś. Gdy ona zniknęła zawaliło się wszystko. I rzecz w tym, że nawet gdy wyrzucałem tę myśl z głowy, entuzjazm nie powracał, nie potrafiłem być taki sam- ale doskonale zdawałem sobie sprawę, że gdybym się z nią spotkał, wszystko na te 2 godziny by powróciło, nie musiałbym o tym myśleć. Po prostu obecność tej osoby coś przestawiało w mojej głowie.

Wiesz co w tym wszystkim jest najlepsze? To, co pisała i mówiła mi kilka dni później, to co o mnie myślała- była( i zapewne jest) przekonana, że mam to wszystko w dupie, że tabun lasek ucieszył się z tego, że ona odeszła. Dostawałem wiadomości, żebym pozdrowił swoją nową panienkę. Że wie jaki jestem i taki ktoś jak ja długo nie zostaje sam. Że pewnie nigdy nie jest. Łzy chciały cisnąć się do oczu gdy pisała" znam Cię. Od Ciebie zależy co teraz będzie- od Twoich chęci. Znam Cię na tyle, że wiem, że w każdej chwili możesz pomyśleć" teraz uszczęśliwię tę dziewczynę" i tak zrobisz. Że Twoim światopoglądem to nie wzruszy i to mnie boli". Ale tak nie było. Tak naprawdę to była jedyna rzecz, która utrzymywała mnie przy życiu i zmysłach- że gdzieś jest osoba, która przynajmniej ma wspomnienie tego jakim byłem, jakim chciałem być. Ale co to znaczy bez jej obecności przy mnie? Heh jestem więcej niż przekonany, że w życiu do głowy by jej nie przyszło, że mógłbym tak to wszystko odebrać, że mógłbym o niej jeszcze w ogóle myśleć.

Chciałbym stać się tą osobą, którą byłem wtedy- tylko jestem póki co jej przeciwieństwem. Ostatni nerwów trzymanych na wodzy pozwalają mi jako tako wyglądać na zewnątrz, gdy opuszczam dom. A w głowie huragan. i najgorsza myśl- że nigdy już nie będzie tak samo. Że nigdy tak naprawdę nie będę się miał okazji nawet zbliżyć do tego. Mimo, iż wiem, że to wszystko jest we mnie, to przekonanie o tym, że nie zdołam tego wyciągnąć jest większe. Nie wiem jak duży kop by mnie z tego wyciągnął. Ale szukam czegokolwiek, co pchnęłoby mnie w przód i za nic nie mogę znaleźć niczego, co przynajmniej przypominałoby tę rzecz- ba, czegoś co utrzymywałoby moją nadzieję w poszukiwaniach. Bo wspomnienie tamtych dni i tego jaki byłem- tego jak ona widziała mnie, jak czuła się przy mnie, jest jednocześnie moim najlepszymi najgorszym wspomnieniem w życiu.

I myślę, że możesz mieć rację- że tu nie chodziło o nią, a o emocje, które łączę z jej osobą. Bo nie mogę powiedzieć, że szczerze coś do niej czułem, Ale potrafiłem przeleżeć nie jedną noc w łóżku, bezwładnie gapiąc si ę w sufit i zastanawiając się, dlaczego jest tak a nie inaczej. I podcinając sobie żyły myślą, że co bym nie zrobił, nie zdołam tego zmienić. Że przecież chciałem, a pogrążam się jeszcze bardziej. I to, że zostaje z tym jedynie sam na sam, a to cały czas krzyczy w mojej głowie. Potrafiłem patrzyć na sufit i widzieć jej twarz- wiesz dlaczego zadręczałem się myślą o niej? Bo gdy ją sobie wyobrażałem, jej twarz, wspólne sytuacje, to chociaż na chwilę wracał cień dawnych emocji- tego, jak się wtedy czułem. I niesamowitą tęsknotę- tylko już sam nie jestem w stanie powiedzieć, czy za nią, czy właśnie za tymi emocjami... Tylko, że żadne" realne" zdarzenia w prawdziwym świecie nie są mi w stanie tego w najmniejszym stopniu przywrócić- a im bardziej chcę, tym bardziej widzę, że to się ode mnie oddala.

Cetnie zapoznam się z Twoim tematem i postaram się wyrazić swoją opinię. Powiem szczerze, że nic do tej pory nie dało mi takiej ulgi jak opisanie tego tutaj, i mimo, że nie ruszyło to z miejsca niczego, to cieszę się, że ktoś postarał się temat przynajmniej zrozumieć. Bo bardzo cenię każdą radę. Może akurat w tej wypowiedzi znajdę zalążek czegoś, co pchnie mnie dalej a w ostateczności pomoże przynajmniej wstać z kolan? Tego nie wiem, wiem jednak, że przez niemal 3 miesiące nie zmienia się stan rzeczy, tego jak patrzę na świat- i dlatego obawiam się, że może to być kwestia emocji, bo myśl o kobiecie zdążyła by mi przejść- mimo to, cały czas wiążę to z nią.

Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam Wink

rybakmj
Nieobecny
Wiek: 24
Miejscowość: Grajewo

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: -1

Wiesz stary,cos muszę napisać,może ci sie to nie spodoba,ale ja tak mysle (oczywiście tylko to moja sugestia).Cała ta sytuacja ( czas kiedy byłeś z M) ,to tak jakbys odgrywał przedstawienie jednego aktora,jakbyś przyjoł dla siebie role gościa pewnego siebie,zdecydowanego,za wszelką cenę obstajacego przy swoim zdaniu i uwierzyłeś w tę rolę,stałeś sie postacią odgrywana przez siebie.Najlepszy kłamca to taki ,który wierzy we własne kłamstwa.Rola ,którą sobie nażuciłes pozwoliła na twoją wewnętrzną transformację,przemianę w kogoś kim od zawsze chciałeś być,kogo cechy ci imponowały,sprawiały ,że na samą mysl o ich posiadaniu czułeś sie lepszy,bardziej zmotywowany do trudu ich zdobywania.Wyczułes w jakim ideale M by się zakochała i takim ideałem za cel stać się ,sobie postawiłeś.I udało ci się,zwyciężyłes,tylko że to zwycięstwo było krótkotrwałe bo??? Bo nie byłeś sobą.Dlaczego to tak się skończyło? Dlaczego pozwoliłeś jej odejść pomimo iż to własnie ona była twoją muzą,tą iskrą w pożarze przemian ?? Ano dlatego ,bo to nie byłeś ty,bo nie potrafiłeś tego pogodzić ze swoją prawdziwą natura.Stałeś się perfekcyjną kopią swojego wyidealizowanego ja.Zewnętrznie byłes super PUA ( przynjamniej dla M ),w którego M była bezgranicznie zapatrzona do tego stopnia,iż sama się zmieniła z rasowej dziewczyny,w potulną,spokojna dziewczynkę ,która z obawy ,że może stracić swojego supermena ,była gotowa nie pisnąc ani jednego złego słowa.Uważasz ,że to dobrze ,że dziewczyna tak boi się stracic ukochanego ?? Gdy taka sytuacja nastepuje,dziewczyna traci to co ma w sobie najlepszego: swoją nieprzewidywalność,ikrę,emocjonalnosc slowem kobiecość i co za tym idzie niestety ,ale i atrakcyjność.Operując terminami tej strony,stała się frajerem,needy ( przepraszam za nazewnictwo,nikogo nie chcę obrazić).Ideą tej strony jest propagowanie ,by facet był super men,skurczybykiem ,ktoremu żadna się nie oprze i na którą zawsze znajdzie sposób,ale... uważam że wszystko musi mieć swój umiar.Owszem trzeba wywierać wrażenie ,owszem należy ograniczac zapędy dziewczyn w postaci ST i umieć je odbijać ,ale nie wolno,powtażam nie wolno nam ograniczać,a wręcz pozbawiać dziewczyn tego co w nich najlepsze,ich kobiecości i całego repertuaru emocjonalności.Kobieta ma być wierna i zapatrzona w swojego faceta ,ale nie dla tego, bo się boi ,że oto jej super facio powie kiedyś " fajnie było ,ale się skończyło papa bejbe",tylko dlatego,że go kocha takim jakim jest naprawdę.Chciałbyś miec wiecznie przytakującą i wpatrzoną w ciebie jak w obrazek dziewczynę?? Ja nie.Tak ona musi czuc do mnie to coś,muszę jej sie podobać i być dla niej kims nie zwykłym,ale nie pępkiem świata i na odwrót.
Założę się ,że na początku tego związku nie docierały do ciebie te mysli (jestem inny,czuje inaczej anizeli postępuję,kurde co ja robię ),dopiero po czasie to do ciebie dotarlo,a punktem kulminacyjnym przedarcia się twojego prawdziwego ja przez zasłonę super mena było własnie rozstanie i związana z tym refleksja " przecież ja czułem tak jak ona chciała " tak czułeś ,ale w środku ,nie na zewnątrz.Odkryłeś w sobie brutalną prawde,że oto pani M zakochała się nie w tobie tylko w postaci odgrywanej przez ciebie i dlatego to tak teraz przeżywasz.Mom zdaniem lekiem na twojego doła będzie nauczenie się pogodzenia twoich nabytych,nauczonych cech super mena z wewnętrzną wrażliwościa i uczuciowością.Mówisz ,że spotykasz laski,ale są ci obojętne.Uważam ,iż dzieje się tak dlatego,ponieważ poprostu możesz je mieć,od tak,spojżenie ,gest,mowa ciała ,2 słowa i już laska w ciebie się wpatruje jak w obrazek ( pisze bardzo ogólnikowo).To ciebie nie satysfakcjonuje,ponieważ już nie czujesz tego bodzca napędzającego ciebie do zmian ,tak jak było w przypadku M.Mozliwe ,że nie trafiłes jeszcze na kobietę ,która zawladnie tobą bez granicznie,ale przedewszystkim musisz zrewidować swoją osobowosc,zadać sobie pytanie jaki ty naprawdę jesteś: czy bezkompromisowy casanova,czy uczuciowy wrazliwiec? Odpowiem za ciebie ,jesteś i jednym i drugim,tylko naucz si ęw sobie to pogodzić.Podrywaj dziewczyny,ale nie bądź metodyczny,tylko spontaniczny i co najwazniejsze,prawdziwy.Stosuj mowę ciała,wyuczone spojżenie ,uśmiech,ale bądź naturalny i gdy trzeba uczuciowy.Zadna kobieta ,która zasługuje naprawde na słowo "kocham" nie wytrwa przy facecie,który będzie żył z nią w mysl ksiązkowych zasad podrywania i ciągle analizował jej zachowanie,przestrzegał kroków postepowania z dziewczynami i wreszcie nie był sobą.Może troszke zapędzam się i wyolbrzymiam,ale poprostu nie daj umrzeć tej swojej lepszej częsci siebie,na poczet tej wyimaginowanej,stworzonej,nie do końca prawdziwej.

Jest ci lżej,bo wydusiłeś to z siebie.Zauważ ,że nawet piszac to oczym myslałeś podczas róznych negów czy dramatycznych zachowań M,twoja prawdziwa natura podświadomie daje znać o sobie,popychając ciebie własnie do pisania swoich wewnętrznych przezyć i mysli mających miejsce w tych cięzkich dla M chwilach.
Jesl izależy ci na niej,napisz list,a wnim t oc o myślisz naprawdę,uwolnij jej od iluzji twojego nie prawdziwego ja.Pokaż jej swoje prawdziwe ,pierwotne oblicze,spraw by odzyskała swoją kobiecosc przy tobie,a sam wtedy zainteresujesz sie nia na nowo,odkryjesz to co w niej najlepsze,bo coś czuje ,że tak do końca to ty jej nie poznałes.

Jesli zas postanowiłeś zakończyc rozdział pod tytułem "M".To skup się na tym by być przedewszystkim sobą i poznawaj na nowo dziewczyny z całym swoim wyuczonym urokiem,ale dodając przy tym pierwiastek swojego prawdziwego ja,a z czasem dojżewania nowej znajomości,okazuj swoją wewnętrzną wrazliwośc,będąc jednoczesnie zgodnym z własnym sumieniem,czym również i ja się kieruję w zyciu.

Pozdrawiam.

ciągle próbujący

Ronlouis
Portret użytkownika Ronlouis
Nieobecny
Zasłużony
ModeratorWtajemniczonyTa osoba pomogła w składce na serwer
Płeć: mężczyzna
Wiek: 31
Miejscowość: Warszawa

Dołączył: 2009-04-20
Punkty pomocy: 1817

Podawanie stron, linkow innych portali związanych z uwodzeniem jest kryptoreklamą. Dalej już nie czytałem co napisałeś.

O czym myśliciel myśli, empiryk udowadnia

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

Ronlouis- jeżeli uważasz podanie tego adresu za niestosowne, już go tam nie ma. Myślałem jednak, że strona, która została stworzona kilka lat temu i pozostaje w niezmienionej formie( przez lata nikt nie dodawał niczego nowego poza tym, co stworzone) i do tego jest świetnym przewodnikiem, który można przeczytać, nie będzie tak odebrana- ale ok, kłóci się to z regulaminem i usuwam link.

Rybak- nie jest do końca tak jak piszesz. Rzecz w tym, że podczas gdy byłem z M. zmieniło się wszystko w każdym aspekcie mojego życia- nawet znajomi, którzy widują mnie dosyć często mówili mi, że jestem w świetnej formie, że zmieniłem się. Nigdy przed nią nie grałem- bo nigdy przy nikim nie czułem się tak swobodnie. To płynęło ze mnie- dlatego teraz tego poszukuję. Każdy mój ruch, gest był absolutnie naturalny- inaczej sama przez okres bycia ze mną by się we wszystkim połapała, miałbym gorszy dzień czy tysiąc innych powodów, dla którego miałoby to wyjść- stresowe, zaskakujące czy nagłe sytuacje. Naprawdę stałem się kimś takim i mimo, że upatrywałem w tym pierwiastka M. to naprawdę przełożyło się na całe moje życie- i na relacje z kobietami, z którymi wtedy obcowałem. Bo będąc z nią, nie miałem tego problemu, że nie widziałem żadnych innych Wink

Nie do końca odebrałeś postawę M. taką, jaką chcę przedstawić- ona nie została niewolnicą tego związku, nie straciła żadnych ze swoich cech. Dlatego mnie pociągała. Wiesz co było świetne i dlaczego tak zajebiście nam się przebywało w swoim towarzystwie? Bo ona mnie non stop kokietowała, ja ją bez przerwy podrywałem. Nie zapomnę relacji ludzi, mijających naszą ławkę w parku, ich spojrzeń i uśmiechów czy gdy jechaliśmy gdzieś autobusem- sami nie zważając na innych ludzi, byliśmy w centrum uwagi. Raz zażartowałem w autobusie, że ludzie nie muszą tych ckliwych seriali oglądać jak się nam przypatrują, robiąc aluzję z uśmiechem na ustach do tego, że jesteśmy największą atrakcją w autobusie Wink Ona była cały czas mega kobieca i cały czas mnie podrywała- ja też się cały czas bawiłem. Cały czas była gra emocji- fascynacja po prostu nie mijała. Pamiętam jej słowa na jednym z pierwszych spotkań, że" osoby, do które się tak wzajemnie seksualnie pociągają, powinny być ze sobą". Bo ja doskonale wiedziałem, że pociągają ją moje cechy- i nie wbijałem się w jej ideał, bo nie wiedziałem na pierwszym spotkaniu, jaki on może być. Po prostu stwierdziłem, że książkowo opisany przykład PUA będzie zawsze ideałem dla kobiety Wink Ona nie była moim ideałem z wyglądu- co więcej na pierwszych spotkaniach zastanawiałem się, czy nie wykorzystać swojej formy by poznać naprawdę zajebistą laskę do której nie będę miał żadnych zastrzeżeń. Mimo iż była śliczna to jestem wybredny i mimo, że mnie rozpalała, to nie byłem skrajnie zadowolony. A wiesz co jest teraz? Jest moim wzorem piękna. Gdy widzę podobną kobietę na ulicy, nie mogę się nadziwić jak jest piękna. I czego jej do piękna brakuje- to znaczy czego nie ma, co M. miała, lub miała innego. Nawet miała ładniejsze piersi, to nie są tak piękne jak piersi M. Idąc ulicą, jeśli widzę przed sobą kobietę, której włosy charakterystycznie, podobnie do M. spływają po jej ramionach, w jakimś stopniu mi ją przypomina, coś mnie rusza i mijając nią, mam nadzieję, że to ona. Jeśli oceniam jakąś kobietę, każdą cechę jej wyglądu porównuję do wyglądu M- tak jakby to był wyznacznik piękna. To jest jak obsesja- mimo, że wiem, że nie była najpiękniejsza na świecie i z początku nie była moim ideałem z wyglądu- teraz uznaję ją za najpiękniejszą kobietę na świecie. Właśnie z tym nie wiem jak mam sobie radzić. Ona nie była przeze mnie w żaden sposób ograniczana- wiesz czemu nie chodziła na imprezy? Bo gdy pytała mnie o pozwolenie, ja mówiłem, że lajtowo, ale w tym samym czasie ja idę na inną. I nigdy się na żadną nie wybrała beze mnie- co więcej ciągała mnie po nich by pochwalić się koleżanką. Przyznam, że niesamowicie podobało mi się jakiego tam miałem sociala- bo inne laski, tudzież jej koleżanki patrzyły się na to, jak ich wzór( najbardziej przebojowa dziewczyna z grupy) siedzi zapatrzona we mnie. Nigdy jej niczego nie zabraniałem jak i nie kazałem- zawsze powtarzałem, że ma wolną wolę. I nigdy nie robiła nic na przekór mnie. Nie chodziło o to, że się" bała" w sensie strachu. Po prostu wiedziała, że jeden zły ruch i bez skrupułów odejdę- sam też byłem tego pewien i tak się stało przy naszym pierwszym rozstaniu. Kiedyś opowiadała mi w przypływie szczerości o swoim zachowaniu. Wiesz co mi powiedziała? Mówiła, że robi wszystko, żebyśmy byli razem, bo ona jest świadoma tego, że nie znajdzie nigdzie indziej drugiego takiego faceta. Że nigdy nie będzie on mną( co za ironia, ja mam teraz takie same rozterki heh). Że gdybym ją zostawił, nie będzie mogła znieść myśli, że ona jest gdzieś indziej sama, beze mnie, a inna kobieta czuje się w moim towarzystwie tak szczęśliwa jak ona teraz. Przyznam, że ruszyły mnie te słowa. Nigdy nie myślałem, że okażą się one dokładną odwrotnością.

Trochę mylnie pojmujesz nasz obraz- wszystko co robiliśmy było prawdziwe, po prostu przy sobie byliśmy sobą i jedno potrafiło wydobyć z drugiego te najlepsze cechy. Bo tu nie chodzi o udawanie- ja doskonale wiem, że te cechy są we mnie. Chodzi o to, że boje się tego, że nigdy nie odzyskam tego entuzjazmu, tej lekkości, tej pewności siebie które pozwalały mi okazywać tę część mnie. Tego entuzjazmu i podejścia do życia- wyobraź sobie, że wygrałeś w LOTTO i idziesz ulicą- kto jest najszczęśliwszym człowiekiem na tej ulicy? Nie ma dla Ciebie barier, tak naprawdę jesteś tak pewny siebie, że możesz iść uśmiechnięty, łapać dziewczyny za rękę, obrócić, dać buziaka i iść dalej i JESTEŚ przekonany o słuszności Twoich działań, po prostu wiesz, że tak ma być. Idziesz z niesamowitą lekkością i WIESZ, że wszystko Ci się uda. Potrafisz wyjść obronną ręką z każdej sytuacji i Twojej pewności siebie nie może przebić nic. Tego nie udasz, nie wyuczysz się- to po prostu trzeba czuć i jestem przekonany, że każdy miał taki moment w swoim życiu. Idąc ulicą, ludzie po prostu widzą jak promieniejesz( i mówię tu o sytuacji, gdy szedłem ulicą sam, naprawdę przełożyło się to na każdy aspekt mojego życia). Ta lekkość i beztroska, lekki dystans do wszystkiego i podchodzenie do tego ze zdrową dawką poczucia humoru- jesteś gościem, którego nie da się nie lubić.

A wiesz jak teraz wygląda moja postawa, mój głos, moje emocje? Zero entuzjazmu, całe moje emocje ściągają do dołu( i najbardziej boli to, że już od tak długiego czasu) i co mogę przekazać drugiej osobie, swój zły nastrój? Czujesz różnicę rozmawiając nawet z tą samą osoba, w jednym stanie emocjonalnym a w drugim?

Zachowanie samo z siebie jest bardzo zależne od tego, co jest w środku człowieka. Naturalne zachowanie wynika wprost z wewnętrznego subiektywnego świata człowieka. Na przykład, jeżeli jesteś zmęczony czy przygnieciony sprawami, to i postawa Twoja będzie dążyła ku ziemi, gesty i ton głosu będą mało wyraziste, zaś Ty sam nie będziesz podejmować żadnych aktywnych działań. Natomiast jeżeli właśnie wygrałeś milion dolarów, dostałeś się na upragnione studia czy zwyczajnie cieszysz się, że żyjesz – wówczas zachowanie będzie odpowiednio bardziej aktywne zarówno w kierowaniu działań, jak i w formie. Innymi słowy – Twój stan wewnętrzny określa Twoje zachowanie. Lecz w tym przypadku więź jest obustronna i również Twoje zachowanie określa Twoją istotę – w mniejszym stopniu niż odwrotnie, lecz zawsze coś.

Rozumiesz moją postawę? Bo tu już naprawdę nie chodzi o nią. O to jaki byłem wtedy. Chodzi o to jaki jestem teraz i jaki chce być- i to jest sedno. A wstecz patrze tylko właśnie ze względu na to, że wtedy moja postawa wyglądała tak a nie inaczej. To chcę odzyskać.

Ale bardzo dziękuje za Twój wpis- wiesz dobrze, że mi pomaga i świadomość zrozumienia też napawa mnie optymizmem Wink Po prostu staram Ci się jak najdokładniej nakreślić sytuacje. W wielu kwestiach masz rację i jestem za to wdzięczny, bo dzięki temu mogę spojrzeć na wszystko z dystansem. Jednak cała sprawa to bardziej skomplikowana rzecz- dlatego tak ciężko mi ją ułożyć. W jednym masz absolutną rację- uważam M. za przyczynek do moich zmian, bodziec. Chociaż bardziej hmm... wyglądało to tak, że w momencie zanim ją spotkałem, zaczynały się moje zmiany a w czasie poznania M. to wszystko rozkwitło i być może przyśpieszyło też dzięki niej- bo to na niej próbowałem wszystkiego czego się nauczyłem. Nigdy nie chciałem robić tego na siłę by nie dopasowywać sytuacji do zagrania, lecz by było odwrotnie. I nawet nie wiesz jakie było moje zdziwienie, gdy za każdym razem sama M. podsuwała mi sytuację, bym zrobił coś modelowo jak zrobiłby to klasyk. Oczywiście każda sytuacja jest inna, ale byłem zadziwiony tym jak bardzo ona pozwalała wykorzystać mi swoją wiedzę w praktyce- i jak bardzo zaskoczony byłem pozytywnymi rezultatami tego. Po prostu dzięki niej poznałem mnóstwo kobiecych zachowań w danych sytuacji, dała mi mnóstwo doświadczenia, może dlatego tak na nią spoglądam? Naprawdę nie wiem.

Nie straciłem nią zainteresowania, właściwie w mojej głowie od pewnego czasu nie pojawia się inna fantazja niż ta, że do siebie wracamy. I nie raz oddałbym za to wszystko. Ale mam też pełną świadomość, że byłby to dawkowany narkotyk, który gdyby się skończył( a prędzej czy później nie oszukujmy się by do tego doszło), pierdolnięcie o ziemie miałoby zdwojoną siłę. Dlatego czy bym ją odzyskał czy nie, ja chciałbym odzyskać to co miałem wtedy- i zbudować to tylko i wyłącznie na własnych fundamentach. Bo nawet jeżeli bym z nią był- nie byłbym od niej uzależniony. Psychicznie, bo nawet jeżeli całą jej zasługę w tej sprawie sobie jedynie wmówiłem, to mój umysł zawsze w pewnym stopniu będzie ją z tym kojarzył. Podsumowywując- nawet gdybym chciał być z nią, to chciałbym wszystko co tu opisuje zrobić dla siebie. By samemu znów wstać na nogi i iść wyprostowanym. Tak naprawdę wiesz co jest problemem? To, że sam nie wiem kiedy popadłem w tę otchłań beznadziei. Bo czy tak zdruzgotało mną rozstanie? Owszem, żałowałem końca naszego związku, ale największe załamanie przyszło potem- bezsilność, przekonanie że już nic nie znaczę. Sam nie wiem gdzie była ta granica, gdy z zajebistego, wyprostowanego kolesia, nawet nie upadłem na kolana- od razu pierdolnąłem twarzą w glebę.

Dzięki wielkie za Twój wpis, każda uwaga jest ważna i cenna, każdą należy rozważyć. Cieszę się, że spróbowałeś zrozumieć moją sytuację. Cały czas chcę budować siebie, mimo, że moja budowla w pewnym momencie się zawaliła. I dlatego szukam wewnętrznych przekonań, które byłyby fundamentem nie do zachwiania- bo tamten budynek runął. Mimo iż był taki jaki chciałem. Zawsze analizuje- i gdzieś popełniłem błąd. I boli mnie właśnie to, że żadną analizą nie mogę dojść gdzie. Dlatego dzięki wszystkim, którzy mają jakieś uwagi- bo każda, nawet skrajna opinia się liczy i nie boję się też nadstawić dupy na mocnego kopa. Bo przepierdalam w tym momencie wiele rzeczy w życiu i powoli zastanawiam się, czy istnieje kop, który by mnie ocucił i wyjebał mi tak mocno, bym poleciał we właściwym kierunku, by wiedzieć gdzie iść. Bo te same, bezsensowne myśli każdego dnia przed zaśnięciem nie pchają mnie nigdzie. Nie zmieniają niczego- a nie mogę myśleć o niczym innym, cały czas myślę o jednym. Dlatego dzięki za zainteresowanie Wink

Pozdrawiam Wink

rybakmj
Nieobecny
Wiek: 24
Miejscowość: Grajewo

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: -1

W takim razie wybacz nadinterpreatację twoich słów.Udezyło mnie to ,że w chwili gdy ona ci mówiła co czuje przez łzy,ty czułes podobnie ,ale w środku i nie pozwoliłes ,by to uzewnętrzniło sie.

Cięzki orzech.Wygląda to tak ,jakbyś zakochał się w niej,albo inaczej - znalazł to czego czlowiek czuka w tej jedynej,to cos co nas zmienia,powoduje ,że stajemy sie inni,lepsi,że wznosimy sie ponad to co szare,zwyczajne,codzienne,ponad swoje słabości.Ciekawi mnie,czy faktycznie twoje ,lepsze,zachowanie bylo wynikiem przebywania z nia,czy też istnieje jakiś inny czynnik.Zaczołeś się zmieniać dla niej,ale wraz z coraz to częstszym przebywaniem i oczarowywaniem jej,twoja przemiana zaczynała nabierać rozpędu.Im bardziej ona dawała ci do zrozumienia ,że jesteś taki super,im bardziej chwaliła sie tobą przed koleżankami,tymbardziej się zmieniałeś,transformowałeś swoją osobowść ku lepszemu.Owszem te zachowania było w tobie tylko pytanie : dlaczego dopiero zaczeły się przejawiać w kontakcie z M,a nie wczesniej czy później? I dlaczego teraz jesteś tego pozbawiony? Rozwiązania są 2: albo faktycznie jest w niej coś co naprawdę jest bodźcem uruchamiającym całą machinę bycia lepszym w tobie,albo ona była tylko narzędziem,który przy kozystnym wietrze pozwolił ci na rozwinięcie tych cech.Narzędziem jak każda inna kobieta,która w tym czasie była by na jej miejscu.Niestety rodzi się kolejne pytanie: dlaczego tak ją idealizujesz i stawiasz w świetle swojego ideału? Może dlatego ,że poprostu się zakochałeś.Może dlatego ,że nigdy nie czułeś sie tak przy żadnej innej kobiecie,a może dlatego,że dostarczyła ci tyle niezwykłych emocji,pozwalających na wytwożenie więzi emocjonalnej mocno zakożenionej we wspomnieniach o niej.Myslę,że wszystko po trosze.

Straciłeś kogoś bardzo waznego w swoim zyciu,kto wie czy nie najważniejszego.Teraz to przezywasz.Wiesz stary,może to zabrzmi tak jakoś niezwykle,wręcz fantastycznie,paranormalnie,ale czy wierzysz w przeznaczenie?? Ja tak i idąc tym tokiem myslenia,nie poczułes,że zrywając kategorycznie z M,robisz coś wbrew sobie i wbrew ustalonemu porządkowi? Ja wiem ,że to taka naciągana teoria,ale z tego co pisałeś wygląda ,że byliście dla siebie stworzeni.Jesteś nią tak zafascynowany,że nawet uważasz ,że ma najpiekniejsze piersi itp ( w sensie ,że choć inne moga miec lepsze,to i tak nie będą to piersi M).Ty rozkwitałeś przy niej,ona przy tobie.Uzupelnialiście siebie nawzajemn.Promienieliście,ale coś poszlo nie tak.Pytanie co? Może zbyt szybko zakończyliście tą znajomość,moze nie do końca poznaliscie siebie.Tak naprawde ,ta znajomość urwała się w najlepszym jej etapie.Może stąd ten niefizyczny ból i gorycz pytań?? Może zrobiłeś coś wbrew przeznaczeniu i dla tego nie możesz się pozbierać? Naprawdę już nie da rady tego odkręcic? Znowu spotykać się,dać sobie osatnią szansę??

Sam walcze ze swoimi rozterkami,bo też poznałem kogoś ,w kim widzę to czego poszukuję,ale nie potrafię tego sfinalizowac i zrozumieć pewnych zachowań,pomimo wszelkich przesłanek powaznego zainteresowania z drugiej strony i takożsamego paradoksu,ale powiem ci ,że mogąc w jakiś sposób zastanowić się nad twoją sytuacją,przynajmniej na chwilę nie myslę gdzie popelniłem błąd. Bo gdyby nie praca,hobby i rozmyslanie o twojej sytuacji,to chyba swoje rozmyslania by rozszarpały moją duszę.A powiadają ,że mężczyźni to prości ludzie.

ciągle próbujący

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

Na pewno masz racje- nigdy nie byłem z żadną kobietą tak blisko, nigdy nie łączyło mnie coś podobnego. Być może dlatego, że to tak po prawdzie był pierwszy mój taki poważny związek. Nie pierwsza poznana dziewczyna, a pierwszy raz, gdy czułem, że nie żyję osobno z kobietą, z którą jestem. Po prawdzie był to pierwszy tak" długi" związek. Bo wszystkie moje relacje z kobietami utrzymywały się na poziomie 2- 3 tygodni. Wiesz czemu? Bo zachowywałem się jak normalny, przeciętny facet, bo prostu nie miałem odpowiedniej wiedzy. Tak naprawdę przez niemal rok przed poznaniem M. nie miałem nikogo- mimo, iż byłem towarzyski, miałem dużo znajomych itd występował jeden główny excuse- nie chcę, żeby było tak jak kiedyś, sztywny związek jakby z musu. Dlatego się w nie nie pakowałem, bo" wmówiłem" sobie, że nie są one dla mnie. Szczerze- nie spodziewałem się, że może być z kimś tak fantastycznie, a ja będę przy tym absolutnie sobą i będę przy niej czuł się bardziej swobodnie niż przy chociażby znajomych. Przez ten rok kobiety to był głównie chwilowe emocje- i sam gasiłem je w bardzo krótkim czasie w obawie przed tym, że gdy minie fascynacja, będzie po prostu do dupy. Że będzie sztywno a ja nie chciałem się nigdy ukazywać z tej strony. To był błąd.

Co do mojej przemiany- to nie do końca tak, że M. ją wywołała. Tak naprawdę kilka dni przed tym, gdy pierwszy raz spotkałem się z M. postanowiłem, że chcę naprawdę zmienić swoje życie- nie tylko o tym mówić. M. miała być pierwszą kobietą, która" doświadczy" mnie od początku do końca takiego, jakim chciałem być. Sam nie byłem do końca przekonany jak to wyjdzie- ale wpoiłem sobie, że to ja jestem panem i władcą każdej sytuacji, że robię to na co mam ochotę i nie dbam o zdanie innych. Że jestem ja i szarzy ludzie- a nie ja jestem wśród szarej masy. I co do tej swobody działań- nawet nie wiesz, jak wtedy, gdy to pojąłem i robiłem, mówiłem dosłownie to na co ja mam ochotę- nie myśląc co ona sobie pomyśli. Byłem wolny, niesamowicie swobodny i wyluzowany, pełen swoich działań- i to ją niesamowicie pociągało, o czym mi później powiedziała. Dopiero przy niej pojąłem, że im bardziej ja jestem swobodny, tym bardziej swobodnie jest w związku. To tylko jeden aspekt kontaktów z kobietami- zmieniło się wszystko. Tylko to wydarzyło się przy niej, dlatego tak wiążę to z nią. Tyle, że przemiana nie przyszła dzięki niej- mentalnie postanowiłem się zmienić jakiś czas wcześniej i przyznam, że rezultaty tych zmian były widoczne przed spotkaniem M. Jednak to przy niej to wszystko nabrało rozpędu. Nie stałem się tym, kim chciałem być- stałem się kimś, kim nawet nie marzyłem, że się stanę. Dlaczego zakładam, że stałem się tym kimś? Bo to przesiąkło mnie do szpiku kości. To było we mnie i ja byłem całym tym. Przez ten czas zmienił się mój stosunek do całego świata- całe podejście. I dlatego wraz z rozstaniem odeszło i to, przynajmniej ja to tak powiązałem.

Piszesz, że mogłem się zakochać. Szczerze- nie wiem, nigdy nie czułem tego do nikogo, nie wiem jak odebrać to uczucie. Wiesz dlaczego można to założyć? Bo jestem świadom tego, że wiąże ją z tym, jakim ja chciałem być. I pomimo, że zdaję sobie z tego sprawę, moje spojrzenie na nią nie mija. Wiesz co jest dla mnie udręką? Że w ciągu tych niemal 3 miesięcy nie było dnia, żebym o niej nie myślał. Nie było wolnej chwili, podczas której nie zastanawiałbym się co teraz robi, gdzie jest, chwili w której- nie boje się tego słowa- bym nie tęsknił. Rozstając się wiedziałem, że coś czuję, ale robiłem to z uśmiechem na ustach- bo wiedziałem, że mogę tego samego dnia uszczęśliwić inną kobietę. I tylko ode mnie zależy, na którą spadnie to szczęście, że do niej podejdę. Rozumiesz o co mi chodzi? Przez te kilka dni nie zmieniło się wiele w moim podejściu. Ale z kolejnym każdym dniem zacząłem popadać w pętle myślowe. W coś, co nie dawało mi spokoju. Po prostu stawałem się coraz bardziej chujowy- stąd temat, z wyprostowanego gościa ociekającego zajebistością, którym sam nawet byłem zadziwionym- ale bardzo go polubiłem, popadłem w absolutny marazm. Tu nie chodziło tylko o moje podejście do kobiet- chociaż przyznam, że strasznie imponowałem sam sobie. Zmieniło się wszystko, o wiele więcej czasu poświęcałem, znajomym, pasją, niesamowicie mnie to cieszyło, a każdy następny dzień witałem z radością. A jak jest dzisiaj? Nie cieszy mnie nic, każdy dzień jest taki sam, zawalam wszystkie swoje obowiązki i pomimo tego, że wiem w jakim gównie jestem- brnę w nie dalej. I robię( a raczej nie robię) wielu rzeczy, które, pomimo tego, że wiem, że są ważne dlatego, że po prostu nie widzę żadnego sensu robienia tego. Wszystko ze mnie uleciało- i dlatego nie jest do końca tak, że sobie nie radzę, po prostu nie mam żadnej życiowej motywacji do tego by to robić- nie widzę w tym sensu. Nic mi nie sprawia radości, nawet moja pasja straciła dla mnie sens, bo nie mogę się odciąć i na niej skupić. Z tamtej pozycji po prostu stałem się zerem- i wiem o tym, mam tego świadomość. Ktoś powie, że jest to połowa sukcesu- dla mnie nie znaczy to nic, niczego nie zmienia, po prostu jest chujowo i tak samo jak nie podoba mi się obecny stan, mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że żaden inny i tak nie będzie lepszy. Niestety. Dlatego cieszę się, że próbujesz zrozumieć to z emocjonalnej strony, z punktu psychologicznego modelu mojej osobowości jak pisałeś wcześniej- bo może Tobie uda się wyciągnąć jakieś wnioski wpływające na to co będzie. Bo ja mimo, że ciągle analizuje, grzęznę w tym, być może dlatego, że jestem w środku tych wydarzeń.

Pytasz o mój stosunek i idealizowanie M.- po części tęsknię za swoim dawnym obrazem a po części za nią. Jest to spowodowane z pewnością tym, że jedno wiążę z drugim. I mimo, że wiem, że potrafiłbym być kimś takim bez niej, to brakuje mi iskry. Uśmiechu, radości, optymizmu, jakiejkolwiek. I to dziwne przekonanie, że bez niej to nie powróci- nie wiem co musiałoby się stać, by to powróciło do mojego życia- bym mógł żyć jego pełnią. Wtedy szedłem wyprostowany, pewny, z głową w górze- bo taki był mój nastrój, stan wewnętrzny, tak po prostu się czułem. Teraz z wierzchu wygląda to podobnie, lecz gdybym miał swoją postawą oddawać swój nastrój, powinienem z wiszącymi rękoma i wzrokiem wbitym w ziemię włóczyć nogami po podłożu. Bo wiesz co uderza najbardziej? Że wiem, że to wszystko jest we mnie. Bez udawania, pozerstwa czy aktorstwa, to gdzieś siedzi. Bo to nie była jedynie pewność siebie, pewność zachowań. To była lekkość, beztroska, dystans, humor, radość, optymizm- słowem były uwolnione wszystkie te cechy, które tworzą wizerunek" faceta sukcesu". Bo wtedy nawet problemów nie traktowałem jak przeszkód. Były to dla mojej mentalności rzeczy do pokonania, jakby wyzwania. Wiedziałem, że kształtują mój charakter i są one po to by je pokonać- nabrać doświadczenia i nauczy się postępować w nowych sytuacjach- coś co mnie wzmocni. A teraz najmniejszy problem jest czymś nie do pokonania. Czymś, do czego pokonywania nawet nie warto przystępować.

Rozumiem Cię. Stąd, że mojej postawy i myśli nie absorbuje nic- hobby, pasja- nic mnie nie cieszy. Cały czas jedna myśl w głowie- i dlaczego jest tak a nie inaczej. Dla mnie jakby czas zatrzymał się 2- 3 miesiące temu. Od tego czasu nie wydarzyło się u mnie nic pozytywnego. Przeciwnie- wszystko się wali. Widzisz, ja z kolei czytałem, że to mężczyźni bardziej przeżywają takie rzeczy- może dlatego, że w przypadku kobiety zaraz znajdzie się ktoś, kto pomimo jej humoru i nastroju będzie ją adorował i niekiedy nawet pieskując pomoże im się z tym uporać Wink A raczej kobieta uzyska zabawkę-" wiem świat jest dziwny, dziewczyny mają w dupie blizny" Wink Rzecz w tym, że w moim przypadku sam do końca nie wiem co jest moim problemem. Bo wiem, że gdyby udało mi się odzyskać dawny stan rzeczy, byłbym tak samo szczęśliwym człowiekiem jak wtedy. Chociaż przyznam, że myślę, że i tak miałbym w głowie" jakby to było z nią". I mimo, że pisałem wcześniej, ze wiem, że dla mnie lepiej w długiej perspektywie byłoby odzyskać to wszystko bez niej- chciałbym jej. Pytasz czy da się to odkręcić- nie wiem, sprawa wydaje się być pogrzebana. I widzisz- mimo, iż mam tego świadomość nie myślę o niczym niż o niej- i o tym jakim ja byłem przy niej.

Wiesz w czym rzecz- nie poznałem do tej pory osoby tak podobnej a jednocześnie różnej ode mnie jak M. Bo pomimo, że przez większość związku traktowałem ją jak przelotny związek- i nie ukrywam, że dawałem jej to do zrozumienia, później się coś zmieniło. Być może właśnie dlatego dopuściłem ją tak blisko. Doszedłem do wniosku, że byliśmy identyczni- oczywiście ona w" gębie"( Gombrowicz's copyright) kobiety, ja mężczyzny. Może dlatego było nam tak dobrze? Nie wiem. Ale najbardziej boli przeświadczenie, że nie spotkam już nikogo, kto oddziaływałby na mnie tak jak ona. Ze nie spotkam kogoś z kim stworzę to samo. Być może to lęk, że po prostu nie spotkam" jej"? Nie wiem, al;e w głowie mam kocioł. I zamiast z czasem stygnąć, gotuje się w nim coraz bardziej.

Dzięki za odpowiedź Wink

Pozdrawiam

rybakmj
Nieobecny
Wiek: 24
Miejscowość: Grajewo

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: -1

Zastanawiające co ona mia w sobie ,że tak ci tego brakuje? Co powoduje,że nie możesz się otrząsnąc? Postanowiłeś się zmienić ,poznałes M i mozna powiedzieć ,że zbieglo to się w jednym czasie ( choć uważam w mysl ideii przeznaczenia,że tak miało być).Na zdrowy rozum,to ty chciałeś się zmienić i sie zmieniłes,ale z tego co piszesz,to dla siebie,a nie dla niej.Ona była tylko takim narzędziem przemian,może tez i potrosze motorem,ale raczej na pewno i skutkiem,wynikiem twojego matematycznego działania czyli twojej przemiany.Zauwazyłem,że piszesz wiele o swoich odczuciach,o tym jak się czułeś i na podstawie tego mogę w tej chwili powieidzeć ,że jednak nie jesteś/byłeś w niej zakochany.Owszem coś czułeś,ale to nie była pelno wymiarowa miłość.Zafascynowałeś sie nią,pod wpływem swojej przemiany,która coraz to bardziej nabierała rozpędu w czasie trwania i ro zkwitu tej znajomosci.Nie mogłes uwierzyć,że zmianąswojego postepowania ,potrafisz zmienić także i czyjes.Postanowiłeś byc kimś innym,dać się poznać nowej dziewczynie od zupełnie innej,dotąd nie uzewnętrznianej strony.I zrobiłes to,dochodząc do zwycięstwa czyli oczarowania M oraz dokonczenia swojej transformacji w faceta z kri i kości.Dlatego własnie uwazam,że nie było miłości.Również nie poruszasz aspektu jej odczuć,tego co ona myslała,tylko cały czas piszesz o sobie.Nie twierdze ,że jesteś egoistą,tylko poprostu ty wcale nie patrzyłes na ten związek przyszlosciowo,a raczej doswiadczalnie i cały czas analizowałes rezultaty tej znajomosci,oczywiscie będąc coraz bardziej pod ich wpływem.Coraz bardziej zadowalało to ciebie ,iz twoje nowe podejscie do siebie i otoczenia przynosiło zdumiewające efekty i procentowało w postaci przyjemnego łechtania twojego ego,rosnacego w galopującym tempie.

Cały czas myslę jak aktualną sytuację odwrócic.Jaki bodziec byłby na tyle skuteczny ,byś znowu odczuł potrzebę zawalczenia o swoje najlepsze JA.Byc może potrzebujesz wyzwania.Dziewczyny,tak przebiegłej i atakcyjnej,która nie podda się twojej woli za szybko o ile w ogóle.Przecież tak naprawde M na początku nie była tobą zainteresowana,a dopiero gdy twoja przemiana zaczeła nastepować -poczuła chęć poznania rozwijając to w związek.Mozliwe ,że gdy twoja ambicja zostanie wyzwana na pojedynek,to zaczniesz na powrót odzyskiwać to co w tobie najlepsze.Wiem ,że to takie kombinowanie z mojej strony,ale trzeba przyznac trudny przypadek z ciebie.Jest wiele zlozoności,znaków zapytania,niewiadomych.

Masz rację ,że człowiek sam będąc w środku zdarzenia i przedewszystkim emocji,nie umie dostrzec pewnych,czasem oczywistych spraw i wtedy najlepiej gdy ktos to przekalkuluje z zewnątrz.Sam niestety też nie mogę ruszyć z miejsca.Chcesz nie mysleć o jednym i na chwilę przestać się zadręczać?? Pomóż mi ruszyć,to chociaż będziesz miał zajęcie hehe.

ciągle próbujący

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

M. zainteresowała się od początku, tylko ja sam nie byłem do końca pewny jak ona odebrała moją postawę Wink Z początku masę ST człowiek odbiera różnie-" a może coś nie przypadło jej do gustu? Przecież gdybym ją zainteresował to by tyle tego nie było" itd, myśli, których jednak u mnie nie było, bo byłem pewny swego. Po prostu robiłem swoje nie licząc na żaden efekt, bo wiedziałem, że się pojawi- co więcej, miałem tak naprawdę wyjebane na to jak się to dalej potoczy. M., przynajmniej z początku zachowywała się bardzo" hardo" i ciężko mi było do końca to rozgryźć- dopiero potem doszedłem do wniosku, ze odrzuca naprawdę wielu mężczyzn przez co sukotarcza jest ma dosyć wysokim poziomie- lecz na tym pierwszym spotkaniu odbijałem wszystko aż miło, z wielką pewnością siebie i uśmiechem na ustach i to aż wprowadzało ją w zakłopotanie Wink Wiesz jak testowała na pierwszym spotkaniu to czy jestem prawdziwy? Non stop kokietka, zaraz gierka i test. Rozstając się wtedy jechaliśmy tramwajem, ja wysiadałem kilka przystanków przed nią( oboje nas czekały jeszcze przesiadki, dlatego prosiła mnie, bym jechał z nią do jej przystanku, poczekał na autobus i wrócił tutaj- nie przeszło Wink). W każdym razie atmosfera już była fajna i z kontekstu rozmowy coś wynikło, że ona( mimo wszystko, że w żartach) powiedziała" myślisz, że chciałabym codziennie widzieć Twoją brzydką mordę?" myślę ło kurwa, ale bez zastanowienia i z uśmiechem na ustach odpowiedziałem" a wydaje Ci się, że ja Twoją szpetną chciałbym mieć cały czas przed oczami?". Oczywiście zaśmialiśmy się, chociaż ludzie z nami podróżujący dziwnie przyglądali się naszej rozmowie Wink To był ostatni taki test jaki miałem. Wiesz co mi kiedyś powiedziała? Że nie było dotąd faceta, który by się na ten tekst nie speszył- a ja jej jeszcze pocisnąłem. Heh i dostrzegłem wtedy, ze o to chodziło bo jej oczka tylko rozbłysły. Wysiadłem z tramwaju, przesiadłem się na autobus i dostałem smsa" jak Ci się podobało?;)", gdy odparłem, że wywarła na mnie pozytywne wrażenie, otrzymałem wiadomość, po której już wiedziałem jak realnie mają się nasze siły" naprawde? takiemu facetowi jak Ty podoba sie ktos taki jak ja?:>" nie zapomnę, że odpisałem wtedy tylko" podobasz mi się, nie spierdol tego". Nie miałem wątpliwości, że pokazałem się od strony nagrody na tym spotkaniu, właściwie szedłem i zachowywałem się tak, że widziałem, że ona czuje, że to ja jej robię łaskę idąc z nią Wink Dalszą historię znasz, od razu zostało ustalone kto jest mężczyzną a kto kobietą, a jej fascynacja tylko się pogłębiała- to ona chciała związku, i mimo, że też tego pragnąłem, nigdy nie poruszałem tego tematu- moim zadaniem było rozpalać emocję Wink Nawet gdy powiedziała, że chce mieć mnie tylko dla siebie, pozwoliłem sobie na przekomarzanie i trzymanie jej w niepewności Wink Tak naprawdę nigdy żadna kobieta nie była mną tak zafascynowana- i to mnie strasznie kręciło. Bo w jej oczach byłem typowym samcem alfa, naprawdę uwierz, potrafiłem spędzać z nią dużo czasu i nie popełnić praktycznie żadnego błędu- dbałem o każdy szczegół, mimo, że jest silną kobietą, wszystkie decyzje podejmowałem ja, o nic nie pytałem tylko robiłem. Niesamowicie mnie to kręciło, bo każda inna kobieta, która mnie znała, widziała mnie choć raz w chwili słabości- a jeżeli nie w chwili słabości, to w momencie gdy miałem" gorszy dzień". Tu byłem skrajnie zajebisty. I świadomość tego niesamowicie motywowała mnie do dalszej pracy nad sobą- i to nie tylko przy niej jak już mówiłem. Wiesz za czym najbardziej tęsknie? Za tym, że ona przyjdzie i będzie patrzyć się w moje oczy- ale gdy ja spojrzę z uśmiechem w nie, po chwili się speszy- zawsze się z niej o to śmiałem Wink Tak naprawdę tęsknie za tym, że pozwalałem jej się czuć najwspanialszą kobietą na świecie, jednocześnie pokazując jej, że jest przy niej mężczyzna godny jej w stu procentach, przy tym prześcigający ją trochę we wszystkich parametrach. Nie, że ona jest słabą, bezbronną kobietą. Nie- ona rozkwitała, czuła się przy mnie najwspanialsza( o czym sama mi mówiła), ale wiedziała, że obok jest mężczyzna, który po prostu ma tego tyle, że daje jej coś od siebie, część siebie. Tęsknie za tym, że siedziałem rozpierdolony połowie ławki, z uśmiechem czekałem na jej przybycie, wymieniałem uśmiechy z mijającymi mnie kobietami( pamiętam sytuacje, gdy szybkim krokiem mijała mnie kobieta, ale ja od kiedy ją zauważyłem, do momentu aż mnie minęła patrzyłem jej się prosto w oczy z uśmiechem i wyrazem pewności siebie, a ona nagle zwolniła kroku, usiadła na ławce obok, wyciągnęła książkę i cały czas spoglądała na mnie Wink Po jakiejś minucie przyszła M., czule się przywitaliśmy, spojrzałem w stronę tamtej ławki, a tamta kobieta z nieciekawą miną pośpiesznie pakowała książkę i uciekła Wink ) i widząc ją z daleka, po prostu patrzyłem i śmiałem się w duchu, jak tak słodko spuszcza wzrok, gdy na nią patrzę i wiem, że całym spotkaniem sprawiam jej przyjemność. To mnie napawało optymizmem- bo miała pewne problemy, gdy byliśmy razem i nalegała na spotkania niemal codziennie, mówiąc mi, że tylko przy mnie się uśmiecha. A ja stosuję starą zasadę- jeżeli chcesz dobrze obcować z kobietą, rób tak, by uśmiech nie znikał z jej twarzy- i tak właśnie było, przy mnie była roześmiana i radosna i być może dlatego tak zmartwił mnie widok jej wyrazu twarzy, gdy się rozstaliśmy.

Pytasz o jej uczucia. Hmm... Mimo, że była bardzo towarzyską osobą, to rzadko wychodziła z domu- ze względu na rodziców. Jeżeli już, to tylko na konkretną, umówioną wcześniej imprezę. Widywaliśmy się tylko po szkole, później ona siedziała w domu i się uczyła- dlatego tyle radości dawało jej spotkanie ze mną. Przyznała mi, po zakończeniu związku, że byłem dla niej kimś ważnym, kimś z kim chciała związać się na dłużej. Że imponowało jej to jaki jestem, moje podejście, moje zachowanie. I przyznała też, że lubiła patrzeć na to, jak z zazdrością spoglądają na nią inne panny, gdy mijaliśmy je na ulicy- a sama czuła się spełniona. Cholernie imponowało mi to, że potrafiłem dać kobiecie prawdziwe zadowolenie, radość- bo czy to było szczęście? Być może, ale nie mnie oceniać, więc nie użyje tego słowa. Imponowało mi też to, że potrafiłem nie tyle zdobyć, co utrzymać, i sprawić, by to ona się mnie kurczowo trzymała kobietę tak" rozchwytywaną". Doskonale wiedziałem, że ma powodzenie, zresztą zawsze opowiadała mi o tym, co działo się w szkole, gdzie jest jedną z najlepszych kobiet- cóż, tylko w jej klasie i w jednej z czwartych jest profil, na którym połowa klasy to kobiety- reszta szkoły to mężczyźni. Wiedziałem jaki ma stosunek do mnie- dlatego nie bałem się o zdradę, niewierność, nic z tych rzeczy. Może inaczej- jebało mnie to, miałem wtedy wewnętrzne przekonanie, że nawet gdyby to zrobiła, to ja z uśmiechem powiedziałbym" ok narazie Wink ) i mógłbym zająć się innymi kobietami. O dziwo to przeświadczenie nie było przy mnie, gdy kończyliśmy nasz związek. Tak naprawdę to ona była zazdrosna. Powiedziała mi kiedyś, że mimo, że fascynuje ją moja osoba, to wie, że w bycie ze mną wkalkulowane jest ryzyko zdrady- jak to ujęła, że spotykam wiele kobiet i wiele z nich będzie chciało jej mnie odebrać. Cóż, będąc wtedy taki a nie inny, nawet specjalnie nie starałem się, by taki stan rzeczy miał miejsce- gdy jesteś wewnętrznie przekonany o swojej zajebistości, to widać, to emanuje. Świat wewnętrzny określa zewnętrzne postrzeganie- i nigdy kobiety same się tak do mnie nie lepiły jak wtedy. Oczywiście wtedy nie uznawałem tego za oznakę tego, jaki jestem" ogólnie", uznałem, że to wynik zmienionej mowy ciała( która w dużym stopniu obrazuje to wszystko). No ale do niej zalicza się wszystko- uśmiech, ton i barwa głosu- dzisiaj już nie słychać w nim takiego entuzjazmu. Za każdym razem, gdy układam sobie w głowie( wtedy to przychodziło samoistnie) to, jaki powinien być teraz mój obraz( bo uwierz, że nie chcę nikomu przedstawiać tego co obrazuje mój świat wewnętrzny- nie chcę nikogo przygniatać swoimi emocjami) to pierwsza myśl, która się nasuwa to M. Jakiś obraz, scena z naszego wspólnego popołudnia, jakaś historia, czasem po prostu jej twarz, tudzież nieziemski tyłek Wink Ale zawsze związane jest to z tymi uczuciami i niestety jak słodkie były wtedy, teraz są niesamowicie negatywne.

Co do miłości, tudzież zakochania. Miłość to z pewnością nie było, to było zakochanie albo zauroczenie. Na początku byłem przekonany co do tego drugiego, ale tyle to trwa, że sam z niedowierzaniem zaczynam skłaniać się ku pierwszej opcji. Nie mylę tu zakochania z kochaniem( miłością), Gracjan po lewo ładnie wyjaśnia różnicę. Z tym, że uczucie jest zarówno mocne do niej, jak i po prostu do okresu, jaki wtedy był, ogólnej relacji i tego, że był to czas niejako" wewnętrznego spełnienia". Chociaż nie wiedziałem, że tak na to będę patrzył z perspektywy czasu- bo pomimo, iż byłem zadowolony życiem, w pewnym momencie uznałem to za naturalny stan rzeczy- i dobrze, bo tak powinno być. Nie wiedziałem tylko, że w ten sposób zostanie on zburzony...

Heh pewnie, przeczytałem Twój temat i odpowiem w nim, ale to już jutro, bo niedawno wróciłem i padam zmęczony Wink Bo właśnie nagłe wyciągnięcie mnie z domu uniemożliwiło mi odpowiedz heh. I mimo, że jestem zadowolony, że gdzieś wychodzę, gdzieś idę ze znajomymi, jestem jakby taki nieobecny.Byłem duszą towarzystwa, teraz jestem myślami zupełnie gdzie indziej, czasem zdarza się, że mogę" zamulać" a tego strasznie nienawidzę. Bo chcę wtedy jakby na siłę otrząsnąć się z tego amoku, a wychodzi odwrotnie do zamierzonego celu. I dlatego też tęsknię za dawnym stanem rzeczy- byłem w centrum uwagi, w centrum każdego tematu, po prostu mój świat był uzewnętrzniony- jestem o wiele bardziej zamknięty niż wtedy. Z radością podejmowałem każdy temat i nic naokoło się nie liczyło. A teraz strasznie wkurwia mnie, że część mojego życia zajmują moje myśli- takie uwewnętrznianie świata, i przeświadczenie, że to co dzieje się w mojej głowie jest ważniejsze od tego co tu i teraz- co naprawdę. Rzecz w tym, że gdy tylko zaczynam myśleć( a właściwie gdy przeleci jakakolwiek myśl na ten temat) lecę za nią i po prostu myślami jestem gdzie indziej. Powiem szczerze, że tak jak tamten okres zmienił wszystko na każdym polu mojego działania, mojego życia, tak teraz to zadziałało w drugą stronę, w przeciwnym kierunku.

Niewiadome, znaki zapytania, nieścisłości- pytaj o co chcesz Wink Ocena wszystkiego jest ważna, i być może tu wyciągniemy na pierwszy plan jakąś kwestię, którą ja w wewnętrznych rozterkach i analizie pomijałem, a jest kluczowa Wink Bo naprawdę męczy mnie aktualny stan rzeczy i wiem jedno- nie chcę tak żyć. Bo o tyle, o ile kiedyś wybiłem się ponad oś wykresu- o tyle jestem teraz pod nią. Tak, gorzej niż przed przemianą. Nie chcę tak żyć- może dlatego, że zasmakowałem lepszej strony życia, lepszej strony tego wszystkiego, lepszej strony siebie. I wiem, że to dzięki sobie i swoim działaniom wskoczyłem na ten wyższy pułap- i mimo, że cały czas mam nadzieję i wielką chęć na odzyskanie tego wszystkiego, ogrom czasu w którym jestem od tego odcięty zaczyna mnie przytłaczać. Ta bezcelowość. Bo wiesz czym się różni ten czas od tamtego? Wtedy, pomimo braku konkretnego celu, na który bym wyczekiwał, widziałem we wszystkim sens i z radością witałem każdy kolejny dzień. A dzisiaj jest absolutna bezcelowość i gorzej- marazm, który wydaje się nie mieć sensu, w którym wszystkie wymuszone, rutynowe czynności są robione tylko po to, by utrzymać jednie obecny stan homeostazy- co tym bardziej dobija i obrazuje bezcelowość działań. Ciężko to streścić w jednym akapicie, poście, w jednym temacie. Bo jeden akapit nie pokaże tego co chcę przekazać- trzeba obrazowo spojrzeć na cały przekaz. A każdy fragment jest jego częścią- i tak naprawdę jesteś osobą, która mimo, iż mnie naprawdę nie zna, wie o tym co w tym momencie siedzi we mnie więcej niż ktokolwiek inny- bo przyjaciele, znajomi i rodzina widzą tylko zewnętrzną część. A chciałbym, aby była ona taka jak kiedyś- niewymuszona, z lekkością i beztroską przeciwstawiająca się światu z pieprzoną pewnością, że wszystko jest dla mnie i wszystkiemu dam radę- i gdy w to wierzyłem, tak naprawdę było.

Dzięki za odpowiedź, jutro postaram się ogarnąć Twoją sytuacje- ogólnie lubię teraz wczuwać się w problemy innych, pomóc rozwiązywać je. Nie zrozum mnie źle- po prostu" wtedy" nie lubiłem takich rzeczy a z miłą chęcią czytałem pozytywne wpisy. A wiesz jak jest teraz? Wchodzę na forum i szukam tych mniej optymistycznych. Czytam o problemach, o chujowej sytuacji poszczególnych ludzi i daje mi to jakieś ukojenie. Nie żywię się nimi, po prostu wczuwam się w sytuację autora i jestem w stanie poczuć złożoność sytuacji- a może to daje mi wytchnienie, że nie ja jedyny siedzę w gównie? Nie mam pojęcia, ale zmieniło się moje nastawienie do wszystkiego, naprawdę.

Rzecz w tym, że każdy do czegoś dąży. Ja mam trzy drogi do wyboru- dążyć do odzyskania M., dążyć do odzyskania pasji lub spróbować na nowo stać się tym, kim byłem kiedyś. Ja wybrałem to ostatnie, pomimo, że być może do uzyskania tego celu potrzeba dwóch poprzednich. Tylko w ich uzyskaniu pojawiają się problemy i jakby brak celowości działania. Bo by być takim jak kiedyś też potrzebuję bodźca- tylko jak go odnaleźć, jeżeli w niczym nie widzę sensu, jedynie w tej- jak z biegiem czasu zaczynam myśleć- pustej idei? Ale nie chcę jej w sobie zabijać, bo to jedyne, co trzyma mnie przy życiu. Dawny obraz siebie i to, że wiem, że potrafię taki być. Bo nikt mnie nie wykreował- po prostu taki byłem a otoczenie mnie odbierało- i byłem szczęśliwy z tego powodu, że mogłem swoim zajebistym nastawieniem do wszystkiego i optymizmem umilić komuś i choć na chwilę poprawić dzień. A najbardziej to uczucie powodowało moją radość w kontaktach z Magdą.

Dzięki za odzew Wink

Pozdrawiam

rybakmj
Nieobecny
Wiek: 24
Miejscowość: Grajewo

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: -1

Skoro mam wolną ręke odnośnie pytań,to pozwól ,że zanim wgłębię sie jeszcze dalej w analizę tej sytuacji ,odpowiedz mi na takie pytania:

-czy ona wyznała ci miłość ?Jesli tak to jak ty zareagowałeś ?

-czy poszliście do łózka?

-jaki jest twój stosunek do miłości i jak pojmujesz głębię związku,jego wartość i niezwykłosć ?

-czy stać ciebie na poświęcenie tego co jest ci bardzo drogie? Nie mam tu na mysli materialnego poświęcenia,a raczej poświęcenie swoich wartości na rzecz czyjegoś szczęscia,bądź też dojście do kompromisu.

-napisz największe wady i zalety "M" i tak samo postąp podług siebie

Pytania,może troszke dziwne,ale napewno prywatne ,wręcz intymne i jesli niechcesz to nie odpowiadaj,ale bez odpowiedzi,niemozliwym będzie ustalenie dogłębnego modelu osobowości i co za tym idzie motywu postepowania,a wreszcie błędu który wywołał taki stan rzeczy.

Ciesze się,że czytałes o moim problemie i już teraz dzięki za ewentualną pomoc.

ciągle próbujący

Marhan
Nieobecny
Wiek: -
Miejscowość: Bydgoszcz

Dołączył: 2011-01-18
Punkty pomocy: 0

Witam.
Już na początku twojego posta wiedziałem, że ten związek, który chcesz opisać, padł w gruzach. A wiedziałem to od momentu, gdy napisałeś, że naczytałeś się ”głupot” o uwodzeniu i podrywaniu kobiet. Jak sam tego doświadczyłeś, bycie takim twardzielem, jakim się poprzez tryki psychologiczne, manipulacją ludzkich uczuć i emocji, stałeś, sprawdza się tylko i wyłącznie, gdy chcemy zarwać jakąś laskę na jedną noc. Natomiast, gdy chcemy zawrzeć jakiś poważny związek, musimy być sobą. Ktoś ma pokochać, zainteresować się nami, nie naszą maską. Sam teraz wiesz, że zgrywanie macho już na samym początku waszej znajomości doprowadziło do tego, że ona ciebie sprawdzała, ciągła kontrola. Gdyby trwało to dalej, nie miałbyś spokoju, nie mógłbyś się nigdzie ruszyć sam. Więc może lepiej, że tak się to wszystko na tym etapie skończyło. Chciałbyś, aby wszystko wróciło do pierwotnego stanu.
Ale wówczas musiałbyś przestać grać, zdjąć maskę. Ona musi poznać i pokochać ciebie. Problem polega na tym, że ona ciebie zna tylko i wyłącznie w tej masce. Zapomnijmy jednak o tym, co było a było źle. Zajmijmy się przyszłością, bo ona jest teraz najważniejsza. Chciałbyś bardzo powrotu. Boisz się, że ona się nie zgodzi, że ciebie odrzuci. Z taką okolicznością należy się również liczyć. Ale czy w was nie było tak, że ona ciebie kochała a ty ją. Chyba gdzieś w twoim tekście wyczytałem, że ty jej nie kochałeś. Ale tylko tak się tobie wydaje, bądź nie dopuszczasz takiej myśli. Z tego co piszesz o twoim zachowaniu, ciągłym o niej myśleniu i wspominaniu chwil spędzonych razem, należy wnioskować, że tak jest. Gdy jesteśmy z daną osobą razem, nie zastanawiamy się nad tym, czy ją kochamy, ponieważ ona przy nas jest. Natomiast, gdy jej brak zaczynamy o tym myśleć. Gdy nam czegoś zabraknie, odczuwamy jego brak. Tak jest u wszystkich i ze wszystkim. Ale co zrobić z tym patem? Najlepszym i jedynym rozwiązaniem jest szczera i otwarta rozmowa. Czy ona ma sens? Odpowiem MA. A dlaczego? Przecież z tego co piszesz i jak to opisujesz jej zależy na tobie i vice versa. Ona i ty przeżyliście strasznie to rozstanie. Czy ona nie chciała, abyś wrócił? Powinieneś szczerze porozmawiać, przyznając się do swoich błędów, nawet do tego, że nie byłeś sobą, ale wszystko zrozumiałeś a teraz już wiesz i jesteś pewien, że takie postępowanie nie ma sensu i bardzo tego żałujesz. My ludzie mamy to do siebie, że ludziom, których lubimy jesteśmy w stanie wiele wybaczyć a tym, których kochamy wszystko. Czy nie wybaczałeś swoim przyjaciołom wielu rzeczy, albo, czy byś im nie wybaczył? Przecież ona nie jest nikim innym, jak taką właśnie osobą a nawet czymś więcej. Jak nie będziesz robił nic, twój stan psychiczny może się jeszcze pogorszyć. Będziesz w dalszym ciągu o niej rozmyślał, co może doprowadzić do głębszej depresji, która i tak już w tobie wystąpiła. Należy w takich przypadkach, albo działać, myślę o rozmowie, albo po prostu zapomnieć. Twój stan psychiczny niestety na zapomnienie na razie na to nie pozwala, więc pozostaje rozmowa. Co się stanie, gdy ona powie nie? Twoja sytuacja stanie się klarowna. Dowiesz się wówczas, jak prawdziwe były jej uczucia do ciebie. Zaczniesz myśleć o nie w innym wymiarze. A tym wymiarem powinno być to, że to nie ty nie jesteś jej wart, tylko odwrotnie. I tylko takie myślenie może doprowadzić do poprawy twojego stanu psychicznego. Jeżeli będziesz myślał inaczej, wszystko się bardziej pogłębi.
Każdy związek można uratować. Nie można czekać na cud, albo na to, że ona się pierwsza odezwie. Kobiety mają zakodowano to, że nigdy w takich przypadkach nie zwrócą się pierwsze do nas. Taką mają psychikę. Będą cierpiały ale nie zrobią pierwszego kroku. Nie licz na to. Ale o takich rzeczach, jestem przekonany, że twoje źródła informacji o podrywaniu nawet nie wspomniały. To ty powinieneś w tym przypadku okazać dojrzałość i uczynić ten krok.
Pozdrawiam. Życzę odwagi i powodzenia.

Namiot
Nieobecny
Wiek: 20
Miejscowość: Łódź

Dołączył: 2011-01-30
Punkty pomocy: 0

Elo, chyba mam, a raczej miałem dość podobny problem, aż do wczoraj, kiedy przeczytałem to co napisałeś Ty i to co napisali Inni. Przez jakiś czas nie mogłem jeszcze usnąć po tym. Wnioski w sumie przyszły dość szybko, a pierwszy z nich jest następujący.

Mówisz, że to twój pierwszy taki związek - Pierwszy raz jest raz. Najwyraźniej mocno się tym zauroczyłeś i teraz chcesz to przeżyć ponownie. Niestety a może i stety pierwszy raz już był, więc już go nie będzie. Cholera ! Trzeba to zaakceptować mimo tego co się ostatnio z tobą działo.

Drugie moje dogłębne przemyślenie wyszło z wypowiedzi innych użytkowników. Wyżej ktoś napisał roli lepszej wersji samego siebie. I doszedłem do wniosku, że też grałem podobną postać. Uświadomiłem sobie, że "coś" nam pokazuje, że można stać się taką osobą. Dostajemy wersje próbną żebyśmy mogli się przekonać na własnej skórze. W moim przypadku trwało to 3 miesiące. W końcu był "game over" , a mnie się tak spodobało, że zachciałem jeszcze raz zagrać w tę grę. Z tymże teraz nie zaczynam tak jakby na 100 lvl od razu. Tylko na 1 poziomie i muszę się nieco spocić by osiągnąć poprzedni stan. Ostatnio czytam "Grę" Neila Strausa i tam jest napisane, o tworzeniu własnego wizerunku w podrywie.

Ostateczny wniosek jest taki : Teraz wiem, że mogę stać się lepszy. Teraz wiem, że to jest czas na to by stworzyć własny wizerunek w tym fachu Wink. Teraz wiem, że wróciłem do gry.

zuch_partyzant
Nieobecny
Wiek: 16

Dołączył: 2010-11-14
Punkty pomocy: 2

Panowie ogarnijcie sie, nie chce spędzić całego dnia w tym temacie Laughing out loud

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

Dzięki za odpowiedzi Wink

Marhan, nie do końca zrozumiałeś mój punkt widzenia. Rzecz w tym, że nie było efektu" maski". Byłem tym kim chciałem być w każdym aspekcie mojego życia, przez całą dobę- M. widując przez kilka godzin w tygodniu. Rzecz w tym jak zmieniło się moje nastawienie do całego świata. Po prostu stałem się tym, kim zawsze chciałem zostać, a przy M.? Przy niej po prostu byłem naturalny, bo była to część mnie Wink Radości i spontaniczności nie można udawać- to się po prostu działo. Przyznam, że jej obecność dodawała mi niesamowitej pewności siebie, ale z tym, że byłem taki cały czas- mogę to bardziej wyrazić pisząc o tym jako o swego rodzaju" swobodzie" niż pewności siebie- bo ona utrzymywała się cały czas i to było piękne. Tak naprawdę dopiero teraz, gdy wychodzę na miasto, ogólnie do ludzi( niestety po części dopiero teraz zauważyłem jak bardzo odciąłem się od otoczenia od tamtego czasu) załącza się" tryb aktora"- bo nie chcę nikogo obarczaj moimi problemami i wolę dzielić z innymi radość niż pesymizm- tyle, że fatalnie się z tym czuje. Obawiam się, że to jakaś depresja czy coś w związku z tym- tyle, że widzę jak jest fatalnie i pomimo tego nie potrafię tego zmienić, znaleźć czegokolwiek co by mnie cieszyło.

Marhan wspomniał o uczuciu- nie wiem, czy ono było bo nigdy nim nikogo nie darzyłem( mowa o kobietach) ale nie było niczego nadzwyczajnego w tym związku, po prostu było fajnie. I nigdy nie pomyślałbym, że po zakończeniu znajomości z nią będę w takim stanie. Rzecz w tym, że próbuje odnaleźć siebie z tamtych dni, tyle, że utraciłem już chyba nadzieje. Chodzi o to, że nie było mi już nigdy tak dobrze jak w tamtym okresie( i zaznaczę słowo okres a nie związek, bo to ogólnie był dobry czas- tyle, że upatruję to właśnie w relacjach z M.)." Twój stan wewnętrzny określa Twój stan zewnętrzny"- i jeżeli nie będzie tam tej radości, luzu, spontaniczności, frajdy z życia, to nie pokażesz tego na zewnątrz. Nie będziesz bawił się tym. Nie będziesz czerpał radości z życia. To jest mój dramat, bo trwa to od miesięcy. Ale masz rację- nie ma dnia bym o niej nie myślał. Nie wiem jak to się dzieje, po prostu nie mam na to wpływu- i tak się dołuję. Ale nie mogę przestać, po prostu- ten okres po prostu kojarzy mi się z tym, gdy byłem szczęśliwy, gdy naprawdę byłem sobą- bez barier w głowie, uprzedzeń, w pełni wolny społecznie. Oczywiście nie pielęgnuje tego w sobie- staram się wyrzucić( i uprzedzając pytania- nie, nie oglądam zdjęć, nie czytam starych wiadomości). Ostatnio było lepiej, ale wydarzył się pewien zbieg okoliczności( też macie czasem wrażenie, że za dużo ich was spotyka? Tongue). Najpierw przypadkowo wysłałem sms- a do najlepszej przyjaciółki M. i mogłem być pewnym, że ona się o tym dowie( w tym czasie miały lekcje). Nieważne, sprawę sprostowałem, zamieniłem parę słów, zresztą ona zawsze mnie lubiła( jak wszystkie jej koleżanki, i teraz patrząc z poziomu teraźniejszej beznadziei w tył- byłem osobą, która nie miała żadnych problemów w kontaktach z kobietami- bawiłem się tym, to był spontan- mimo, że byłem wtedy Z M., sam z siebie poznawałem nowe kobiety, to było naturalne) i się pożegnaliśmy. Wieczorem przed snem znów myślałem o tym, o czym mimowolnie myślę każdego wieczoru. Znów się tym katowałem, a po tej sytuacji tym bardziej mnie to ruszało. Pomyślałem, że pierdole i pobawię się telefonem- i wszedłem gdzieś, gdzie nigdy na tym" sprzęcie" nie wchodzę- do zdjęć. Nie odwiedzam tego folderu z prostej przyczyny- lepsze fotki robi mój kalkulator, bo mam tam tylko 0.3 mega pixela i robienie nim fotek mija się z celem( czasem na spontanie gdy chciałem coś uchwycić). Było tam 30 fotek( kiedy tyle zrobiłem?), głównie niebo i chemtrials( wiem, gówniany sprzęt by robić fotki temu jak nas" uzdrawiają", ale smugi widać), jakieś przypadkowe fotki z imprez, 2 fotki, które nie wiadomo jak powstały i 2, które mnie zaintrygowały. Nie mogłem sobie przypomnieć co to i jak wykonałem te zdjęcia. Na jednej znajdował się kontur osoby( właściwie jedynie ramię, przyodziane w czarny płaszcz), na którym to zasiadł jakiś wielki robal. Żadnych wskazówek mi fotka nie dawała- znalazła się druga. Widać to samo, jednak jakby element chodnika( jedyny element otoczenia). Nawet kurwa trudno opisać to co poczułem, gdy uświadomiłem sobie, że to może być czarny płaszcz M., w którym widziałem ją tylko raz- i dokładnie ten dzień zapamiętałem, gdyż wtedy po raz pierwsze" rozstaliśmy się". Przyjechałem do parku, nieopodal domu jej babci, u której właśnie była. Element otoczenia się zgadzał, ale dalej nie mogłem przypomnieć sobie sytuacji. Patrze na datę wykonania fotki- dokładnie ten sam dzień. Od razu przypomniałem sobie całą sytuację( panicznie bała się wszelkiego robactwa, a ja niejednokrotnie ją wkręcałem, że gdzieś jej pobliżu coś pełza i to był pierwszy raz, gdy stwierdziła, że nie da się nabrać- zrobiłem więc fotkę Wink). Niestety-" Gandzia zostawia ślady jak sanek płoza" i moja pamięć mnie czasami zawodzi- ale poczułem się strasznie chujowo tamtego wieczoru. Staram się nie myśleć, a myślę mimowolnie cały czas. Zajebałem sobie szkołę, kontakty z ludźmi, zaniedbałem siebie- bo po prostu nie mogę znaleźć bodźca do życia, jakiejkolwiek motywacji. Jedyne co się we mnie tli to to, jaki byłem kiedyś. Bo zaraziłem tym każdy aspekt swojego życia i mówili mi o tym ludzie, których spotykałem i to niezależnie czy utrzymywałem z nimi kontakty w sferze prywatnej, zawodowej czy sportowej. Przy M. zwracałem uwagę na inne kobiety- co więcej, poznawałem je ze swobodą, jakiej nigdy wcześniej nie miałem. Właściwie niekiedy kobiety same poznawały mnie. Ja byłem świadom czym emanuje. I było to zarówno wewnątrz mnie, jak i ukazywało się na zewnątrz. Wszystko mi się w życiu udawało, nie miałem większych problemów. A teraz pomimo, że je mam, to i tak żaden nie jest w stanie przesłonić tego głównego. Tak naprawdę mam milion myśli i odczuć, które chciałbym tu opisać i w każdej sekundzie ciskają one w mojej głowie kolejne zdania, to mogę to podsumować jednym- w stosunku do tego co było kiedyś, jestem w czarnej dupie. Ogólnie tam jestem.

Namiot, nie o to chodzi- powiem Ci, że kilka lat temu, gdy nie byłem tak" kumaty" w tym względzie co teraz, relacja z kobietą potrafiła mocniej cisnąć mną o glebę- lecz nic nie stało na przeszkodzie bym się podniósł. Tak, mowa tutaj o nieodwzajemnionej hmm... Relacji. A tutaj raczej chodzi o to, że miałem coś w garści absolutnie tylko dla siebie, i to zdobyte w sposób, z którego byłem więcej niż dumny- co więcej niepokorną pannę ustawioną świetnie pod siebie( i naprawdę nie muszę się tutaj opierać o relację koleżanek- zresztą, gdy widzisz dwie osoby, znasz je, to wiesz jak to wygląda, ale nawet nie byłem świadom tego, że znaczę dla niej aż tyle, co później wyznała), świetne relacje- i co? Po prostu to przepierdoliłem. Bolało bardziej niż gdybym przegrał dom w karty( oczywiście fizyczny ból związany z tą sytuacją byłby większy Wink). Po prostu nie mogę się zebrać bo... Bo w rzeczy samej sam nie wiem dlaczego. Gdybym do końca był o tym przekonany, to byłbym ponad tym, przeskoczyłbym to. A tak naprawdę jest to zbiór tego co odczuwam i każde opisane odczucie jest jedynie puzzlem w całej tej mozaice, która nie daje mi żyć. Bo powiem Ci, że nie było niczego, czego bym bardziej nienawidził niż obecny stan rzeczy. Heh ale cały czas w duchu śmieję się z tego, że Ona nigdy nie pomyślałaby, że to tak może mną jebnąć. Co więcej, wykrzyknęła mi po tym wszystkim, że jest pewna, że i tak zaraz do jakiejś zadzwonię a ona przybiegnie w podskokach. Że ona wiedziała czym grozi to, że się ze mną wiąże. Ze po rozstaniu nie będzie mogła sobie z niczym poradzić, gdy już się zaangażuje. I powiedziała mi kilkanaście dni później o tym, że nie mogła wykonać najprostszej czynności i nienawidzi mnie za to, jak pozwoliłem się jej wtedy poczuć. I sam jestem świadom tego co przepierdoliłem. Sam wiem dokładnie co się wtedy stało- tyle, że ja tego mnie przeżywałem w żadnym stopniu praktycznie. Show must go on. Wszystko było świetnie i super, lecz po jakimś tygodniu każdy dzień stawał się gorszy od poprzedniego a ja zapadałem się w to szambo, w którym już od dłuższego czasu tonę. Z każdą myślą, z każdym wspomnieniem. Nic mnie nigdy tak nie bolało jak jej płacz w słuchawce " dlaczego pozwoliłeś, żeby to się skończyło? Dlaczego pozwoliłeś mi to wszystko przeżyć..." w momencie, gdy jedyną myślą, jaka miałem w głowie było" dlaczego kurwa do czegoś takiego doprowadziłem? Czemu to zrobiłem?" Nigdy nie miałem problemów z powiedzeniem sobie" było- minęło". Nawet w tej sytuacji wydawało mi się to logicznie. Ale co może zrobić człowiek, który zamykając oczy widzi jedno? Widzi tą przeszłość, te wspaniałe chwile, widzi ją? I to mnie paraliżuje.

Ktoś zapytał, dlaczego by nie spróbować raz jeszcze? Za dużo mocnych słów poszło, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony i to się po prostu nie uda. Dlatego nie myślę jak do nie wrócić, tylko jak wyrzucić ją ze swojego życia. Bo gdybym miał do niej wrócić, to byłoby jak narkotyk- przy czym później mogłoby być tylko gorzej. Dlatego chce jej się pozbyć ze swojego życia- i walczę z tym od miesięcy i im bardziej walczę, tym bardziej nie mogę sobie z tym poradzić.

Widzisz Namiot, dużo czytałem, ale do" Gry" nie mogłem się nigdy zebrać- ściągnięta, zacznę ją czytać Wink

Dzięki za odpowiedź Wink

Pozdrawiam i życzę powodzenia Wink

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

Nie_wazne rozumiem Cię doskonale, tyle, ze najgorsze w tym wszystkim jest to, że czekasz, aż ten bolesny okres przejdzie, aż ten okres beznadziei opuści Twoją głowę. I wiesz co się dzieje? Myślisz o tym coraz bardziej i coraz to intensywniej i nie dość, że to odczucie nie odchodzi, to dodatkowo potęguje się w Twojej głowie... Jakby światełko w tunelu coraz bardziej się oddalało- a to powoduje kolejne frustracje. Przynajmniej ja tak mam- niby czas leczy rany, ale ja z każdym dniem mam coraz gorzej, a to dlatego, że mam świadomość, że to co było oddala się ode mnie coraz bardziej- to jaki byłem jest jeszcze bardziej odległe ode mnie.

Ostatnio było u mnie trochę lepiej. Nieznacznie ale jednak. Postanowiłem zrobić jedną rzecz. Pójść za radą kilku osób i odezwać się do M. Miałem w głowie przeświadczenie, że może to wszystko ode mnie odejdzie gdy po prostu spróbuję- gdy nie będę mógł sobie zarzucić bezczynności. Co więcej, gdy zacząłem myśleć o tym( a raczej gdy byłem pewny, że reaktywuje kontakt) tak jakby mit" tej jedynej" na moment uleciał z mojej głowy. Miałem nawet odczucie, że co się nie stanie, ona nie będzie już dla mnie tak ważną osobą. Gdy o tym wszystkim myślałem, już nie pielęgnowałem tak wspomnienia o niej w mojej głowie- i czułem się dużo lepiej. Zastanawiałem się, czy tak tego nie zostawić- ale za każdym razem, gdy chciałem oszukać mój umysł, to dziwne uczucie( którego do dzisiaj nie potrafię sklasyfikować) powracało. Ale z samą świadomością tego, że spróbuję przynajmniej się odezwać( bez jakichkolwiek na cokolwiek) już było mi lepiej.

Odezwałem się. Na samym początku entuzjastyczne nastawienie. Chwilę porozmawialiśmy, a gdy temat zmierzał w kierunku spotkania, powiedziała mi, że nie chce mnie widzieć. Że za bardzo ją kiedyś skrzywdziłem i ona nie chce tego powtarzać. Powiedziałem, że" ok ;)". Tak naprawdę do tego momentu moje nastawienie było o niebo lepsze- sama świadomość rozmowy z nią dało mi takiego power i entuzjazmu, że przez ostatnie 3 miesiące mojego letargu, gdyby zsumować ze sobą każdy dzień to by się tyle nie zebrało. Nie znalazło by się tyle radości we mnie, tyle entuzjazmu. I nawet wtedy moje nastawienie się nie zmieniało. Było w porządku, byłem zadowolony, że po prostu się odezwałem. Chociaż może po prostu byłem chwilowo szczęśliwszy jak ćpun, który po długiej przerwie dał sobie w żyłę. Tak naprawdę teraz, gdy uświadomiłem sobie, że to już absolutny koniec wszystkiego, emocjonalnie powróciłem do najgorszych dni w tym trzymiesięcznym okresie. Chociaż nie- powróciłem do tego trzymiesięcznego okresu, bo w tym czasie każdy dzień był taki sam- beznadziejny. Nie myślałem, że to tak się potoczy, że będzie gorzej niż wcześniej.

Ale domyślam się, dlaczego tak może być. Po prostu gdzieś w podświadomości przez cały ten okres miałem zakodowane, że to jeszcze nie koniec, że może coś jeszcze powróci. Mimo, iż moja świadoma część była pewna czegoś innego. Cały czas o niej myślałem- i pisałem tutaj o tym. Teraz wiem, że to definitywny koniec- ale co to zmienia? Napełnia mnie to jeszcze większą goryczą. Liczyłem, że pozwoli mi to absolutnie oderwać się od niej. Jednak nie- mimo, że mijają dopiero godziny od tego, to czuję się jeszcze gorzej. Nigdy nie chciałem pielęgnować wspomnienia o niej w sobie- po prostu nie mogłem przestać o niej myśleć. A najgorsze jest to, że teraz najprawdopodobniej czeka mnie to samo, tylko, że będzie to absolutnie bezproduktywne. Nie wiem jak mój umysł to podzieli. Tak naprawdę jestem wycieńczony psychicznie po całej tej zimie i po tym, że walił mi się świat na każdym polu( i nie mówię tu o kobietach- chociaż w tym względzie byłem równie żałosny- miałem inna kobietę, mimo wszystko ciągle myślałem o tej). Zawsze czuję się gorzej w zimie, ,można obwiniać tym brak słońca, depresyjną aurę unoszącą się w powietrzu- ale w mojej głowie była tylko jedna myśl. Myśl o niej, mimo, że chciałem wyrzucić ją ze swojego umysłu z całych sił. I tak naprawdę nie wiedziałem jak sobie z tym poradzić. Pierwszą myślą było- znajdź inną. Znalazłem, nic się nie zmieniło, właściwie nie myślałem o M. tylko podczas łóżkowych scen z nową dziewczyną Wink No ale nie dawało mi to spokoju. Zerwaliśmy, bo powiedziałem, że nie mogę jej oszukiwać.

Tak naprawdę cały czas miałem nadzieje, że czas goi rany- w moim przypadku jednak czas wzmagał myślenie o przeszłości i pogrążał mnie coraz bardziej. A może to ja sam siebie pogrążałem? Możliwe, ale nie miałem żadnej koncepcji, by z tego wyjść. Ograniczyłem jaranie, by nie myśleć tak dużo( kto pali wie o czym mówię). Chciałem znaleźć pasję, bo stara już mnie nie cieszyła- okazuje się, że to nie wina wypalenia w tym temacie tylko po prostu nie widziałem sensu w robieniu czegokolwiek- żadnej motywacji. Już nie liczę, że czas zagoi rany- liczę, że" jakoś" trzeba żyć z dnia na dzień. Jakoś egzystować. I to przeraża mnie najbardziej. Nic nie pogrąża mnie w beznadziei tak jak właśnie to. Co zrobić? Nie wiem, kończą mi się pomysły. A może każdy pomysł jest przeze mnie tłumiony w zarodku poprzez to, że nie widzę w niczym sensu? Nie wiem, ale oddałbym wiele, żeby wyrwać się z tego błędnego koła.

Pozdrawiam

saverius
Portret użytkownika saverius
Nieobecny
Zasłużony
ModeratorWtajemniczony
Płeć: mężczyzna
Wiek: 29
Miejscowość: Warszawa

Dołączył: 2009-03-28
Punkty pomocy: 1654

Ten temat jest chory.

__________________________________________________________

Kobiety są nienormalne ale u nich to normalne.

PawełWrocław
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Wrocław

Dołączył: 2011-01-05
Punkty pomocy: 0

Nie twierdzę, że mój problem dla wielu nie jest infantylny, śmieszny, tudzież żałosny. Zdaję sobie z tego sprawę. Cóż, jest to forum i chciałem opisać co następuje. Bywa i tak, że są tematy,które nie nadają się do tego by rozpatrywać w nich dany problem- jeżeli uważasz go za taki- możesz go usunąć.

Chciałem po prostu przedstawić siebie i swój problem, który w mojej głowie nie znajduje rozwiązania. Liczyłem, że może ktoś przeszedł coś podobnego i ma więcej doświadczenia. Jeżeli nie i nikt nie ma żadnego pomysłu- to masz rację, jest on zbędny. Nie zmienia to faktu, że muszę coś poradzić na to, co jest ze mną w tym momencie a to jest jedynie ułamek kotła, który mam w głowie i który chciałem Wam przedstawić. Mimo całej" żałości" tego tematu, jestem wdzięczny tym, którzy odpowiedzieli i zmusili mnie do przemyśleń Wink

Tak naprawdę jest jeden wniosek do którego dochodzę, jedyna konkluzja. Odczuwam to co piszę, bo tak naprawdę była to jedyna dotąd kobieta, która była we mnie prawdziwie zakochana. Nikt wcześniej nie był mi tak bliski. A ja byłem z tego powodu niesamowicie szczęśliwy- bo była to kobieta, której niemal wszystkie cechy niesamowicie mnie kręciły i podniecały. I mowa tu również( a może przede wszystkim) o charakterze. Pierwsza kobieta, która była we mnie zapatrzona jak w obrazek( jak to niegdyś ujęła), pierwsza i jedyna, która była dla mnie kimś takim. A ja po prostu przez własną głupotę wszystko zjebałem. Tylko i wyłącznie przez własną głupotę. I to mnie boli najbardziej.

Ktoś mi kiedyś powiedział-" rozkochaj w sobie następną" Wink Niby wszystko w porządku. Ale to już nie będzie ona.

Szczerze? Nigdy nie przypuszczałbym, że wpadnę w takie myślenie, że tak się zapętlę. I może tym bardziej dlatego tak przeorało to moje myślenie.

Ale ok, dosyć smutów, po prostu taka konkluzja, która może coś wyjaśnia Wink

Pozdrawiam i życzę miłego popołudnia Wink

Paradygmat
Portret użytkownika Paradygmat
Nieobecny
Wiek: 19
Miejscowość: Pzn

Dołączył: 2010-11-05
Punkty pomocy: 7

Nie rozumiem dlaczego część facetów kotwiczy swoje pozytywne uczucia na Kobiety?

'Wszystko, co kiedykolwiek kochałeś, odrzuci cię albo umrze.'
Tyler Durden