
Jak to zwykle w karnawałowym czasie bywa Xalos podobnie jak inni użytkownicy strony baluje co niemiara pijąc spore ilości alkoholu.
Podam kilka przykładów...
Boże Narodzenie: Xalos pił z bratem od rana pamiętając cały dzień, że ma się wieczorem jeszcze spotkać z kumplem aby pić i koleżanką aby pijąc podrywać.
Na godzinę 16:00 poszedłem do kościoła będąc już zdrowo wstawiony. Tam trzeźwiałem. Wróciłem o 17, otworzyłem z bratem piwo...
O 18 byłem ustawiony z kolegą, spotkałem się. On też pił od rana więc nasza rozmowa polegała na mówieniu sobie jacy to z nas bracia krwi i piciu... Jak przystało z resztą na rodowitych Słowian, którzy gdy piją to albo kochają, albo z byle powodu w mordę się biją.
Na 20 byłem ustawiony z koleżanką. Miała przyjść do mnie, a ja zamiast spławić kumpla powiedziałem: "Słuchaj żadna laska nie jest ważniejsza od Ciebie Stary!" Ach ta Słowiańska krew! I tak ona przyszła wystrojona jak choinka, pachnąca jak sosenka w borku pod Chełmem i zobaczyła zdrowo najebanych gości rozwalonych w fotelach.
Jednak jak na potomka szlachty polskiej przystało uniosłem się, ustąpiłem miejsca i mówiąc gość w dom, Bóg w dom poszedłem po kolejne browary. Tak wieczór mijał na pijackim bełkocie i przyglądającej się temu niewieście. W końcu kolega zaniemógł i stwierdził, że idzie do domu. Atmosfera z jej strony się ociepliła...
A ja zamiast korzystać z okazji zacząłem gadać coś o Polakach wyjeżdżających za pracą za granicę. Tym bardziej, że owa koleżanka przyjechała tu jedynie na święta z Hiszpanii. Tak minęły dwie godziny podczas, których wylałem chyba cały swój żal nad umierającym patriotyzmem. Wreszcie ona powiedziała, że będzie się zbierać (i tak długo mnie znosiła)... Naturalnie jak na potomka rycerstwa polskiego przystało odprowadziłem białogłowę pod sam domek i zamiast cokolwiek miłego chociaż powiedzieć przybiłem z nią żółwika! (sic!) Rycerstwo, że ho, ho.
Potem kilka dni odpuściłem sobie podryw, bo stwierdziłem rano, przy kac kupie, że jak piję to raczej marnie mi to idzie...
W sylwestra piłem mniej, co opisałem na wcześniejszym blogu więc poszło już całkiem, całkiem. Ale po sylwestrze została spora ilość alkoholu którą trzeba wypić. Opuszczam jednak zasłonę miłosierdzia na scenę gdy poszliśmy z kumplem i winem do HB9 i HB7 mieszkających nad nami składać życzenia noworoczne. Bo o czym tam rozmawialiśmy to nawet najstarsi górale nie wiedzą, a i Rutkowski patrol miałby problemy z ustaleniem... Coś mi się kojarzą jakieś planety naszego układu słonecznego!
Dziś rano obudziłem się z kacem i wizją konieczności udania się na uczelnie... Poszedłem na jakiś chory wykład z gębą wyglądającą jak półdupek z za krzaka i wyraźnymi objawami na niej wczorajszego wieczoru. Na początku cieszyłem się jeszcze, że przynajmniej się ogoliłem, gdyż rano do półdupkowości dołożyć jeszcze trzeba było zarost wikinga po lobotomii. Ale podczas wykładu okazało się, że niepewnie dzierżąca maszynkę do golenia dłoń spowodowała na mojej twarzy sporo nacięć, z których krwotok tamowałem już podczas zajęć wszelakiej maści chusteczkami pożyczanymi od wszystkich w okół.
Na początku zajęć do koleżki podeszła mocna HB9 i zaczęła coś pytać o jakiś referat, który mają razem pisać. A ja siliłem się biedny na jakiś opener, żeby zacząć rozmowę i nic nie mogłem wydusić z siebie. Naprawdę nic! Zasrana dziura w mózgu wydarta przez wódę! Potem podeszła jeszcze raz i zapytała go czy może mu dać numer swojego telefonu w razie jakby coś.
Ja wtedy uznałem, że nie mogę przepuścić drugiej okazji... No to wbrew mnie by było! W końcu kim ja jestem? Ciotą jaką czy potomkiem Krakusów, którzy pod Stoczkiem w gradzie kul i kartaczy zdołali dotrzeć i przejąć rosyjską artylerię. Gdy podawała ziomkowi długopis zobaczyłem, że ma kolor różowy, a pisze na niebiesko. I powiedziałem:
Xalos: Myślałem, że dałaś mu różowy, żeby elegancko wyglądał jego numer.
HB9: Nie, to normalny... I uśmiech...
(Pierwsza salwa zwykłymi kulami... Uskok w prawo i Krakusi dalej w pełnym galopie.)
Xalos: Ja bym Ci swojego numeru takim po prostu nie podał...
Może jakąś plakatówką... (myślałem, że będzie zabawnie) I do kumpla, to chociaż serduszko dorysuj...
HB9: ... głupi wyraz twarzy w moją stronę przypominający minę praktykanta na spacerniaku pod psychiatrykiem...
(Salwa z kartaczy, pierwszy szereg leży, konie potykają się o martwych i rannych, szyk złamany. Rozkaz: wycofać się i przygotować do ponownej szarży! Jak powiedział Napoleon pod Lipskiem grożąc pięścią wrogom: "Jeszcze ich weźmiemy!")
Kumpel: Dziwny jesteś.
(Odwrót, wszyscy się cofają, szyk rozbity komunikacja żadna, przyjacielski ogień!!! Tylko nieliczni przetrwali, kilka koni kuleje, jęki rannych. Odział zdziesiątkowany...)
Pojebany kumpel mógł powiedzieć coś głupiego do mojej głupoty... A nóż, widelec... Tu widać jak ważny i pomocny może okazać się dobry skrzydłowy. Jeśli nie do odciągnięcia zbędnej koleżanki, to do ocalenia skóry...
Wróciłem teraz do domu i postanowiłem to opisać, bo stwierdzam z całą stanowczością, że alkohol wcale w uwodzeniu nie pomaga. Co z tego, że człek staję się odważny i gotów na koniku i z szabelką gwiazdę śmierci "z Gwiezdnych Wojen" zdobywać gdy jego zdolność do działania w porównaniu do zamiarów są jak szczęka Andrzeja Gołoty w walce z Tysonem... Boleśnie za słaba...