Witam wszystkich serdecznie.
Od pewnego czasu chodziła za mną myśl napisania na tym portalu czegoś dłuższego, niż krótkie posty na forum. O przelanie na (wirtualny) papier moich doświadczeń i przemyśleń, które były jedną z przyczyn trafienia na tę stronę. Na wstępie zaznaczę, że niestety nie znajdziecie tutaj nowatorskich metod podrywu, opisów jak stać się ‘Super PUA’, gdyż autorowi do PUA daleko, a metod podrywu nigdy specjalnie nie studiował. Przeczytał za to wpisy innych użytkowników, takie jak ‘Zosia’ (aut. baudelaire), czy posty o toksycznych pannach, które poczynił MrSnoofie (np. ‘Trafiłem na toksyczną kobietę, czy po prostu przegrałem bitwę?’). I nagle doznałem swoistego olśnienia. Spostrzegłem że mam identyczne doświadczenia, zacząłem zestawiać historie użytkowników z moją własną, próbować wyciągnąć wnioski na przyszłość, nauczyć się czegoś na podstawie własnych doświadczeń i przemyśleń innych osób. I teraz, po kilku tygodniach postanowiłem zebrać to ‘do kupy’ w tym właśnie wpisie.
Krótkie wprowadzenie. Nigdy nie miałem problemów z podrywaniem dziewczyn, mniejsze czy większe znajomości zaczynały się, trwały, potem kończyły. Były sympatyczne dziewczyny, z którymi spotykałem się miesiącami, były krótkotrwałe relacje, były dwa układy fuck friend. Było rozmaicie, chłodno, gorąco, namiętnie, sympatycznie, coś się zaczynało, coś kończyło – krótko mówiąc bez większych problemów. Do czasu. Do czasu aż trafiłem na Asię, która na tym portalu powinna raczej przybrać imię Zosia. Historia banalna – impreza, numer telefonu, spotkania, KC, seks, spędzanie wolnego czasu. Banalna tylko z pozoru. Znajomość która nigdy nie osiągnęła nawet mitycznego statusu związku, a która dała mi w kość jak żadna inna. Gdy podchodziłem do niej na domówce zorganizowanej przez moich znajomych, nie podejrzewałem, że ta spokojna, cicha dziewczyna, kilka miesięcy później wrzuci do blendera wszystkie moje przekonania na temat kobiet i naciśnie przycisk ‘Start’. Praca urządzenia nie poszła jednak na marne i w miejscu poprzednich pojawiły się zupełnie nowe. Inne, może lepsze, może gorsze, ale na pewno wzbogacone o pewną istotną cechę – wykrywacz, istny radar namierzający kobiety, które same są siedliskiem i mogą być przyczyną wielu naszych problemów (niektórzy użyliby określenia – toksyczne – prawdopodobnie zasadnie; ja pozostanę przy ‘manipulantce’, gdyż moim zdaniem manipulacja stanowi w ich przypadku główny oręż, miecz oburęczny, którym rąbią jak leci wszystkich dookoła. Nie tylko chłopaków, z którymi się spotykają. Manipulują również koleżankami, czy nawet przełożonymi). Radar którego oprogramowanie zostało oparte na zebranych poniżej w punkty przemyśleniach. Zaczynajmy!
Przebiegła manipulantka, która sama pyta czy tobą manipuluje*
1. Słaby charakter, oportunizm i brak twardych zasad.
Jednym z pytań, które zadałem sobie bezpośrednio po zakończeniu znajomości z Joanną, było pytanie czy każdy mógłby paść ofiarą jej manipulacji. Czy każdy dałby się nabrać i wciągnąć w prowadzoną przez nią grę? Odpowiedź pojawiła się niejako z automatu. Nie. Już na początku znajomości odkryłem, że panna posiada pewne cechy charakteru, przyjmuje pewne postawy i przejawia zachowania, których nie akceptuję. Mianowicie potrafiła na przykład okłamać wprost swoją przyjaciółkę, że nie przyjdzie na jej urodziny, bo jest chora (w rzeczywistości była umówiona ze mną). Podobne kłamstwa aplikowała mojemu znajomemu, który chciał się z nią umówić. Odbierała telefon i leżąc ze mną wieczorem na plaży, mówiła mu że musi kończyć, bo leży już pod kołdrą i idzie spać. W pewnym sensie – jak ostatni frajer – byłem nawet uradowany, że panna tak zlewa inne osoby by spędzać czas ze mną. Gdy opowiedziałem o tym siostrze, od razu wywróżyła, że pewnego dnia to ja trafię na ich miejsce i tak skończy się nasza znajomość. Mądra kobieta. Podsumowując – zamiast zawczasu zakończyć znajomość z panną, która bez choćby odrobiny wstydu okłamuje swoich znajomych, ja czując się beneficjentem jej kłamstw prawie biłem jej brawo. Nie tylko ja – jak się okazało na miłą buzię i udawaną infantylność Joanny nabrało się sporo facetów i żaden z nich najprawdopodobniej nie wiedział, że jest jednym z wielu. Całe zastępy adoratorów szukały w znajomości z nią swojej szansy, a ona wypełniała nami swój czas, łechtając przy tym swoje wielkie ego.
2. Kłamstwo, a niedopowiadanie całej prawdy.
Skuteczne manipulowanie nie mogło obyć się bez mieszania faktów z iluzjami, czy prawdy z kłamstwem. Kłamstwo ma jednak tę jedną nieciekawą cechę, że posiada bardzo krótkie kończyny i okłamywanie kogoś np. w sprawie pobytu na imprezie, może szybko zostać namierzone i wywołać nieprzewidziane skutki. Bezpieczniej jest więc mówić prawdę, ale prawdę częściową, a próby drążenia tematu zbywać. Również i w tej dyscyplinie Joanna posiadała poziom ‘Master’ i zręcznie lepiła historie, tak by w miarę trzymały się kupy. Na przykład, owszem, Joanna imprezowała w zeszły piątek, była w klubie X z koleżankami, potańcowała, popiła tak że jeszcze po południu męczył ją kac. Zapomniała jednak wspomnieć, że była również w klubach Y i Z, na domówce u jakiegoś kolegi, kolegi, kolegi, oprócz koleżanki wybrała się imprezować z jej dwoma kumplami, a w samym klubie łasiła się do mojego byłego… współlokatora (jaki ten świat okazał się dzięki Facebookowi mały). Madonnie było bliżej do ladacznicy, ale w mojej głowie pielęgnowała pierwszy z obrazów. Innym przejawem co najmniej zastanawiającego podejścia do naszej znajomości, było izolowanie mnie od pewnych grup jej znajomych. Przez pół roku nie dane mi było poznać jej koleżanek z pracy, kumpli z uczelni, o których istnieniu wiedziałem, jednak nigdy ich na własne oczy nie widząc.
3. Wirtualna rzeczywistość – stworzę ci Matrix on demand.
Kłamstwo a bardziej wspomniane niedopowiadanie to jednak tylko połowa sukcesu. Istotne jest również umiejętne tworzenie w mojej głowie odpowiedniego obrazu swojej osoby i naszej relacji. Jednego dnia Joanna olana przez znajomych, koleżanki, albo przerażona nadchodzącym egzaminem łasi się niczym niedopieszczona kotka, a kolejnego ma takiego focha jakbym ją zdradził z autobusem Arabów. Ba, dnia! O 10:00 radośnie pluskamy się na wakacjach w ciepłym morzu, a o 12:00 ostentacyjnie się do mnie nie odzywa, by o 14:00 znowu radośnie spędzać wakacyjny dzień. Z upływem czasu obserwując jej zachowanie, wychwytując co bardziej zastanawiające wątki jej rozmów z koleżankami, zacząłem odnosić wrażenie, że Joanna jest przekonana, że zasługuje na kogoś lepszego niż ja i w chwilach wkurzenia pokazuje to wprost. Prawdziwy spektakl odgrywała jednak dopiero po fochach. Na przykład dzwoniłem w niedzielę by wyskoczyć w poniedziałek na kolację, odmawiała informując przy tym, że do końca tygodnia ma ogrom pracy, a na weekend wyjeżdża do domu. W międzyczasie niczym piesek dzwoniłem do niej ponownie, zdarzało jej się nie odebrać w ogóle, potem napisać jakiegoś pierdołowatego smsa z jałowym wyjaśnieniem, kończyć ostentacyjnie rozmowy twierdząc, że na przykład nie będzie mi przeszkadzać itp. Po olanym telefonie np. we wtorek, mało przyjemnej rozmowie-monologu, odzywałem się w dzień jej powrotu z domu, tj. w niedzielę. Umawialiśmy się na poniedziałek i w poniedziałek witała mnie rozpromieniona Asia, która z bananem od ucha do ucha kleiła się mówiąc, że to super że w końcu się do niej odezwałem (WTF?). Dziesięć minut później wspominała fantastyczny w jej mniemaniu wypad w góry (ten sam, który zakończył się fochem skutkującym jej milczeniem przez kilka godzin w czasie drogi powrotnej i kilkoma fochami w trakcie samego wypadu). Po kolejnej godzinie przekonywała mnie do wspaniałego pomysłu wspólnej majówki w Portugalii. Jej chamskie odzywki z wtorku, jej zdaniem okazywały się tylko złudzeniem, którego ofiarą padłem, a próby drążenia tematu były w kolejności, wraz ze zwiększeniem mojego ‘nie odpuszczania sprawy’ (czyt. nie godzenia się na takie traktowanie): a) bagatelizowane z próbą obrócenia w żart, b) zbywane jakąś idiotyczną odpowiedzią, c) atakiem z jej strony (często niezwiązanym zupełnie z tematem). Krótko mówiąc wszystkim tylko nie powiedzeniem prawdy. Sytuacji gdy panna wkurzała się (delikatnie rzecz ujmując), waliła fochy, a nawet wprost mnie obrażała, by tydzień później mówić o tym jak o wspaniale spędzonym dniu, było coraz więcej i zacząłem się zastanawiać, czy to amnezja, czy schizofrenia. Równie ciekawe były efekty chłodników, które stosowałem. Panna w końcu ulegała i odzywała się do mnie pierwsza, ale całkowicie bagatelizując powód mojej ciszy. Jak gdyby sprawy nie było. Każda próba rozmowy kończyła się wspomnianymi podpunktami: a), b), c).
4. Gramy w tę grę, ale na moich zasadach. Szczególnie niepisanych.
Z upływem tygodni zacząłem zauważać, że tylko pozornie to ja decyduję np. kiedy się spotykamy, co i gdzie robimy. Nie jestem osobą nachalną i odmowy – w miarę sensownie uzasadnione – przyjmuję bez spiny i nie drążę specjalnie tematu. Nagle zdałem sobie również sprawę, że pojawił się pewien temat tabu, który stał się niepisaną zasadą, a którą ja machinalnie zacząłem przestrzegać. Spotykanie się u Joanny w jej studenckim mieszkaniu. Joanna z racji, że młodszą dziewką ode mnie była, studiowała jeszcze gdy ja w wir pracy rzucony już zostałem. Mimo że u mnie była stałym gościem, u niej byłem tyle razy, że na palcach jednej ręki mógłbym te epizody policzyć. Gdy chciałem kiedyś się wprosić zbyła mnie, że jest sesja i będziemy przeszkadzać innym (a miała swój własny pokój). Potem wykpiwała się niezbyt dobrymi stosunkami ze współlokatorami, którzy niechętnie patrzą na kręcących się po mieszkaniu obcych ludzi. Im bardziej napierałem tym ona wymyślała coraz bardziej komiczne sztuczki, np. zmiana planów rano w dzień moich odwiedzin u niej, oczywiście z wytłumaczeniem i miną ‘kota ze Shreka’ z zapewnieniem o szybkiej rekompensacie z powodu tej odmowy. Czekała aż w końcu zapomnę i oleję sprawę. Po czasie okazało się, że jej wynajmowane mieszkanie odwiedza nie tylko część naszych wspólnych znajomych, ale i inne… pieski Asi (o czym dowiedziałem się już po podjęciu decyzji o zmianie zasad gry).
Podsumowanie, czyli jak smok zaczął zjadać zwierzęta wypchane siarką.
Tąpnięcie które doprowadziło do końca tej trwającej kilka miesięcy toksycznej znajomości, wyda Wam się zapewne absurdalne i mało prawdopodobne, ale sam do końca nie potrafię racjonalnie wyjaśnić tej zmiany. W trakcie wkładania do mojej głowy jednego z wielu (dziesiątek, setek?) pakietów iluzji, którymi próbowała pogłaskać mnie za uszkiem, nagle dostałem niczym obuchem w łeb. Słuchałem jej i miałem wrażenie jakby ktoś opowiadał mi jakieś nieskończone brednie. ‘Co ty chrzanisz?’ – chciałem powiedzieć. Joanna albo generalnie poczuła się stanowczo zbyt pewnie, albo tylko tym razem przesadziła, albo po prostu ja przejrzałem na oczy. Nagle dostrzegłem jakimi bzdurami mnie karmi – brak czasu na spotkanie uzasadniony trudnymi dniami w pracy (a weekendy?), planowanie jakichś wypadów poza miasto na weekend (gdzie dobrze wiedziałem, że dotychczas 99% takich planów nie dochodziło do skutku albo Joanna stwierdzała, że tak sobie tylko głośno myślała i nigdzie nie ma zamiaru się wybrać). Poza tym dostrzegłem również, że wszelkie problemy organizacyjno-czasowe, które uniemożliwiają jej wpadnięcie do mnie, czy wypad do kina, znikają gdy tylko Joanna chce ode mnie czegoś konkretnego. Wtedy telefony magicznie szybko się odbierają, smsy krążą z prędkością rakiety, a Asia potrafi w ciągu godziny zebrać się i przyjechać do mnie. Im bardziej czytelne stawały się dla mnie jej gierki, tym pewniej się czułem i postanowiłem: a) trzymać się swoich zasad i być asertywnym, b) łamać zasady, które sama w toku znajomości narzuciła. Co do pierwszego było to przede wszystkim nie puszczania płazem jej krzywych akcji. Znacznie ciekawsze w skutkach było wprowadzenie w życie punktu b), które to skutecznie mnie z niej wyleczyło. Wspomniałem już o absolutnym braku chęci z jej strony do spotykania się u niej. Po zmianie zasad gry, zacząłem coraz bardziej uparcie dążyć do tego żebyśmy w końcu zaczęli spędzać czas właśnie tam. Ba, nawet byłem skłonny odmówić jej spotkania, jeśli stawiała ultimatum, że albo u mnie albo w ogóle. Oczywiście musiałem mieć jakiś powód tej zmiany, więc… zacząłem robić dokładnie to co robiła ona przez ponad pół roku naszej dziwnej znajomości. Raz nakarmiłem ją bzdurami o bałaganie, drugi o niezapowiedzianej wizycie rodziny. I wtedy właśnie zaczęły się jaja z początkową zgodą i późniejszą, nagłą, poranną zmianą planów. Kolejną rzeczą, która nie dawała mi spokoju, była niebywała niechęć do wszelkich niespodzianek i spontanicznych spotkań. Owszem, potrafiła jednego tygodnia spędzić ze mną 6 dni pod rząd, ale trzy dni później miała pół miliona ważnych spraw, które stawały na drodze do wspólnej kolacji, czy wypadu za miasto. Szczęśliwie złożyło się, że krótko po moim postanowieniu dostałem od pracodawcy służbowy samochód, który w zasadzie mogłem bez ograniczeń wykorzystywać po pracy. Pewnego dnia zaproponowałem (Joanna wówczas pracowała od trzech miesięcy w centrum handlowym), odwiezienie jej z pracy do mieszkania. Stanowczo odmówiła wykpiwając się jakąś pierdołą (oraz jak zawsze zapewniając, że spotkamy się as fast as possible i będzie fantastycznie, wspaniale, zostanie od piątku do niedzieli). Wyleczony z brania tłumaczeń za pewnik, podjechałem pięć minut przed jej wyjściem i spokojnie czekałem na parkingu. Joanna pojawiła się, radosna, pełna energii, dobrego nastroju, a jej rękę dzierżył równie szczęśliwy… typ. Woda zawrzała, ale… po chwili odzyskałem jasność umysłu i chwyciłem za telefon (teraz wróćcie do punktu 1, a dowiecie się, że usłyszałem to co chciałem usłyszeć, choć już w mniej sympatycznej niż kilka godzin wcześniej formie). Postanowiłem wkurzyć sam siebie jeszcze bardziej i na pełnym gazie pojechałem pod jej blok. Po kilku minutach od zgaszenia silnika, pojawiła się Joanna, jej kolega i… spokojnie pomaszerowali do jej studenckiego apartamentu. Jeszcze miesiąc wcześniej wystrzeliłbym pewnie z samochodu jak rakieta i eksplodował w jej mieszkaniu (tym jakże dla mnie niedostępnym), ale wówczas umówiłem się z kumplem za godzinę na dużo dużego piwa i odjechałem do domu. W międzyczasie chcąc jeszcze napawać się jej kłamstwami zadzwoniłem do niej, ale okazało się że zapobiegawczo wyłączyła telefon (co by pewnie nagły dzwonek drogi do orgazmu nie zepsuł). Kilka dni później, zgodnie z planem, spotkaliśmy się u mnie. Ilość testów na wykrywaczu kłamstw dotyczących wiadomego wieczoru, które na niej przeprowadziłem, można liczyć dziesiątkami. Kłamała jak z nut. Nawet przez chwilę nie zauważyłem zawahania. Była… taka jak zawsze. Nie przedłużając – znajomość z Joanną zakończyła się ‘chłodną kłótnią pełną wyrachowania z obu stron’. Nie miała sobie nic do zarzucenia. W moim kierunku rzuciła za to parę wulgaryzmów, zrzuciła na mnie całą winę, zrobiła z siebie ofiarę (‘jeżeli jestem taka beznadziejna to po co się ze mną spotykałeś’ itp.), nawet trafił się teatralny płacz, który momentalnie ustał, gdy spostrzegła, że nie robi na mnie żadnego wrażenia. Wyszła.
Kilka tygodni później usłyszałem od wspólnej koleżanki, że Joanna opowiada, iż jest bardzo smutna, bo obraziłem się na nią i olałem z dnia na dzień…
* takie pytanie, w formie zarzutu, czy przypadkiem tak nie myślę, padło przy pierwszej próbie poważnej rozmowy, już po około 2 miesiącach znajomości, niestety nie okazałem się wtedy zbyt bystry i nie zwróciłem na nie specjalnej uwagi…
Odpowiedzi